Europa

SPIS TREŚCI



Rosja bliżej

Szerokie tory i horyzonty (1)

Rozprawiając o Rosji mogę twierdzić, że największy kraj świata przemierzyłem "wzdłuż", dotarłem bowiem do jego krańców, czyli do Kamczatki. Do ziemi niegdyś sekretnej i bez spec-zezwoleń niedostępnej, która na świat otworzyła się całkiem niedawno. Poznawczy apetyt nie mija, rozpocząłem właśnie zwiedzanie "wszerz", choć powątpiewam, czy do realizacji zamierzeń wystarczy życia. Za mną wielotygodniowy pobyt na Syberii w okolicach Bajkału w Buriacji. Niedawno zwiedziłem Karelię, że o większości satelickich republik b. ZSRR, co odbyło się wcześniej, jedynie napomknę. Zamierzam powrócić na Syberię, częściowo znowuż Koleją Transsyberyjską, do najzimniejszej metropolii Rosji. Jakuck zostanie „zdobyty” w okresie krótkiego i gwałtownego lata, kiedy temperatury dochodzą nawet do +30 C! To plan przyszłoroczny.


Kilometry, kilometry...

7 tys. kilometrów w obie strony przez Litwę, Łotwę, po drodze obwód leningradzki z Sankt Petersburgiem, i wreszcie tajemnicza, absolutnie dziewicza Karelia, zajmująca obszar mniej więcej połowy Polski, z liczbą ludności na poziomie Wrocławia (4,1 os./km²) i jest to narodowościowy mix: Rosjanie, Karelowie, Białorusini, Ukraińcy, Finowie, Wepsowie. Po upadku ZSRR systematycznie maleje liczba korzennych Karelów wskutek niskiego przyrostu naturalnego i rosnącej emigracji, zwłaszcza wśród młodych, którzy urządzają się w sąsiedniej Finlandii.
Czytaj: Skarby Karelii.

7 tys. kilometrów busem w przeciągu miesiąca i tylko jedna (!), rutynowa kontrola ze strony policji drogowej. Między bajki zatem należy włożyć twierdzenia o nękaniu przez władzę, której przedstawiciele na każdym kroku domagają się łapówek. O nachalności poprzedniej formacji, czyli milicji, wciąż krążą legendy, czego osobiście nigdy nie doświadczyłem. Przeciwnie, mundurowi na ogół udzielali wsparcia, w każdym razie można było liczyć na ich zrozumienie. Sprawdza się stara zasada. Uśmiech za uśmiech, życzliwość za życzliwość, bez wywyższania się i podkreślania własnej wyjątkowości.


Rubieże UE

Gdyby nie obowiązek wykupienia tygodniowej winiety wycenionej na 6 €, tranzyt przez kieszonkową Litwę byłby niezauważalny. Potem równie niewielka Łotwa, było nie było członek Unii Europejskiej, i już na wstępie szok poznawczy. Po paru kilometrach w miarę normalnej drogi, totalna rozpierducha, aż do Dyneburga, gdzie planujemy nocleg. Porzucone na poboczu sprzęty, wydaje się od tygodni nieużywane, zero robotników (no bo, co - niedziela?), dziesiątki kilometrów w budowie-nie-budowie. Komunikacyjny koszmar. Przed nami zabłąkany bus z Niemcami na pokładzie z przypiętym rowerem. Turystyczna romantyka w wersji hard. Wisielczego klimatu dopełnia dojmująca mżawka. Za komunikacyjne zdołowanie trzeba słono zapłacić. Łotwa za dobową winietę inkasuje 8 €!

No i wreszcie granica UE z Rosją. Dość szczegółowa kontrola koncentrująca się na dokumentach. Bagażami nikt się nie interesuje. Urzędnicy umundurowani, a wśród nich sporo młodych kobiet z gwiazdkami na pagonach. W wykonywaniu obowiązków pryncypialne i powściągliwe, aczkolwiek kulturalne. Tylko pogranicznicy wiedzą do czego są im potrzebne sterty papierów z mnóstwem rubryk do wypełnienia. Operacja odprawy pomiędzy skonfliktowanymi politycznie stronami trwa 1,5 godz. ze wskazaniem na służby rosyjskie, które okazują się sprawniejsze i bardziej profesjonalne.

Kolejna winieta drogowa, tym razem rosyjska: 480 rubli i już... już...

Inwazja barszczu

Mżawka ustaje, przebijają wyczekiwane promienie słońca, kolumny kłębiastych chmur potęgują wrażenie ogromnej przestrzeni w jaką wkraczamy.
Tak, to największy kraj świata!
Suniemy przyzwoitą drogą, ale podniosły nastrój psują połacie barszczu Sosnowskiego, rośliny o wyjątkowo ponurej sławie. Barszcz jest agresywny, inwazyjny i trudny do zwalczenia, degraduje środowisko przyrodnicze i ogranicza dostępność terenu. Sok wydzielany przez świeże rośliny w słoneczne dni wywołuje oparzenia i trudno gojące się rany. Zadziwia to, że w takim otoczeniu żyją ludzie ze swoimi zwierzętami. Przerażające "plantacje" będą pojawiać się jeszcze wiele razy.
Na marginesie: barszcz Sosnowskiego szaleje rownież na wschodnich rubieżach Polski. Doświadczyłem tego w okolicach Bęsi, nieopodal jeziora o tej samej nazwie.

Pierwsze większe miasto - Psków. Uderza ilość jednostek wojsk desantowych. Może nie powinniśmy się dziwić? Psków ma za sobą burzliwą historią. Był miejscem decydującego oblężenia III wyprawy inflanckiej Stefana Batorego, który w Pskowie stoczył przegrany bój. Oblężenie trwało od 8 września 1581 do 4 lutego 1582 i choć niezakończone sukcesem, przyczyniło się do szczęśliwego dla Rzeczypospolitej rozejmu, w wyniku którego car Iwan IV Groźny został zmuszony do oddania Polsce Inflant. Przegraliśmy, ale… wygraliśmy.

To nasza historia

W dzisiejszej Rosji coraz trudniej o sowiecką symbolikę, złote gwiazdy, sierp i młot ustąpiły miejsca dwugłowemu orłu, jednak nie do końca. Pierwsza niespodzianka w Pskowie, gdzie natrafimy na plac z kimś wiecznie żywym. Oto okazały monument Lenina w kolorowych rabatkach. Romantyka przeszłości słusznie minionej.

Jeśli chodzi o sowieckie nazewnictwo, czas przystanął w stolicy Karelii, w Pietrozawodsku, w mieście ulokowanym nad drugim co do wielkości jeziorem Europy Onega.
Pietrozawodsk - 270 tys. mieszkańców. Pomnik Lenina na centralnym placu oraz sparowani (na zawsze zaklęci w spiżu): Marks z Engelsem. Pogodzeni politycznie, ekonomicznie, ideologicznie i filozoficznie.

Przemierzamy ulice z komunistycznymi nazwami, nietknięte pieriestrojką, np. Feliksa Dzierżyńskiego, Dekabrystów czy Komunistów. Zniknęły nazwy takich patronów, jak Lumumba i Che Guevara i nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego. Jest za to bulwar genseka Jurija Andropowa. Przewodniczka Tamara tłumaczy, że obowiązujące nazwy to historyczne dziedzictwo i nie trzeba tego się wstydzić. Ulicy czy też pomnika Stalina jednak nie ma. Dlaczego? Dyktator w Pietrozawodsku nie był w ten sposób uhonorowany. Tamara chwali władze za szybkość reakcji. Już w trzy dni po wylądowaniu z lotu orbitalnego kosmonauta Titow stał się patronem jednego z placów! Opowiada kobieta wykształcona i elokwentna, oprowadzająca turystów po okolicznych atrakcjach.


Nie rozumiecie nas

Pytają, czy dobrze nam w Europie, co oznacza brak granic itp. Wyczuwa się nieskrywaną zazdrość, a może to tylko nutka nostalgii, bo bracia Słowianie odwrócili się do siebie plecami. - Dlaczego ta Unia nas nie rozumie? - Za co nas tak nie lubicie? - dopytują. Odpowiadam standardowo, pytaniem retorycznym, które pytających wprowadza w zakłopotanie. - A co ja robię w Rosji? Gdybym Rosjan nie lubił, nie przyjeżdżałbym do was…

Nieopodal Soboru Zmartwychwstania Pańskiego (Cerkiew na Krwi) w Petersburgu, na Skwerze Puszkina, trwa koncert muzyki poważnej. Melomani zgromadzeni w pobliżu artystów, gdzie jeszcze sporo niezajętych krzeseł. Przysiadamy na ławce daleko od muszli koncertowej i prowadzimy cichą rozmowę. Nagle wtrąca się nobliwy pan z uwagą, że zakłócamy mu odbiór. - Jak to? Przecież wystarczy podejść pod scenę, gdzie lepiej widać i słychać. Okazuje się że to pretekst do wszczęcia dialogu „skłóconych” Słowian. Nie idzie o muzykę, ale o żal, że Polacy zdradzili Rosjan i że nie okazują wdzięczności za wyzwolenie. Starszy człowiek rozkręca się, zapomina o koncercie i żwawo opowiada o dziejach przemieszanej kulturowo rodziny w której roi się od polskiego kuzynostwa. Podobnych sytuacji do końca podróży będzie jeszcze wiele. Za każdym razem uciekam się do riposty: - A co ja robię w Rosji? Gdybym Rosjan nie lubił, nie przyjeżdżałbym tutaj. To działa.


Złote kopuły

Nawet przydrożna kapliczka z wyzłoconą kopułą! Mijamy kolejne miejscowości w których dominują biedne domostwa z azbestowymi dachami. Jedyny blask jaki z wioseczek bije to złote kopuły cerkwi i chramów. W dzisiejszej Rosji załatyje kupała są wszechobecne, także w pieśni, poezji i w ludzkich marzeniach. Prawosławie rozkwita.
Jest coś jeszcze, co rosyjską prowincję rozświetla, szerokim frontem wkracza globalny handel. Światowe marki w większych ośrodkach zadomowiły się już na dobre. Rozkwita też sieć rodzima pod nazwą „Magnit” (ros. Магнит) – minimarkety, supermarkety i hipermarkety działające na terenie całej Rosji, nawet na głębokiej prowincji. „Magnit“ jest liderem rynku detalicznego. Firmę założył w 1994 miliarder Siergiej Galicki z Krasnodaru. Według oficjalnych danych z początkiem roku 2014 firma posiadała 7316 sklepów dyskontowych 164 hipermarkety, 696 drogerii oraz 49 sklepów innych formatów oraz zatrudniała około 130 tysięcy pracowników. Każdy zatem ma dostęp do znakomitych produktów, problemem z pewnością jest siła nabywcza ludności.
Ludzie ratują się jak mogą i coraz śmielej wkraczają na tereny, gdzie pojawiają się turyści a wraz z nimi okazja zarobienia paru rubli (100 rubli = 6,50 zł; minimum egzystencji: ok. 10 tys. rubli).
Dla turystów ekonomicznych mijających łukiem Hiltony, wybawieniem są babuszki (tak się nazywa przedsiębiorcze kobiety), które oferują kulinarne cuda. Ciepłe pirożki ze wszystkim (kapusta, mięso, jajko, ser, kartofle, konfitura) za jedyne 30 r. Smaczności! Można też dostać owoce z przydomowych sadków, a także świeże ryby, jeszcze ciepłe po wędzeniu: ogromna porcja leszcza - 400 r., spory sudak - 100 r. Obnośny handel wzbogaca ofertę turystyczną.


Język żywy

Język Achmatowej i Puszkina jest przepiękny i wciąż rozkwita. Ażeby poznać nowe rosyjskie słówka należy otworzyć się na biesiadne kontakty z obywatelami tego ogromnego kraju. Swój wielki wkład w kształtowanie języka mają również Rosjanie nadużywający tego i owego.
Nie zdziwmy się zatem, kiedy bladym świtem zatroskany współbiesiadnik nas zapyta: Ты уже остограмился? W wolnym tłumaczeniu: Czy spożyłeś już poranne sto gram na kaca? Albo: Czy twój umęczony organizm dostał to, co z rana dostać powinien?

Wyższość języka rosyjskiego jest oczywista. Jedno słówko »остограмиться« a ileż w nim emocji i treści. W Rosji kapitalizm kwitnie i bystro reaguje na oczekiwania konsumentów. Na zdjęciu widzimy 100 g niezłej wódki w praktycznym opakowaniu.
Na zdrowie!
Właśnie takie pamiątki lądują w bagażu powrotnym by już w domu stać się obiektem zaskoczenia i rozbawienia. A tak przy okazji. Wódki rosyjskie kupowane w placówkach handlowych (koniecznie z banderolą) są tanie i chciałoby się powiedzieć: smaczne oraz zdrowe, a kto wie, czy nie zawierają (sic!) witamin. Po zaaplikowaniu optymalnej ilości rzeczywistość staje się weselsza i otwierają się szersze horyzonty.
Zapobiegliwi współtowarzysze podróży jeszcze w kraju zaopatrzyli się w napoje z „pewnego źródła” i była to whisky ze słonecznej Italii. Jak się okazało żenująca konkurencja wobec monopolu rosyjskiego. Dzięki eksperymentom pomysłowego Dobromira powstał „Drink Stanleya”: podła whisky z kwasem chlebowym. Serwowana w plastikowym kubeczku, bez cytryny, bez parasolki, bez rurki. Wcześniej zmieszana z miłością. Tylko dzięki znakomitemu kwasowi "Nikola" włoskie byleco dało się spożyć bez sensacji żołądkowych.


Koniec części pierwszej

Leszek Juliusz Tomczuk

Przejdź do: części 2.
Więcej o Rosji: Reportaże z Azji


Rosja jeszcze bliżej

Szerokie tory i horyzonty (2)

Podsumowanie czasu spędzonego w Rosji wychodzi trochę chaotyczne, bo ogromu wrażeń z tak ogromnego kraju nie sposób ogarnąć, a co dopiero opisać. To strana bezprudelnaja, ale nie abyknawiennaja. Tłumacząc z grubsza: ziemia bezbrzeżna, ale nie zwyczajna. Obraz Rosji przedstawiany w mediach głównego nurtu, zwłaszcza przez pisowską telewizję, należy wywalić na śmietnik, bowiem powielane stereotypy nie przystają do rzeczywistości. Nie mam zamiaru nurzać się w odmętach kremlowskiej polityki i jej interpretacjach dokonywanych przez rodzimych politologów, bo mnie, turystę, polityka w żadnym stopniu nie dotknęła. Nawet przez moment nie poczułem czającej się rzekomo na każdym kroku wrogości. Jestem pod wrażeniem napotkanych ludzi: kobiet, mężczyzn. Starych i młodych, pięknych i brzydkich, mądrych i mniej mądrych.
Dlatego tym razem parę prostych pytań i w miarę prostych - mam nadzieję - odpowiedzi. Będą to zatem oczywiste oczywistości, jak to się w pewnych kręgach mawia.

Jacy oni są?

Generalnie Rosjanie są narodem życzliwym i otwartym. To ludzie - tu podostrzam - zupełnie normalni. I bez znaczenia, jak głupio to brzmi, a skoro godzimy się na stadne ogłupianie, głupio brzmieć musi. Rosjanie niczym od nas się nie różnią. Ażeby wkraść się w ich łaski wystarczy nie zadzierać nosa i nie próbować traktować z pogardą. Zresztą taka zasada obowiązuje w każdym kącie świata, a w Rosji w szczególności. W przypadku Rosjan zajmujących stanowiska decydencko-urzędnicze bywa trochę po wschodniemu, a więc po staremu. U niektórych uruchamia się "gen cara", bo władza, bo urząd, bo majestat. Rosję obserwuję z bliska od dziesięcioleci, więc wiem, że to się szybko zmienia. W supermarketach personel podtrzymuje korporacyjne standardy, odczuwa się jakby wymuszoną, trochę teatralną uprzejmość, czyli witanie kolejnego klienta i życzenie miłego dnia, bo teraz klient to też ich pan.
Polecę banałem. Rosjanie pracują, zawierają związki (co krok natrafiamy na sesje zdjęciowe w kolejnych atrakcjach turystycznych), wychowują dzieci, stoją w kolejkach, biedują, po prostu żyją.

Właśnie w kolejkach można zadzierzgnąć krótkotrwałe znajomości, które szybko procentują. Oto znamienny przykład: ni stąd, ni zowąd chłopiec częstuje innostrańców czekoladkami. Następuje to po wymianie grzeczności i zagajeniu rozmowy z jego rodzicami. Trzydziestoparolatkowie z jedynakiem zwiedzają Karelię, przybyli aż z Woroneża pokonując trasę 1500 km. Chwalą się pobytem w Grecji i Niemczech. Teraz myślą o Polsce, wiedzą że to piękny kraj. Jednym tchem wymieniają Gdańsk, Kraków i Zakopane, dokąd w przyszłości się wybiorą. Zapytajcie młodego Niemca, Hiszpana, Amerykanina, co wie o Polsce...

Świat za bardzo Rosji się nie boi, ani rządzącego twardą ręką Władimira Putina. Polska Kaczyńskiego i Turcja Erdoğana to wyjątki, bo obaj są mentalnymi braćmi, wykazują negatywne podejście do tego kraju i przez to największy przestrach (zaordynowany politycznie) panuje nad Bosforem i Wisłą.

Czy tam bezpiecznie?

Jeszcze przed podróżą byłem po wielekroć napominany by zachować czujność i zatroszczyć się o osobiste bezpieczeństwo. Mając jako takie doświadczenie podróżnicze nie starałem się nawet ciągnąć tematu. A piszę te słowa w momencie, kiedy media zajmują się aktem terroru, jaki miał miejsce na reprezentacyjnym trakcie Barcelony La Rambli. Reporterzy relacjonują z miejsca, gdzie jeszcze niedawno spokojnie spacerowałem. A więc, po co te pytania o (nie)bezpieczną Rosję? Rozsądny turysta nie szuka guza, w dzisiejszym świecie łatwo nabić go dosłownie wszędzie.

Jakie tam standardy?

Zajmujące miejsce w plecaku ręczniki nie przydały się ani razu! W najskromniejszym hostelu otrzymasz je w niewygórowanej cenie pokoju ze śniadaniem. Możesz nawet liczyć na darmową przepierkę bielizny! Minęły czasy wożenia ze sobą papieru toaletowego. Spotykane na turystycznym szlaku WC spełniają podstawowe standardy, ich utrzymanie nie różni się od poziomu europejskiego. Legendy o wszechobecnych sławojkach są aktualne w biednych osadach i zabitych dechami wioskach. Za turystą kroczy cywilizacja.
Nieszukający luksusów wędrowiec, a więc turysta ekonomiczny, nie instaluje się w Hiltonach. Noclegi w hostelach, nawet w pięciomilionowym Sankt Petersburgu, można znaleźć w cenie od 25 zł wzwyż. Jeśli nie zna się języka rosyjskiego łatwo porozumieć się po angielsku, zwłaszcza z młodszym personelem. Wyżywienie pod rosyjskim słońcem to rzecz najprostsza. Na każdym kroku małe i większe jadalnie typu Stołowaja z tanim jedzeniem. Mnóstwo lokali czynnych od świtu, niekiedy całodobowych (Krugostołowaja 24 h). W czasie pobytu w Sankt Petersburgu, w pobliżu mojego hostelu, stołowałem się u Tadżyków z Duszanbe. Było czysto i przyjaźnie, tanio i smacznie, a co najważniejsze: egzotycznie. Zatrzęsienie sklepów całodobowych, czynnych w każdy dzień tygodnia, prowadzonych w znacznej mierze przez Turkmenów, Kazachów, Ormian i Gruzinów.
Od Rosjan powinniśmy się uczyć zgodnego współżycia z innymi nacjami...

Co dla turystów?

Sankt Petersburg otaczają wielopoziomowe estakady niczym w Paryżu, Rzymie czy Singapurze. Szok poznawczy dla kogoś, kto zwiedzał kiedyś Leningrad. Nie uświadczysz nachalnej reklamy. Równe chodniki, niezłe drogi, schludnie i czysto i co uderza najbardziej: minimalne ślady dewastacji przez grafficiarzy. W każdym razie tak jest w samym centrum, w sercu metropolii, które przepychem zapiera dech w piersiach, szczególnie podczas białych nocy.
Być w stolicy dawnego imperium i nie zobaczyć Pałacu Zimowego, Peterhofu i Carskiego Sioła to tak, jakby w Paryżu pominąć Wieżę Eiffla a w Rzymie Watykan. We wszystkich wymienionych miejscach rządzą tłumy. Niepoliczalna chmara turystów z przewagą skośnookich.
Ermitaż to jedno z największych muzeów sztuki na świecie, które w swoich zbiorach posiada imponującą kolekcję ponad trzech milionów eksponatów, z których tylko niewielka część dostępna jest dla zwiedzających w sześciu budynkach d. Pałacu Zimowego.

Przewalająca się ciżba ludzka w pomieszanych kierunkach. Po godzinie człowiek ma wszystkiego dość! Najważniejszy wydaje się być - вход/выход - entry/exit. Liczy się orientacja w lokalizacji wejść/wyjść oraz... WC. Prawie nikt nie wgapia się w szczegół kolejnego, kolejnego i kolejnego eksponatu-arcydzieła. Nie widać, aby ktoś nadzwyczajnie przeżywał kontakt z wielką sztuką.
Kto w Ermitażu traci najwięcej? Turysta. A kto de facto staje się bogatszy nic nie robiąc? Oto malowane argumenty. Rubens (40 obrazów), Matisse (37 obrazów), Picasso (31 obrazów), Rembrandt (26 obrazów), Van Dyck (25 obrazów), Gauguin (15 obrazów), Poussin (12 obrazów), Watteau (12 obrazów), Tycjan (11 obrazów), Tiepolo (9 obrazów), Monet (8 obrazów) i wielu, wielu innych.

Carskie Sioło. Taka tam imperatorska "wioseczka". Rosjanie potrafią zarabiać na turystach. Witają ich stylowe bandy grające muzykę z epoki. Robi się naprawdę klimatycznie.

Muzycy podkręcają atmosferę i zagrzewają do zakupu nietanich biletów. Za wstęp do pałacowych ogrodów płacimy zaledwie 120 rubli, zwiedzanie kilkunastu wydobytych z ruin sal, kosztuje już 1000 r. I trzeba jeszcze odstać w kilkugodzinnej kolejce! Tu i ówdzie odpada pozłotka, kruszą się gipsowe kariatydy, ale zobaczyć wypada...

Obecnie w Pałacu Katarzyny znajduje się replika zaginionej Bursztynowej Komnaty, pokazana światu 27 maja 2003 r. Oryginał był dziełem mistrzów z Gdańska.

Prace rekonstrukcyjne trwały niemal ćwierć wieku! Brakowało podstawowych informacji, przede wszystkim kolorowych zdjęć oryginału, oparto się więc na jedynych źródłach: czarnobiałych fotografiach i zachowanych dokumentach. Rzemieślnicy nie znali sposobu, jak gdańscy bursztynnicy przytwierdzali poszczególne elementy do ścian.
Koszt kopii Bursztynowej Komnaty zamknął się w niebagatelnej kwocie 11,5 mln dolarów, trzeba jednak przyznać, że efekt końcowy robi oszałamiające wrażenie. Uroczyste otwarcie przypadło ma obchody trzechsetlecia Sankt Petersburga. Wśród gości odnotowano światowych przywódców, m.in. Władymira Putina, George Busha i Gerharda Schrödera.

Peterhof - letnia rezydencja

Pałac Zimowy, Carskie Sioło i Peterhof po kolejnych już odwiedzinach rozczarowują, przerażają przepychem i nierealnością. Człowiek zaczyna się zastanawiać: po co im (carom) to wszystko było? Jakim kosztem swoją próżność zaspokajali? Zniesmaczenia dopełniają potężniejące z roku na rok tłumy zwiedzających i coraz droższe wejściówki.

Do Petersburga pewnie jeszcze powrócę. Po niepowtarzalną atmosferę miasta-muzeum i do ludzi.


Leszek Juliusz Tomczuk


Przeczytaj: część 1.
Zobacz więcej: Petersburg by Night


Albion

Białe Klify

w obiektywie Marka Tomczuka

Dover - miasto w południowo-wschodniej Anglii (hrabstwo Kent), położone nad brzegiem Kanału La Manche (Channel). Jedną z największych atrakcji przyrodniczych są tu słynne nadmorskie kredowe urwiska skalne - White Cliffs. Ich niesamowita charakterystyczna biel na tle błękitnego morza budziła zachwyt oraz emocje już od niepamiętnych czasów. Pisał o nich już w IV wieku p.n.e. grecki podróżnik Pyteasz z Massalii. To właśnie od nich Anglia zawdzięcza swoją poetycką nazwę Albion (biały). Urwiska rozciągają się na przestrzeni przeszło ośmiu kilometrów, osiągając w niektórych miejscach nawet ponad 100 metrów wysokości. Z myślą o turystach wytyczono tu kilka nadbrzeżnych szlaków. Jeden z nich prowadzi do klifu Szekspira (Shakespeare Cliff). Inny zaś doprowadzić nas może do centrum informacyjnego Gateway to the White Cliff. Dover stanowi także ważny port morski do którego przybywa większość promów oraz statków pasażerskich z sąsiedniej Francji. Związane jest to z tym, że to właśnie w tym miejscu szerokość cieśniny oddzielającej Francję od Anglii jest najmniejsza i wynosi zaledwie 35 km.


Zapomniana Europa

Magiczna Karelia

Karelskiej opowieści nie rozpoczniemy powitaniem, a - o paradoksie - od pożegnań, choć to dopiero początek opowiadania. Wiele tygodni w drodze, ciągłe pożegnania, pędzimy dalej i dalej…

Ech, te rosyjskie rozstania!
Swietłana w Sankt Petersburgu i Tatiana w Pietrozawodsku, kobiety pracujące w ruchu turystycznym. Dziękując za przyjazd i pobyt (nieumówiony przecież), ocierają z łez kąciki oczu i zapraszają do ponownych odwiedzin. Brakuje jedynie powiewającej na pożegnanie białej chusteczki. Kobiety rosyjskie potrafią żegnać, jak nikt inny w świecie. U nich to tradycja, wiedzą bowiem, że w prapastnoj Rasiji można zatracić się na zawsze, ogromne przestrzenie wiążą się z długotrwałą rozłąką i towarzyszącą jej tęsknotą. Pożegnań przeżywamy mnóstwo, dosłownie co krok. Spotykasz kogoś, wymieniasz parę zdań i już się lubicie, a za chwilę trzeba się rozstać. Jeśli za jakiś czas, przypadkowo, spotykacie się w innym miejscu - co za radość! - witacie się już, jak wypróbowani przyjaciele.

12-14 lipca 2017

Wreszcie Karelia.
Na granicy obwodu leningradzkiego (obowiązuje nazewnictwo sowieckie) z Karelią siedmiokilometrowy ciąg drogi "niczyjej". Kończy się asfalt i mozolimy się po ubitym, pełnym dziur trakcie ze znakami drogowymi, a nawet z oznaczeniami przejść dla pieszych! W tumanach kurzu pokrywającego listowie i azbestowe dachy domów, znaki owe to jawna ironia, dowodzą urzędniczej bezmyślności, czy wręcz wyrafinowania. Ale może to dobrze, niech sobie stoją, dzięki nim zyskujemy pewność, że nie pobłądziliśmy. Nagle drogowy koszmar się kończy i wita ogromny napis "Republika Karelia". Powraca asfalt, suniemy doskonale utrzymaną, krętą drogą wykutą w skalnych przełomach.
Mnóstwo nazw miejscowości ma brzmienie fińskie, w podwójnym zapisie: cyrylicą i alfabetem łacińskim (Питкяранта - Pitkäranta; Суоярви - Suojärvi; Лахденпохья - Lahdenpohja; Лоухи - Louhi; Хелюля - Helylä).

Obfite opady deszczu i zapowiedź sztormu na Jeziorze Ładoga pokrzyżowały plan dotarcia na wyspę Walaam (nie odpuszczamy, zahaczymy w drodze powrotnej). Odwołano wszystkie rejsy. Ładoga największe jezioro Europy! Decydujemy się opuszczenie Sortowały, gdzie będzie padać przez najbliższe dni. Po drodze stolica Karelii - Pietrozawodsk i Jezioro Onega - temat na odrębne wypracowanie.

15 lipca 2017

Kierunek: Murmańsk, poprzez Biełomorsk do Wysp Sołowieckich. Droga niezłej jakości, w intensywnej rozbudowie. Pielęgnacja poboczy i roboty drogowe uskuteczniane na okrągło, przez całą dobę (oszczędności z oświetleniem: białe noce). Dla zgnuśniałych Europejczyków - poznawczy szok! Zaangażowano mnóstwo sił i ciężkiego sprzętu. Rosjanie tyrają na okrągło, spieszą się. Dokąd? Nie wiadomo. Dyskomfortem okazuje się brak zjazdów na odpoczynek i toaletę. Na odcinku 200 km nic nie ma, choć na poboczu poustawiano znaki informujące o pobliskiej stacji benzynowej z WC. Wszystko więc w planach.

Zjeżdżasz z dobrze utrzymanej drogi murmańskiej, bierzesz azymut na Biełomorsk, pokonujesz 40-kilometrowy trakt usłany dziurami nieremontowanymi po dziesięciu, a może nawet po dwudziestu ciężkich zimach. Test dla zawieszeń samochodowych, sceneria do programów telewizyjnych typu „ekstremalne drogi świata".

16 lipca 2017

Biełomorsk. Wyobraźmy sobie miejsca, których „nie ma”, które nie powinny istnieć, których wyparła się, albo całkowicie o nich zapomniała, władza. Po co tam jechać? Nic tam nie można zobaczyć! Fatalna destynacja…
Na obrzeżach ciągnący się kilometrami cmentarz z biednymi pochówkami zlokalizowanymi w rachitycznym lesie po obu stronach jezdni. Cztery rzędy grobów tuż przy skrajni kiepskiej drogi. Niesamowite, dojmujące wrażenie. Mogiły ozdobione sztucznymi kwiatami splecionymi w wymyślne wieńce. Kolorystyka „typowo rosyjska” z przewagą niebieskiego. Każdy grób otoczony metalowym płotkiem, określającym terytorium wiecznego spoczynku. Wytłumaczenie usytuowania nekropolii zdaje się być tylko jedno: brak ziemi i trudności geologiczne. Za ostatnim rzędem sinoniebieskich ogrodzeń zarośla przechodzące w oczerety i grzęzawiska, a dalej już tylko woda. Utwardzony dukt wydaje się być jedynym, w miarę solidnym miejscem, gdzie utrzymają się groby. Łatwo sobie wyobrazić ten cmentarz w okresie podwyższonego poziomu wód lub powodzi po srogiej zimie.

17 lipca 2017

Miasteczko Biełomorsk przygnębia. W niedzielny poranek całkowicie wyludnione. Dominuje chaotyczna zabudowa i fatalny stan dróg. Oznakami jako takiej cywilizacji zdają się być znakomicie zaopatrzone sklepy, słynnej rosyjskiej sieci handlowej Magnit.

Do portu-nie-portu dojeżdżamy ubitą, drogą „donikąd”. Nie sposób dać wiarę, że zmierzamy do miejsca, gdzie cumują promy. Trudno o odczucia, że już wkrótce zobaczymy morski brzeg. Akurat mamy odpływ i doszukiwanie się w takich okolicznościach marynistycznej romantyki jest obarczone ryzykiem rozczarowania.
Postsowieckie klimaty: opuszczenie, zaniedbanie, zaniechanie, beznadzieja, rozpierducha. Zero materialnych dowodów, że Karelia stawia na turystykę, widząc w niej szansę na wzbogacenie.
Biełomorski port-widmo, bez jakiejkolwiek infrastruktury z opuszczonymi i niszczejącymi budynkami, które nikomu do niczego od dawna już nie służą. Zaokrętowanie zatem nastąpi w zdecydowanie niefilmowej scenerii.
Smutek i upadek na końcu świata, na kolejnym krańcu Europy, tym razem nad Morzem Białym przechodzącym w Morze Barentsa.
Biełomorsk ze swoim ponurym portem to obraz wyjęty z prozy Andrzeja Stasiuka, literata lubującego się w opisie rozpadu. Autor "Wschodu" w opuszczonym przez Boga mieście znalazłby nieskończone pokłady inspiracji.

Wysłużonym katamaranem, zwodowanym w 1982 r. w Stoczni "Wisła" w Gdańsku pod imieniem "Szafir" płyniemy na Wyspy Sołowieckie. Historię statku zapisano w kolejnych warstwach farby nakładanej niedbale przez kolejnych właścicieli. Po 15-tu latach służby w ramach białej floty jako przybrzeżnej żeglugi pasażerskiej, obok bliźniaczych katamaranów: "Szmaragd", "Opal" oraz "Agat”, „Szafir" trafia pod banderę b. ZSRR i cumuje przy Newie w Sankt Petersburgu, jako ekskluzywna restauracja »Сапфир« (zatem wciąż »Szafir«). Następnie dociera do Pietrozawodska, gdzie obsługuje ruch turystyczny po drugim, co do wielkości, największym słodkowodnym akwenie Europy - Jeziorze Onega. Ostatnie sześć lat kursuje jako prom relacji: Biełomorsk - Wyspy Sołowieckie - Biełomorsk. Stalowym kawałkiem pływającej Polski, przy pełnej mocy silników Fabryki H. Cegielskiego, zmierzamy na kraniec świata. Rejs trwa 4 godziny.

Optymizmem napawa piękne słońce, orzeźwiająca bryza i wiara w cuda - taką karmimy się nadzieją - czekające na Sołowkach. Wśród pasażerów, głównie Rosjan przybyłych z najodleglejszych zakątków kraju, garstka Polaków. Zrobiło się swojsko, po powzięciu informacji, że płyniemy statkiem wyprodukowanym w dalekiej ojczyźnie. I bez znaczenia pozostaje fakt, że ów niezwykły wehikuł skonstruowano w mrocznych miesiącach stanu wojennego.  

***


„Apel” zamieszczony na fejsbukowym profilu (w Polsce masowe protesty): Kochani! Z dala od kraju chylę czoła przed Waszym sprzeciwem wobec kaczofaszystowskiej dyktaturki. Póki co zgłębiam historię systemów totalitarnych i zadaję sobie pytanie, gdzie kaczyści nas wszystkich pozamykają? Historia podpowiada rozliczne rozwiązania...


***


Przed nami główny cel wyprawy na krańce Europy…

Stauropigialny rosyjski klasztor prawosławny czyli Monastyr Sołowiecki, został wybudowany w 1492 r. i przetrwał do bolszewickiej rewolucji roku 1917. Położony jest na Wyspach Sołowieckich między lądowym Jeziorem Świętym a Zatoką Pomyślności na Morzu Białym.
Po przewrocie bolszewickim w latach 1923–1939 pełnił rolę obozu koncentracyjnego OPGPU/NKWD (Sołowiecki Obóz Specjalnego (SŁON) dla więźniów politycznych. W owym czasie stał się miejscem kaźni kilkunastu tysięcy ludzi. Obóz był prototypem dla systemu łagrów GUŁAG, rozwiniętego po 1929. W szczytowym okresie liczba więźniów wynosiła 71 800!
W 1990 w mury klasztoru powrócili mnisi Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Monastyr mozolnie powstaje z kolan, ale do przywrócenia dawnej świetności pozostaje jeszcze mnóstwo pracy. Nadzieję pokłada się w tym, że Sołowki coraz częściej są odwiedzane przez turystów. Niestety, niektórym z nich się wydaje, że przybywają do... bajkowego zamku.

Stołówko-restauracja dla pielgrzymów i turystów. Skromne dania, niezwykle smakowite za naprawdę nieduże pieniądze. Gotują mnisi i osoby wspomagające klasztor. Pokutę "odpracowują" przeróżne osoby, w tym pani profesor moskiewskiej uczelni, która wykonywała swoje obowiązki (zbieranie naczyń ze stołów i zmywanie) z pokorą, ale jakby z miną marsową.


Jedenaście dni wcześniej…

Nazarij i Zacharij. Prawosławni mnisi żyjący w dwóch odległych monastyrach. Nazarij (55 l.) w Peczorach - obłast pskowska, Zacharij (45 l.) w Sołowkach - obłast archangielska. Dzielą ich tysiące kilometrów, geograficzna izolacja i narodowość. Nazarij jest Czuwaszynem (mały naród zamieszkujący nad brzegami Wołgi), Zacharij to Białorusin. Obu łączy mnisi los i przyjaźń, która zrodziła się podczas wspólnego posługiwania w peczorskim monastyrze. Przed wstąpieniem do klasztoru byli traktorzystami i nabytą umiejętnością wspierają swoje zakony.
Nazarija spotkałem podczas zwiedzania peczorskich cudów i natychmiast zrodziła się obopólna nić sympatii. Już po chwili przedstawiał mnie współbraciom, jako swojego przyjaciela! Umówił się na popołudniowe zwiedzanie monastyru z nieturystycznej perspektywy, oferując oprowadzenie Polaków po miejscach do których pielgrzymi nie mają wstępu. Zaowocowało to ekskluzywną sesją zdjęciową.

Monastyr w Peczorach, obwód pskowski

W toku wielogodzinnej rozmowy opowiedział o swoim życiu i dowiedziawszy się o głównym celu podróży, stwierdził że na Sołowkach ma przyjaciela, który przyjął zakonne imię - Zacharij. Od lat są bez kontaktu i poprosi o złożenie mu pokłonu.

Jedenaście dni później...

Oto stoję przed świętą bramą Sołowieckiego Monastyru i myślę wyłącznie o spotkaniu z monachem Zacharijem.

Na Wyspy Sołowieckie można się dostać na dwa sposoby. Latem drogą morską (3 tys. rubli w obie strony) dzięki regularnej żegludze promowej, która na czas długiej zimy zamiera już w październiku, kiedy Morze Białe skuwa lód. Wówczas pozostaje połączenie samolotowe z Archangielska, na pokładzie wysłużonych "antonowów" (14 tys. rubli w obu kierunkach). A więc pełna izolacja, a ja robię za pośrednika pomiędzy oboma mnichami...

Spotkanie z Zacharijem okazało się łatwiejsze aniżeli można było przypuszczać. Jako mężczyzna miałem prawo udać się do domu zakonnego, by poinformować bramowego o celu wizyty. Podążającą moim śladem pątniczkę dość stanowczo wyproszono z obiektu, którą dyżurny - przyjąwszy zniechęcający wyraz twarzy - odprawił krótko: do domu monachów kobiety wstępu nie mają!
Po paru minutach zjawia się - bynajmniej nie zaskoczony - Zacharij. Uściski dłoni i wspólne oglądanie fotografii wykonanych w Peczorach. I tym razem grupka polskich wędrowców zyskała niepowtarzalną okazję zwiedzenia Sołowieckiego Monastyru od niedostępnej dla turystów strony. Zacharij bezinteresownie prowadzi na najwyższą wieżę skąd rozlega się wspaniała panorama wyspy. Wieża w trakcie remontu i przygotowań do umieszczenia tam gigantycznych dzwonów oczekujących na dole w tymczasowej dzwonnicy. Ich muzyka dotrze daleko, hen za bezludny horyzont…

Monastyr Sołowiecki „zdobyty”...


Leszek Juliusz Tomczuk


***
Impresja filmowa Andrzeja Sójki - współuczestnika wyprawy: Rosja - Karelia.


Skarb (o) północy

Sankt Petersburg by Night

(slajdy)


Sankt Petersburg (ros. Санкт-Петербург, Sankt-Pietierburg, potocznie Петербург, Pietierburg, Пи́тер, Pitier; dawniej Piotrogród, ros. Петроград, Leningrad ros. Ленинград) – miasto w Rosji, położone w delcie Newy nad Zatoką Fińską na terytorium zawierającym m.in. ponad 40 wysp. W latach 1712–1918 stolica Imperium Rosyjskiego. Powierzchnia 1439 km², liczba ludności 4 600 276.
Petersburg jest miastem wydzielonym Federacji Rosyjskiej i stanowi jej odrębny podmiot. Jest stolicą Północno-Zachodniego Okręgu Federalnego i obwodu leningradzkiego, chociaż sam do niego nie należy.
Magiczne miasto-muzeum z niepoliczalnymi zabytkami architektury, które nabierają szczególnego kolorytu w porze nocnej. Wtedy podnoszone są zwodzone mosty, co umożliwia żeglugę większym jednostkom pływającym. Ten moment można zobaczyć w kolejnych odsłonach.


Zdjęcia autorstwa LJT, wykonane 9 lipca 2017 r. aparatem SONY RX 100 III, z wolnej ręki, na ustawieniach uniwersalnych (publikacja bez  korekty i obróbki graficznej!).


Albion mniej znany

Sielska Anglia

Opisywanie Anglii przez pryzmat metropolii ze stołecznym Londynem na czele obarczone jest ryzykiem, nie przedstawimy przecież rzeczywistego obrazu wyspy. Należy zatem uwolnić się od wielkomiejskiego zgiełku, niechby po to, by poznać urok angielskiej prowincji na przykładzie której odkryjemy krainę sielską i anielską.

Uniwersyteckie Cambridge to konglomerat wielkomiejskości i sielskości. Prócz okazałych obiektów mieszczących renomowane uczelnie, natrafiamy na niską zabudowę w zielonej otulinie oraz - co zaskakuje - łąki i pastwiska z wiejskim inwentarzem! Przez miasto przepływa rzeka Cam od której Cambridge wzięło nazwę. W jej nurcie wioślarze Cambridge University Boat Club zapewne doskonalą technikę przed corocznymi zawodami Oxford and Cambridge Boat Race, rozgrywanymi wiosną na Tamizie.   Ulice Cambridge roją się od studentów (biegających i na rowerach) oraz turystów z całego świata, z wyraźną przewagą Chińczyków i Japończyków. Nadreprezentacja tych dwóch nacji to z pewnością przejaw azjatyckiego snobizmu: Cambridge trzeba po prostu zaliczyć.



Podróż do Walii na zawsze odmienia wcześniejsze wyobrażenie o wyspie. Niewielka Walia jest celtycką krainą historyczną i leży w południowo-zachodniej części Wielkiej Brytanii. Zamieszkuje tam nieco ponad 3 mln ludzi, najwięcej na południu w Cardiff, Swansea i Newport oraz na północy w okolicach miasta Wrexham. Ten skrawek Zjednoczonego Królestwa można uznać za ojczyznę owiec, które występują dosłownie wszędzie, w liczbie ponad 11 mln, a więc trzy razy więcej aniżeli obywateli! Prześmiewcy sugerują, że w miejscu czerwonego smoka w godle, Walia powinna eksponować właśnie owcę.



Walijczycy chlubią się starymi zamkami, zachowały się tam mury ponad pięciuset twierdz. Warto odwiedzić Conwy i Caernarfon - wspaniałe miasta, które z pewnością zadowolą miłośników malowniczych ruin.


Foto: Marek Tomczuk


Walia słynie z wielkich tego świata. Stamtąd pochodzi Król Artur - celtycki władca Brytów z przełomu V i VI wieku, który wpisał się w legendę o Rycerzach Okrągłego Stołu. To jeden z najpowszechniejszych mitów europejskiej kultury. Artur był królem sprawiedliwym, przypisuje się mu wprowadzenie w Brytanii prawa.

Najwyższy szczyt ziemski Mount Everest wywodzi nazwę od Walijczyka Sir George'a Everesta, który latach 1830–1843 był głównym geodetą Indii.

Współczesne walijskie sławy to m.in. Catherine Zeta-Jones, Charlotte Church, Shirley Bassey, Tom Jones, Richard Burton, Anthony Hopkins i Timothy Dalton.

Walijczycy mają swój język, którym posługuje się zaledwie 17% społeczeństwa i niestety już mało kto potrafi po walijsku pisać i czytać. Ginący język składa się ze specyficznego alfabetu, nie występują w nim spółgłoski K i Z. Walijski widuje się równolegle z angielskim na większości tablic informacyjnych. O niezwykłości walijskiej mowy świadczy przykład miasteczka leżącego nieopodal Conwy w Walii Północnej, które nosi wielce oryginalną nazwę: Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwyllllantysiliogogogoch. Pięćdziesiąt dziewięć liter! Jest to pierwsza w Europie i druga najdłuższa nazwa miejscowości w świecie (więcej liter ma tylko Bangkok, pełna nazwa w języku tajskim: กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์).

Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwyllllantysiliogogogoch w wolnym tłumaczeniu oznacza: "Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod Czerwoną pieczarą przy kościele św. Tysilia". Dla sennej i leżącej na uboczu miejscowości osobliwa nazwa jest znakomitą promocją, dzięki temu miasteczko uchodzi za uznaną destynację. Wydaje się, że turyści przybywają tam głównie po to, by sfotografować się na tle długaśnej tablicy z nazwą.



Posłowie

Odwiedziliśmy miasta o najdłuższych nazwach i może wypada wybrać się do Å - norweskiej wioski znajdującej się na Lofotach, w gminie Moskenes, która chlubi się najkrótszą nazwą na Ziemi?

No cóż, to temat do odrębnych rozważań, ponieważ poza nią w Norwegii jest jeszcze 6 miejscowości o tej samej nazwie: (Å – gmina Åfjord, Å – gmina Andøy, Å – gmina Ibestad, Å – gmina Lavangen, Å – gmina Meldal, Å – gmina Tranøy).

Å w języku norweskim oznacza „strumyk”.



Conwy nad rzeką Conwy

Conwy by Night

w obiektywie Marka Tomczuka

Conwy – miasto w północnej Walii, w hrabstwie miejskim Conwy nad rzeką Conwy w pobliżu jej ujścia do Zatoki Liverpoolskiej. Miasto liczy 14 208 mieszkańców. Najbardziej znanym obiektem w mieście jest średniowieczny zamek z XIII wieku, który w 1986 roku wraz z zamkami w Beaumaris, Caernarfon i Harlech został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Kobiety zawojują świat

Wieża Babel po włosku

Nie trzeba być napalonym podglądaczem, by dojść do wniosku, że turystykę w przeważającej masie uprawiają kobiety. Wszędzie ich pełno. Widywałem samotnie podróżujące panie w oklicznościach typowo "męskich", np. w Kolei Transsyberyjskiej i gdzieś na bezdrożach Azji. Koronnym przykładem jest Maja Sontag, autorka książki "Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy" (recenzja - Bez kompleksów i z przytupem - na podstronie: Fascynacje). Poniżej fotoreportaż z Italii z kobietami różnych ras i narodowości w rolach głównych. Panie występują bez masek, które my - turystycznie leniwi, zniewieściali mężczyźni - u nich dostrzegamy. Kobiety zwiedzają świat!

Kieszonkowa republika

Obrazki z San Marino


San Marino, Republika San Marino (wł. Repubblica di San Marino) – państwo śródlądowe w Europie Południowej stanowiące enklawę na obszarze Włoch. Stolica kraju to San Marino. (Wiki)
 
Ociupina Polski w San Marino! Rozmawiają po naszemu, można płacić złotówkami po wcześniejszej degustacji. Nasza mowa to nie wyjątek. Kieszonkowa republika otwarta jest na wszystkie języki świata + pełny ekumenizm ;)

Słowacja tak blisko


Belianska Jaskinia


Słowacja, Tatry, Bielianska Jaskinia, jaskinie, turystyka, speleologia

Macedonia

Kraj niepewnego imienia


Macedonia, Македонија, Maqedonia, Republika Macedonii, Република Македонија, Republika e Maqedonisë, Była Jugosłowiańska Republika Macedonii, Former Yugoslav Republic of Macedonia, FYROM, Поранешна Југословенска Република Македонија, ПЈРМ, Poranešna Jugoslovenska Republika Makedonija, PJRM, Ish Republika Jugosllave e Maqedonisë, IRJM


Macedonia była przedostatnią perłą w koronie Bałkanów, której bliżej nie poznałem. W większości państw b. Jugosławii byłem po wielokroć. Zostało jeszcze Kosowo z Prisztiną. Czy zdążę tam dotrzeć? Nie wiem...

Trudno pisać o krainie, która tak naprawdę jest państwem kieszonkowym i mogłaby się obrazić, kiedy ktoś ją nazwie zdrobniale - kraikiem. Posiada jednak potężny atut: skarb w postaci wspaniałej przyrody. Macedonia to potencjał o liczbie niewiele ponad 2 mln mieszkańców, czyli nasza Warszawa wraz z ludnością koczowniczą bez stałego meldunku. Z drugiej strony z Macedonii nie wypada się naigrywać, chociażby dlatego, że w świecie z powodzeniem funkcjonują równie małe byty, jak Singapur, Monaco czy księstwo Lichtenstein, które zajmują jeszcze mniej przestrzeni. Ich wielkość o niczym nie przesądza, wielu z nas chciałoby tam zamieszkać i posiadać pełnię praw obywatelskich. Może kiedyś przyjdzie moda na Macedonię?

Uwzględniając walory przyrodnicze, Macedonia pod wieloma względami wymienione zakątki dystansuje, a w korzystniejszej konfiguracji geopolitycznej mógałby wpędzić w kompleksy. Bo to oszałamiająco piękna ziemia: zniewalająca i momentami powalająca na kolana. Kto do Macedonii raz się zapuści, z pewnością zechce powrócić. Jeśli ktoś potrafi wyobrazić przepastne lasy, niezgłębione wąwozy, niebotyczne szczyty z czapami śniegu i - nagle! - ujrzy ich odbicie w zwierciadle Jeziora Ochrydzkiego, niechybnie staje się niewolnikiem macedońskiej urody. Wspomniane jezioro, obok buriackiego Bajkału, śmiało może uchodzić za „drugie oko” Ziemi. Tym stwierdzeniem niewiele ryzykuję, dane mi było zachwycić się lazurem obu akwenów, a teraz dostrzegam ich bliźniaczość.



Dramat skrawka Europy, jakim jest Macedonia, zasadza się w usytuowaniu geograficznym. Wedle Stasiukowego oglądu mamy do czynienia z Europą zmarginalizowaną, dziejowo pogubioną, przez to gorszą i jakby niechcianą. Od zawsze targaną konfliktami etnicznymi. Kto jak kto, ale literat Andrzej Stasiuk spenetrował Bałkany dość dokładnie i na kartach swojej prozy rozwałkował tamtejszą duszę. Stasiuk lokalesów nie żałuje. W «Dzienniku pisanym później» czytamy: Mam nieczyste sumienie, ilekroć przekraczam Drawę albo Dunaj. Gdy jadę w tamtą stronę, czuję się tak, jakbym się zakradał. Gdy wracam - tak, jakbym umykał. Mam idiotyczne poczucie winy, jakby tamtym stronom coś się ode mnie należało. Tymczasem pociąga mnie po prostu bałkański rozkład i próbuję opisać to przejmujące uczucie. Ale nie należy im się nic (str. 106).

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym u Stasiuka nie dostrzegł choćby krztyny empatii, już w kolejnym akapicie znajdujemy próbę usprawiedliwienia: Bo w końcu jednak trzeba było mieć trochę nekrofilii we krwi, by puścić z dymem kawał własnego półwyspu. Coś było na rzeczy z tym całopaleniem kraju (str. 107).

Macedonia koncentruje wszystkie żywioły bałkańskiego kotła, i jakby tego było mało: ma gigantyczny problem z tożsamością. No bo co to za państwo, które nie do końca wie, jak powinno się nazywać?
Sąsiad z południa - Grecja - nazwy «Macedonia» do wiadomości nie przyjmuje. Dla przeciętnego mieszkańca Hellady wizyta, czy sam tranzyt poprzez sporne terytorium, wiąże się ze swoistą traumą. Dumny Grek nie powie, że jedzie do Macedonii, dla niego to... Skopje, choć to nazwa stolicy. Dzisiejsza Republika Macedonii, w imię łagodzenia stosunków z ambitnym sąsiadem, częściowo godzi się na wymuszoną przez silniejszą państwowość nazwę, która brzmi dość dziwacznie: BJRM (Była Jugosławiańska Republika Macedonii; ang. Former Yugoslav Republic of Macedonia - FYROM). Do zgody wciąż daleko, bowiem Grecy są mocno związani z „zawłaszczoną” nazwą, i trudno się dziwić, przecież największym regionem północnej Grecji jest Macedonia-Tracja, terytorium graniczące właśnie z Macedonią. Rozprawiając się z uzurpacyjnym nazewnictwem najlepiej by było, gdyby Macedończycy zjednoczyli się z Grecją celem scalenia historycznej krainy pod wspólną, pradawną nazwą. Czy to możliwe? Myślę że watpię, na dziś to pomysł wielce naiwny. Ambitni (z uwypukleniem: bitni) politycy nie dadzą sobie wydrzeć władzy.

W Unii Europejskiej nie ma zgodności co do nazwy Macedonii. Polska wciąż używa tej „niesłusznej”, kiedy tzw. stare kraje Unii przystają na FYROM. Starą Europę wraz z odosobnioną Łotwą wspierają: Grenlandia, Meksyk, RPA, Australia z Nową Zelandią i Gujana Francuska. Wiele państw nie zajęło stanowiska w sporze, a większość krajów świata (na czele z Polską i wschodnią częścią UE) nazwę Macedonia szanuje. Kto wie, może dlatego Macedończycy darzą Polaków sympatią? Ale takie tłumaczenie jest zwodnicze, to raczej półprawda. Nasza nacja na Bałkanach wszędzie jest przyjmowana dobrze, nie wyłączając prześcigających się w gościnności Albańczyków, mimo że ci ostatni, w tym rejonie uchodzą za zło wcielone. Szacunek okazywany Polakom to osobiste doświadczenie. Jeśli ktoś ma inne przeżycia - nie ponoszę za to odpowiedzialności. Zastanawiając się nad bałkańską sympatią jestem nieco skołowany: dlaczego tacy mili ludzie wzajemnie się nienawidzą?

Stolica Macedonii zadziwia i trochę przeraża, zwłaszcza w warstwie estetycznej, co wynika z realizacji śmiałego projektu «Skopje 2014», przedsięwzięcia wycenionego na 500 milionów euro. Rozmach architektoniczny ma miasto unowocześnić i podnieść jego walory turystyczne.

Nie silę się na kategoryczny osąd, bowiem wielu ludziom przebudowa się podoba, osobiście jednak uważam, że Macedończycy swoją stolicę krzywdzą. Miasto w szybkim tempie traci koloryt „drugiego” Stambułu, co - w mojej ocenie - przesądza o jego atrakcyjności. Ślady wpływów tureckich (greckich, bułgarskich, serbskich i ostatki socrealizmu) znikają na rzecz neoklasycznego koszmaru z niewyobrażalną ilością pomników. W Skopju zapanowała jakaś szalona pomnikomania. Jeśli do tego dołożymy łuk triumfalny wybudowany na paryską modłę, możemy nie wyjść z poznawczego szoku.

Skopjańska ulica szepcze, że w kraju bieda, brakuje pieniędzy na łatanie dziur w drogach, śmieci walają się gdzie popadnie, a Skopje zamienia się w operetkową metropolię. Przewodnik z polskimi korzeniami parokrotnie kwituje, że w sumie się cieszy, bo ma po czym oprowadzać turystów.
Miasto zlokalizowane z dolinie rzeki Wardar można bezgranicznie kochać i beznamiętnie nienawidzić, no bo w skrajnych emocjach trudno odczuwać coś, co jest pośrodku. O tym mieście się pisze: Mały Stambuł. Małe Vegas. Nasze Skopje.

Miasto prawie całkowicie zniszczone przez katastrofalne trzęsienie ziemi w roku 1963, wciąż się buduje a końca robót nie widać, stąd wszechobecne niedokończenie.
Skopje jest kolebką Matki Teresy, jednej z najsłynniejszch laureatek Pokojowej Nagrody Nobla - Agnese Gonxhe Bojaxhiu, znanej światu jako Matka Teresa z Kalkuty.


Muzeum Matki Teresy z Kalkuty w Skopju


Słynna zakonnica była Albanką, dlatego w Tiranie ma swój pomnik i jej imieniem nazwano tamtejsze lotnisko.

Macedończycy z kolei mają Skopje Alexander the Great Airport. Budując narodową tożsamość państwa, które jako suwerenny byt istnieje niewiele ponad dwie dekady, na każdym kroku odwołują się do Aleksandra Wielkiego, co oczywiście burzy grecką krew. Przypieczętowaniem miało być wystawienie 22 metrowego pomnika z brązu przedstawiającego „Wojownika na koniu”, który góruje na Placu Macedonia w samym sercu miasta. Dlaczego nie nazwano pomnika wprost? Być może nie chciano bardziej drażnić Greków. Podobny monument, choć w dużo skromniejszej skali, znajdziemy w stolicy Macedonii-Tracji czyli w Salonikach.
Na „Wojowniku na koniu” nie poprzestano. Centralne miejsca Skopja upstrzono ogromnymi monumentami Justyniana I i Filipa II (ojciec Aleksandra Wielkiego), pomnikami, pomniczkami i okropnymi figurami różnorakich postaci antycznych i współczesnych oraz całkowicie wydumanych, a częstokroć groteskowych. Kto wie, może w pomnikowym tłumie znajdziemy również żyjących polityków?

Dzisiejsza Macedonia pogrąża się w chaosie. Zmierzając do Polski napotkaliśmy wojskową kolumnę kierującą się do Kumanowa, gdzie rozegrały się krwawe zamieszki z 22 zabitymi osobami. Nikt nie przyznaje się do sprowokowania zajść. Najbardziej podejrzane są elity rządzące, które chcąc zatuszować korupcję na najwyższych szczeblach, fatalną sytuację ekonomiczną i złe rządzenie, budzą wojenne demony, nękają obywateli inwigilacją i prześladowaniami.
Ostatnio w Skopju wyrosły przeciwstawne sobie namiotowe miasteczka w których koczują protestujący za i przeciw rządom premiera Nikoły Gruewskiego. Opozycjoniści twierdzą, że to najliczniejsze i zarazem historyczne, bo po raz pierwszy multietniczne, protesty. Albańczycy stanęli ramię w ramię z Macedończykami, wznosząc okrzyki: Gruewski musi odejść!

Co z tego wyniknie - nikt nie wie.

***

Biedronka po macedońsku nazywa się pięknie: bubamara, lecz sieci takich dyskontów tam nie uświadczysz, dlatego pora wracać do kraju. Choć powrót boli, bo wyśmienitego wina T'ga za Jug (tęsknota za południem) ani lozovej rakiji, pędzonej na winoroślach wygrzanych w macedońskim słońcu, w Polsce nie kupimy.

Polskę Macedończycy kojarzą z naszą małą kinematografią, kolejne pokolenia rosły przy Misiu Uszatku, Bolku i Lolku oraz Reksiu. Czterech pancernych i psa ani Stawki większej niż życie - kultowych seriali w większości demoludów i Mongolii - nikt tam nie zna. Swoich filmów partyzanckich mieli zatrzęsienie i nasza „wojenna poetyka” ich nie porusza.

W Macedonii króluje tzw. złota polska trójka:
1. Polski Fiat (maluch)
2. Wyborowa
3. Piękne Polki
Dopiero na czwartym miejscu - papież Polak, co w żywiole muzułmańsko-prawosławnym jest wyróżnieniem.

Bez próby rozwikłania narodowościowych zapętleń, które tworzą kulturowy tygiel, szczerze Bałkany polecam. Nieskrywana wobec nas sympatia stanowi jeden z imperatywów, które przesądzają o wyborze turystycznych destynacji. Miło gościć tam, gdzie człowieka lubią i szanują. Legendarna gościnność w otoczeniu dziewiczej przyrody, plus oryginalna kuchnia, to wypróbowana marka Bałkanów. Byleby tylko panował pokój.


Maj 2015

Powrót do góry strony

Venus - Konstanca - Bukareszt

Rumunia musi

Rumunia, Bukareszt, Konstanca, Owidiusz, Tomis, Sztuka kochania


Warto pojechać do Rumunii, bo szybko się zmieni i takiej już nie poznamy

Jeszcze przed schengeńską granicą, na popasie w Hajdúszoboszló, napotkany Węgier podnosi wątpliwości. - Jedziecie do Rumunii? Tam się nie jeździ!

Lepiej już było

Węgrzy wypoczywają w rejonie Balatonu, czyli nad lokalnym „morzem", oraz nad Adriatykiem, a jeśli decydują się na Morze Czarne, wybierają Bułgarię. Już na rumuńskiej ziemi zastajemy nieoczekiwaną rzeczywistość: lądujemy w turystycznym postindustrialu. Sporo pustostanów, rozbabranych i opuszczonych budowli, zamkniętych na cztery spusty apartamentowców, a w tym całym niedokończeniu: nieliczni turyści, w zdecydowanej masie lokalsi.


Lądujemy w legendarnym Venus (są jeszcze kosmiczne: Saturn, Neptun, Jupiter i na dokładkę Olimp), czyli zajechaliśmy do jakżesz pożądanego miejsca wypoczynku klasy robotniczej doby Ceaușescu.

Polacy na Venus

Jawimy się tutaj niczym przybysze z innej planety, zdaje się, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami w socturystycznym skansenie.
Ale zostawmy Venus. Na rumuńskim wybrzeżu są oczywiście wyjątki od reguły, kurortowe standardy trzyma głośna Mamaia, gdzie widać sporo nowych inwestycji. Cóż, ale i tam - dosłownie za każdym rogiem - napotkamy wycofanie, jakąś niewiarę w lepsze jutro. Przykładem rozbudowa delfinarium, które to przedsięwzięcie zabuksowało i z wolna staje się zabytkiem. Podobnie, jak otaczający park z mini ZOO. W tym miejscu panoszą się standardy zdecydowanie nieeuropejskie. Zwierzęta trzyma się w warunkach urągających ich godności. Treser robiący pokazy z dwoma delfinami jest zarazem... bramkarzem wpuszczającym widzów. Jego partnerka zaś przygotowuje przynętę dla morskich ssaków i zasuwa z mopem. Rzecz niepojęta w konkurencyjnym delfinarium w nieodległej Odessie, gdzie Ukraińcy potrafili wszystko dopiąć na ostatni guzik i robią show na światowym poziomie. Widowisko w Mamai to przaśny pokaz tresury biednych zwierząt, choć publika nie czuje się zawiedziona.
Rumuński przemysł turystyczny ma przed sobą mnóstwo roboty. Odnosi się wrażenie, że na tamtejszej riwierze lepiej już było. Jeszcze gorzej jest poza granicami kurortów. Niewykorzystane tereny, zapadłe kołchozy, opuszczone domy, dzikie wysypiska. Brak szlachetnych nasadzeń, samosiejki, głównie akacje, mało kwiatów, żywopłotów. Wszędobylskie śmieci i burzany. Niedookreślone przygnębienie i nie-wiadomo-na-co-czekanie.
Obrazy w sam raz do prozy Andrzeja Stasiuka, który w mistrzowski sposób sportretował ten „gorszy" zakątek Europy.

Pieskie życie

Watahy psów, częstokroć agresywnych, w miejscu pojawienia się turystów wyłaniają się nie wiadomo skąd, jakby psim swędem wyczuwały w plecakach niedojedzone kanapki. By zadowolić przymilnych burków zwykła bułka niby wystarczy, ale nie zawsze. Zjedzą, owszem, ale tylko te najbardziej parchate i zabidzone. Psia arystokracja czeka na pełnowartościowe białko. Najagresywniejsze najchętniej wyrwałyby kromkę wraz z litościwą dłonią. Watah bać się nie trzeba, choć czujność wielce wskazana. By sprawdzić psią bojowość wystarczy schylić się niby po kamień i zgraja piechrza z podkulonymi ogonami. Patent naprawdę działa, został przetestowany w innych rejonach świata. Spacerujący wieczorami turyści wyposażają się w solidne kije, tak na wszelki wypadek.
Szacuje się że w całej Rumunii żyje 600 000 bezpańskich psów, zaś w samym Bukareszcie pałęta się ich 64 tys. Zdziczałe czworonogi to prawdziwy dramat narodowy. Po zagryzieniu w 2013 r. czteroletniego chłopca, bukaresztańczycy zaprotestowali na ulicach i władze wprowadziły restrykcyjne prawo, mające nabrzmiały problem ostatecznie rozwiązać. Spotyka się to, rzecz jasna, z protestami miłośników zwierząt, lokalnych ekologów oraz urzędników Unii Europejskiej.
Groźne watahy to swoista zemsta Nicolae Ceaușescu, którego Rumuni serdecznie znienawidzili i w końcu unicestwili w drastycznych okolicznościach. Dyktator wprowadził przymusowe przesiedlenia całych wsi z równoczesnym zakazem trzymania czworonogów w blokach z wielkiej płyty. Opuszczone zwierzęta musiały same zadbać o swój los i zdziczały. Widok kundli na rozległym ściernisku, które polują na kuropatwy i nornice, nie jest czymś niezwykłym.

Owidiusz i Constanța

Konstanca, czyli starożytne Tomis, miejsce zesłania Owidiusza. Autor „Sztuki kochania" nigdy nie pogodził się z wygnaniem na peryferia imperium i za Rzymem nie przestawał tęsknić. Zmarł w Tomis, gdzie został pochowany z najwyższymi honorami.

Współcześni mieszkańcy nie zapominają o wielkim poecie i wystawili mu pomnik na centralnym placu Konstancy, nazywając to piękne miejsce jego imieniem. Owidiusz zwrócony ku morzu stoi zasępiony na tle wspaniałego obiektu, jakby rozmyślał nad upadkiem miasta w którym dokonał żywota.
Perła Morza Czarnego powoli odzyskuje utracony blask. Trwa wielka odbudowa trotuarów, ale pracy jest huk. Oby Rumunom wystarczyło zapału, sił i pieniędzy. Wielu obiektom przywrócono już dawną świetność, co nie obyło się bez unijnego wsparcia.
Zastanawia tylko brak aktywności tysięcy żurawi portowych i praktycznie zamarły ruch morski, jakby nikt do największego portu Rumunii nie chciał przypływać.

No i ten Stasiuk...

Bez ustanku rozmyślam nad Stasiukowym „Jadąc do Babadag". Babadag było docelowym punktem w kolejnej wędrówce Andrzeja Stasiuka po bezdrożach zapomnianej Europy, która to podróż zaowocowała świetną relacją. Czy warto do Babadag pojechać? W sensie geograficznym przecież leży całkiem niedaleko. Tylko po co? Babadagowych klimatów na miejscu znajdujemy wystarczająco wiele.


Nie żałuję, że książki nie zabrałem ze sobą, może to nawet lepiej? Do lektury wrócę po powrocie i z domowej perspektywy raz jeszcze wszystko skonfrontuję.

Rumunia jest bez wyjścia. Ma miejsce w europejskiej rodzinie i takie dążenia na każdym kroku wyraża, a więc pieski los w końcu się odmieni. Rumuni chcą, a więc Rumunia musi.


Wrzesień 2014

Powrót do góry strony

Bośnia i Hercegowina - Mostar - Medziugorje


Z mostu w Mostarze


Bośnia i Hercegowina, Mostar, Medziugorje, Sarajewo


Odwiedźmy stolicę Hercegowiny oraz Medziugorje, pątniczą metropoliię Bałkanów

Pochylając się nad miłością w oblężonym Sarajewie łatwo popaść w tani sentymentalizm. Przecież i inne bałkańskie miasta były areną miłosnych dramatów z wojną w tle.

Miasto Mostar to świadek równie strasznych wydarzeń, jakie historia zgotowała stolicy Bośni i Hercegowiny. Namacalnym dowodem są niewyretuszowane blizny czasu wojny. Straszne pamiątki po okrutnych latach. Ślady ostrzału wciąż widać, a życie zdaje się toczyć swoim rytmem. Do Mostaru wrócili turyści, znowu jest gwarno i wesoło. Po starówce snuje się kolorowy tłum, a wśród nich i zakochani. Podniesiony z wojennych gruzów szesnastowieczny Stary Most, kamienna pamiątka kilkusetletniej dominacji tureckiej, po dawnemu zachwyca. Spinając przeciwległe brzegi Neretwy wiąże burzliwą przeszłość z pulsującą teraźniejszością i niepewną, co tu kryć, przyszłością.

Stolica Hercegowiny - Mostar, ze skomplikowanymi podziałami etnicznymi, po wstępnym rozejrzeniu się wygląda na miasto bardziej muzułmańskie, aniżeli chrześcijańskie. Nieformalną granicę dzielącą oba wyznania stanowi ruchliwa ulica. To linia umowna. Wyznawcy Allaha wolą żyć po „swojej" stronie, tam gdzie starówka i zabytkowe mosty.
Nie wszyscy wiedzą, że prócz Starego Mostu istnieje jeszcze jego replika. Podążając w jego kierunku wystarczy wychylić się za murek przy którym stoją kramy z pamiątkami, spojrzeć w prawo w dół za zarośla (fot. 3), by na dopływie Neretwy zobaczyć odwzorowanie Starego Mostu.

Chrześcijanie w Mostarze też chcą zaznaczyć obecność, dlatego w centralnym punkcie wystawili wieżę kościelną z zegarem. Obiekt góruje w panoramie, jakby chciał uzyskać status symbolu miasta. Czy przebije Stary Most z XVI wieku? Pewnie nie, bo odwiedzający Mostar mają z góry upatrzony cel: ujrzeć legendarny obiekt, ktory dostał nowe życie, stał się mocniejszy by przetrwać kolejne stulecia.
Niebotyczna wieża kościoła zapewne jest rodzajem powojennego odreagowania. Skoro starą świątynię zbombardowali religijni wrogowie, musiała aż tak urosnąć. Kompleks ciągle w rozbudowie, stara się nadążyć za ekspansją meczetów.
Napięć religijnych w stolicy Hercegowiny turysta nie dostrzeże. Wszystkim udziela się niezwykły klimat miasta. Turyści podziwiają popisy śmiałków rzucających się z mostu w dwudziestometrową przepaść, wprost do szmaragdowego nurtu Neretwy. Szaleńcy skaczą dla popisu i zarobku. Ubrani jedynie w spodenki, co nie pozwala ustalić, który z nich jest muzułmaninem, a który chrześcijaninem. W mieszance testosteronu i adrenaliny buzującej na Starym Moście wyjaśniającego kodu nie odkryjemy.


***

Niedaleko Mostaru zlokalizowana jest miejscowość o nazwie Medziugorje (bośn./chorw. Međugorje), przed ponad trzydziestu laty nikomu nieznana wieś. Od 1981 roku ciągną tam pątnicy do Matki Bożej, która objawiła się na rozsławionym wzgórzu Crnica, w części zwanej Podbrdo.
W dniu 24 czerwca około godz. 18.00 sześcioro młodych ludzi z miejscowej parafii: Ivanka Ivanković, Mirjana Dragićević, Vicka Ivanković, Ivan Dragićević, Ivan Ivanković i Milka Pavlović zobaczyło niewiastę z dzieciątkiem na ręku. Zaskoczeni i przestraszeni w pierwszym momencie nie podeszli bliżej. Bezpośrednie spotkanie nastąpiło w dniach kolejnych. Od tego momentu, dorosłe już dzisiaj dzieci, doznają objawień, niektóre spośród nich - codziennie.
Stolica Apostolska ma z tym problem i wciąż zdarzenie bada. Obowiązuje stan zawieszenia: niczego nie odrzucono, ani nie potwierdzono. Kościół nie może uznać zjawiska, dopóty dopóki, szóstka „widzących" będzie uczestniczyć w objawieniach. Matka Boska z Medziugorje za pośrednictwem całej szóstki przekazuje ludzkości kolejne przesłania.
Weryfikacja objawień skomplikowała się, bowiem dwójka z „widzących" wyemigrowała do USA. Czy na obczyźnie mają codzienny kontakt z Matką Bożą? Nie zdołałem tego zgłębić.

Moje uduchowienie jest za płytkie, dlatego przyłączyłem się do stadnej peregrynacji z ciekawości, by porozglądać się tu i tam. Wnioski niedowiarka mogą być zaskakujące: Medziugorje to powściągliwość. Tamtejszy cud jest sławniejszy od licheńskiego, a klimat otoczenia... prawdziwszy. Skromnie, gustownie i bez zadęcia.
W polskim Licheniu mamy z kolei przerost formy nad treścią. Licheń dla jednych jest miejscem pogłębionej modlitwy, dla innych zaś ośmieszeniem tego, co szczere i katolickie. Tych drugich razi tryumfujący sakrokicz.
W Medziugorje postawiono skromny kościół i zadbano o praktyczną infrastrukturę do obsługi pielgrzymów. Kto na cudzie najbardziej skorzystał? Zapyziała niegdyś wioseczka, która przez 33 lata urosła do pielgrzymkowej metropolii. Znajdziemy tam przyzwoite hotele, świetnie zaopatrzone sklepy oraz jadłodajnie i oczywiście niepoliczalne kramy z dewocjonaliami. Wybudowano rownież dobre drogi, a końca kolejnych inwestycji nie widać. Dla niedowiarka to namacalny cud.

Trzeba budować mosty...


Sierpień 2014

Powrót do góry strony

Czarnogóra

Montenegro


Czarnogóra, Montenegro, Boka Kotorska, Sveti Stefan, Ulcinj, Budva


Odwiedźmy kraj ze zniewalającymi widokami...

Czarnogóra - górska kraina, która za każdym zakrętem zniewala widokami. Wkręcisz się w czarnogórskie serpentyny i już przepadłeś.

Przyjedziesz tu choćby raz i nie przestaniesz tęsknić do końca życia. Niewielkie terytorium zamieszkałe przez nieco ponad 620 tys. Czarnogórców, Boszniaków, Serbów i Albańczyków. Miejscowi są nastawieni do Polaków przyjaźnie i dogadujemy się z nimi bez problemów, każdy w swoim języku. Chwalą nas za przyłączenie do Unii Europejskiej, twierdzą, że w przeciwnym razie bylibyśmy dzisiaj drugą Ukrainą. W bezpośrednich kontaktach lepiej zaznaczyć, że nie jesteśmy Rosjanami, z którymi bywamy myleni, a których tutaj zatrzęsienie. Cóż, za Rosją w Montenegro nie przepadają, choć liczą się z pieniędzmi, które Rosjanie wydają: dużo piją, jedzą i na potęgę kupują. Dlatego sporo reklam i billboardów jest pisanych cyrylicą.


Aż 25% czarnogórskiej ziemi pozostaje we władaniu Rosjan i bynajmniej nie chodzi o zwykłych turystów, a o oligarchów, którzy topią tutaj niewyobrażalną kasę. W najatrakcyjniejszych miejscach adriatyckiego wybrzeża powystawiali luksusowe wille i hotele. Putin rzekomo polecił inwentaryzację czarnogorskich włości i zakazał fiszom ze sfer rządowych afiszowanie się majątkami, można by rzec: zadekretował wstrzemięźliwość i opanowanie oligarchicznego rozpasania. Rząd Czarnogóry przestawił zwrotnicę na Europę i małymi krokami wycofuje się z polityki prorosyjskiej. Co z tego wyniknie? Nie wiadomo, daj Boże żeby nie jakiś Krym.

W niektórych miejscach spotyka się szowinistyczne napisy: «Rosjan nie obsługujemy», co optymizmem nie nastraja. Problem nietolerancji zaczyna nabrzmiewać także w innych rejonach świata. Podobne zjawisko obserwowałem już w Chinach, Indiach a nawet - co może zaskakuje najbardziej - na Kubie. Na gorącej wyspie, która dla Rosjan znowu staje „bratnią”, do której, skłócony ze światem zachodnim Putin, wyraźnie się zaleca, spiesząc ze wsparciem ekonomicznym i... rakietami.

***


Czarnogóra, czy też Montenegro (obie nazwy są w powszechnym obiegu), to kieszonkowy kraj z dwoma strefami klimatycznymi. W centralnej części występuje klimat podzwrotnikowy kontynentalny, na wybrzeżach zaś klimat śródziemnomorski. Zobaczymy tutaj niebotyczne „czarne góry" i jedyny w Europie ciepły fiord o nazwie Boka Kotorska. Wpływają tam ogromne wycieczkowce, rownież z flotylli MSC, podobne do giganta, jakim „dowodził” niejaki Francesco Schettino, żałosny kapitan z Costa Concordii.
Gdyby James Cameron postanowił nakręcić film niskobudżetowy i musiał szukać scenerii do Avatara II, nie musiałby jeździć do chińskiego Zhangjiajie National Forest Park. Całkiem podobne plenery znajdzie właśnie na czarnogórskim skrawku Półwyspu Bałkańskiego.

Montenegro oszałamia i woruje się w pamięć na zawsze. Jeśli w ogóle istnieje raj - Czarnogóra ma coś z nim wspólnego. Żal tylko, że dla większości rdzennej ludności to raj nieosiągalny, bo dobrobyt dany jest nielicznym. Czarnogórcy są zdystansowani i nie szczędzą autoironii. Boleją, że gubi ich bierność i lenistwo. Jaka jest prawda, nie nam wyrokować, z pewnością problem tkwi w liczbach. Czarnogórców jest zwyczajnie za mało, mniej aniżeli mieszkańców Wrocławia.

Turystyka w Montenegro wydaje sie być priorytetem, ale to wciąż początek rozwoju. Ludzie zeszli z gór uciekając od biedy i braku perspektyw. Po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło kraj w roku 1979 opustoszały całe wsie, nikt już nie zdobył się na odbudowę. Dzisiaj niszczeją obiekty publiczne, w tym szkoły, a zresztą kto miałby się w nich uczyć, jeśli nie ma dzieci? Młodzi na emigracji zarobkowej, gdzie wykuwają nadzieję na lepsze jutro, które musi kiedyś nadejść.


***


Polska w Montenegro


Marzena Peričić z mężem Sado oraz tomik wierszy jej autorstwa


W niesamowitym otoczeniu przyrody natrafimy na polsko-czarnogórską rodzinę, która z radością gości (karmi i poi) Polaków w prywatnym gaju, gdzie rosną kilkusetletnie drzewa oliwne. Marzena Peričić - poetka i rzeźbiarka, wałbrzyszanka która dzieciństwo i młodość spędziła w Szczawnie Zdroju, od 33 lat żyjąca w Starym Barze. Mąż o imieniu Sado - Czarnogórzec, szef miejscowego klubu oliwiarzy, oprowadza Polaków po Barze i całkiem nieźle włada językiem polskim. Dzieci Peričićów są również dwujęzyczni i to wielka zasługa matki z Polski. Starszy syn Alan pracuje w charakterze przewodnika i zajmuje się turystami w Kotorze. Pani Marzena tęskni za ojczyzną i rokrocznie bywa w Polsce, gdzie odwiedza 82-letnią matkę.
Marzenę Peričić bez większej przesady możemy uznać za artystyczną ambasadorkę Polski w tym urokliwym kraju. Pani Marzena wydała w Polsce dwa tomiki wierszy „Mój głos z byłej Jugosławii” (1995) i „Tęsknota” (1997). W trzecim zbiorku poezji pt. „Okno mojego serca” (Prozor mog srca) znajduje się 48 utworów przetłumaczonych na język czarnogórski. Autorka dwóch samodzielnych wernisaży zorganizowanych przez ambasadę polską w Podgoricy (2009) i Galerię „Onix” w Barze (2011). W „Oknie mojego serca” znajdziemy fotografie dzieł, których budulcem było drewno oliwne, niezwykle twardy materiał rzeźbiarski.
Okazuje się nie za twardy, dla jeszcze twardszej Polki.


Sierpień 2014

Powrót do góry strony

Bośnia i Hercegowina


Za tamtą górą jest Sarajewo


Bośnia i Hercegowina, Sarajewo, wojna bałkańska, okupacja, Jaromir Nohavica, Miss Sarajewo


Sarajewo - kulturowy tygiel. Dzieje miasta sięgają prehistorii, odkryte ślady osadnictwa liczą 4500 lat

50 lat później

W Sarajewie zjawiam się po stu latach od zamachu na austriackiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynada. Owo fatalne wydarzenie było zaczątkiem pierwszej wojny światowej. Moje wojaże są maniacko śledzone i dlatego na wszelki wypadek, by nie być oskarżonym o współudział w spisku, akcentuję stulecie zbrodni Gawriły Principa, którą odnotowano na pół wieku z okładem nim wyjrzałem na ten ziemski padół. Poznałem zdolnych (do wszystkiego - należy dodać) przedstawicieli palestry, którzy kojarząc wątki wymodzą karkołomny pozew. Udowodnią wspólnictwo z serbskim nacjonalistą i zrzucą do więziennego lochu. Ale żarty na bok.

Ciekawość

Pytanie: dlaczego w turystycznej rozpisce pojawiło się Sarajewo? Powodów jest mnóstwo i wszystkich nie wymienię. Z pewnością nie sugerowałem się amerykańskim Magazynem National Geographic, który stolicę Bośni i Hercegowiny włączył do grupy destynacji, które koniecznie trzeba zobaczyć w tym roku, umieszczając Sarajewo na liście «Best Trips 2014».
Marząc o dalekich krainach podsycamy wyobraźnię, a o wyborze celu podróży częstokroć decyduje przypadek. Sarajewem zainteresowałem się podczas lektury sztandarowego dzieła Jaroslava Haška, co miało miejsce we wczesnej młodości. Osnuta na wydarzeniach wojennych powieść bezlitośnie rozprawia się z ludzką głupotą. Dla mnie to pacyfistyczne wademecum do którego zaglądam przy każdej okazji: otwieram na dowolnej stronicy i czytam, kiedy tylko chcę poprawić nastrój. Fabuła „Przygód dobrego wojaka Szwejka" rozpoczyna się od nawiązania do sarajewskiego zamachu. Jak więc w takie miejsce nie pojechać?
Potem przyszła zazdrość. Zazdrościłem tym, którzy na Półwysep Bałkański dotarli przede mną, od dawna bowiem czułem, że coś tracę. Determinacja pojawiła się po lekturze „Dziennika pisanego później" Andrzeja Stasiuka, który specjalizuje się w literaturze drogi. W tej zaskakującej i trochę dziwnej książce znajdujemy luźne zapiski z podróży odbytych w latach 2006-2010. Z inspiracji autora parokrotnie odwiedziłem Albanię, ale to tylko bałkański kąsek, wyostrzający apetyt poznawczy.

Wschód

Andrzeja Stasiuka zrównuję z Ryszardem Kapuścińskim nie wstydząc się kompleksów w jakie mistrzowie wpędzają. Odczuwam małą satysfakcję, bo Stasiuk dopiero niedawno zaczął przemierzać szlaki, które już przetarłem. Dotarł mianowicie do Mongolii i niejako przy okazji, po drodze właśnie, zaciekawił się krajami wchodzącymi onegdaj w skład imperium sowieckiego i obecnie wojażuje po Tadżykistanie. Stasiuk przybliża czytelnikom klimaty miejsc, które już widziałem i tym bardziej zasługuje na szacunek. W wywiadzie dla Onetu zacytował australijskiego motocyklistę opisującego Mongolię: „Kompletne nic, ale to jest najpiękniejsze nic, jakie w życiu widziałem". I od siebie dodaje: W żadnym kraju nie czułem, że przestrzeń może być tak dotykalna i zmysłowa. Bo Mongolia to rozkosz istnienia w pejzażu. Ojczyznę Czyngis Chana odebrałem podobnie i po swojemu opisałem w paru reportażach.
We wrześniu na półki księgarskie trafia najnowsza powieść Andrzeja Stasiuka „Wschód". Postaram się odszukać w niej własne sny i tęsknoty.

Nuty

W międzyczasie na Półwyspie Bałkańskim wiele się nawyrabiało, jakby dla uzasadnienia nazwy: bałkański kocioł, co określa sytuację geopolityczną wynikającą ze sprzecznych interesów poszczególnych nacji, ścierających się religii i wzajemnych roszczeń terytorialnych. Nieprzewidywalne zdarzenia, ciągłe niepokoje i wybuchające co rusz walki zniechęcały do zapuszczania się w ten rejon Europy. Musiały minąć dziesięciolecia, a zresztą; podróże ograniczały polityczne kordony i problemy z paszportami.

Co jeszcze inspirowało do zobaczenia Sarajewa? Drobnostki, jakieś błahe preteksty, które w moim przypadku stanowią fundament imperatywu poznawczego. Na przykład akcent muzyczny: song rockowej grupy U2 „Miss Sarajevo", pochodzący z albumu wydanego w 1995 roku. Utwór ów był singlem promującym płytę Oryginal Soundtrack 1. Obok lidera U2 Bono słyszymy Luciana Pavarottiego w zachwycającym solo. Wyszła muzyczna perełka, niezapomniany evergreen, dowód na to, że dobry rock i opera są jednością. Czy dla takich nut nie warto odwiedzić Sarajewa?

Aleja

Historia z Sarajewem obeszła się okrutnie, to miejsce zbroczone krwią ofiar wojny, która wybuchła po rozpadzie Jugosławii. Właśnie w tym mieście natrafimy na «Sarajewskie Róże» - straszne kwiaty „posadzone” w ramach powojennego performance w miejscach, gdzie polegli przypadkowi ludzie (zobacz w galerii). W Bośni i Hercegowinie zginęło łącznie 11 500 ludzi. Stolica szokuje choćby tym, że sarajewianie jedną z ulic nazwali „Aleją Snajperów", oczywiście nieoficjalnie. W czasie wojny aleja stanowiła przyczółek dla strzelców wyborowych, jako jedyna droga do źródła czystej wody w oblężonym mieście. Snajperzy zastrzelili 225 ludzi, w tym 60 dzieci.
Świat milcząco przyglądał się najdłuższemu i najbardziej krwawemu oblężeniu w historii Europy po II wojnie światowej. Dramat trwał od 5 kwietnia 1992 do 29 lutego 1996 roku. Angielski reżyser Michael Winterbottom nakręcił film pt. „Aleja Snajperów". Może trzeba takim traktem pospacerować, żeby coś zrozumieć?

Miłość

Kolejny pretekst zapuszczenia się na Bałkany to „Sarajewo, moja miłość" - dokumentalny film o wojennym uczuciu wyświetlany w polskiej TV. Telemagazyn pisał: Ona miała na imię Admira, była Bośniaczką. On nazywał się Boko, był Serbem. Mieli po 25 lat. Kochali się. Wojna w Sarajewie trwała rok. Admira i Boko zginęli, gdy próbowali przekroczyć most Vrbanja - jedyną drogę ucieczki z miasta. Gdy w Góry Dynarskie wrócił pokój, po zakochanych został tylko album ze zdjęciami - ostatnie beztroskie chwile spędzone w kraju, który dawniej nazywano Jugosławią.
Na jednym z mostów spinających brzegi rzeki o nazwie Miljacka rokrocznie, w dniu 18 maja, mieszkańcy Sarajewa składają hołd miłości. Kto wierzy w miłość pomiędzy świszczącymi pociskami - do Bośni i Hercegowiny pojechać musi!

Samotność

A więc jesteśmy na miejscu. Zanotowane w „Dzienniku" obserwacje, oddające beznadzieję i jakieś rozedrganie (Stasiuka pociąga bałkański rozkład), próbuję zderzyć z zastaną rzeczywistością. Od zakończenia wojny mija 18 lat, do pełnoletności dochodzi pokolenie powojenne, rodzą się nowe dzieci, coraz więcej ich tutaj, a więc idą lepsze - chciałoby się wierzyć - czasy, jak to zwykle po wojnie. Rozkwit, kolory, uśmiech, radość. Za wiele optymizmu nie zauważam. Prawda jest taka, że młodzi nie widzą dla siebie perspektyw.
A co w Sarajewie jest? Odpowiem Stasiukiem: „bałkańska samotność na skraju kontynentu". Jakby tego było mało: „przypadkowość istnienia w Europie". Jak żyć? - nasuwa się pytanie.
Trochę prowincjonalne i zarazem jakby swojsko, trochę kameralne i bez trudności topograficznych, ale zgoła inaczej niż w Polsce. Chce się wierzyć, że National Geographic z rekomendacją Sarajewa nie przesadził. Zachwyt? Rozczarowanie? Uczucia mieszane? Długo szukam adekwatnego określenia... szukam i znaleźć nie potrafię. Pasuje mi «kruchy konglomerat», wznaniowy tygiel: muzułmanie, prawosławni, katolicy - ludzie, którzy całkiem niedawno przestali się zabijać. Czy ów konglomerat da się scalić w gładką całość?

Nostalgia

Jeszcze nie wiem, czy za Sarajewem zatęsknię. Miasto, jeśli chodzi o lokalizację, trochę podobne do Tbilisi, położone nad wąwozem rzeki, tutaj Miljacki, a w stolicy Gruzji - Kury. Lekiem na nostalgię będzie wysłuchanie przejmującej pieśni Jaromira Nohavicy.

SARAJEWO

(tłumaczenie: Jarosław Gugała)

Przez Galicji ziemie zła wichura gna
To mało cośmy mieli zabrała woda nam
Jak spłoszone ptaki uciekamy stąd
Jak listy zagubione tak my krążymy wciąż

Jeszcze płonie ogień i trzaska drewno
Ale pora iść już spać
A za tamtą górą jest Sarajewo
tam jutro rano ślub będziemy brać

Na wieki nas w kościele połączy dobry ksiądz
Wiązankę z tamaryszku rzucimy w rzeki toń
A woda ją zabierze aż na morza brzeg
My dwoje tu na dole - nad nami nieba biel

Jeszcze płonie ogień i trzaska drewno
Ale pora iść już spać
A za tamtą górą jest Sarajewo
Tam jutro rano ślub będziemy brać

Z białego kamienia nam zbuduję dom
Z dębowego drewna solidnie zrobię go
Żeby każdy wiedział jak kochałem Cię
będzie stał na wieki, na dobre i na złe.

Jeszcze płonie ogień i trzaska drewno
Ale pora już iść spać
A za tamtą górą jest Sarajewo
Tam jutro rano miłość chcę Ci dać...


Lipiec 2014

Powrót do góry strony

Lwów - Łyczaków


Czerwona ruta


Lwów, Łyczaków, Zarembianka, Sprawa Gorgonowej, Czerwona ruta, Wołodymyr Iwasiuk, Ukraina, Sofia Rotaru


Polacy od lat pielgrzymują na Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, gdzie spoczywają pokolenia rodaków i przede wszystkim Orlęta Lwowskie. Łyczaków jest miejscem szczególnym również dla Ukraińców. Ich mogiłami interesujemy się jakby mniej, a może i wcale.

Z uwagi na turystyczną gorączkę „polska trasa" jest zawsze podobna. Groby najsłynniejsze: Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, Władysława Bełzy /Kto ty jesteś? Polak mały.../, po drodze do Orląt - familijne miejsce pochówku Herbertów, grobowiec Artura Grottgera i Św. Zygmunta Gorazdowskiego, beatyfikowanego we Lwowie 26 czerwca 2001 r. przez Jana Pawła II, itd.
Zupełnie nikt nie pochyli się nad niepozorną mogiłą Lusi Zarembianki.

To nazwisko z czołówek prasowych roku 1931, zamordowanej nastolatki, za co w poszlakowym procesie została skazana opiekunka dziewczynki, a zarazem kochanka inż. Henryka Zaremby - Rita. Ponure zdarzenie przypomniał film Janusza Majewskiego pt. „Sprawa Gorgonowej" (1977). Jako ciekawostkę należy przypomnieć, że Rita Gorgonowa przez jakiś czas mieszkała w Opolu, gdzie w latach 60-tych prowadziła kiosk.

Samotne zwiedzanie lwowskiej nekropolii ma wiele zalet pod warunkiem, że dysponujemy czasem i posiłkujemy się solidnie opracowanym bedekerem. Nawet taki znawca i utytułowany monografista Łyczakowa, jakim jest prof. Stanisław S. Nicieja, za każdym razem odkrywa coś nowego. Warto zatem skorzystać ze wsparcia kogoś nietuzinkowego. Podczas ostatniego pobytu na wschodzie miałem szczęście być oprowadzonym przez p. Teresę Panową, najwybitniejszą lwowską przewodniczkę, która jak mało kto zna tamtejsze tajemnice. Pani Teresa za nieduże pieniądze organizuje rodakom zakwaterowanie u polskich rodzin i gwarantuje wspaniały tour po najpiękniejszych zakątkach wielokulturowego onegdaj miasta. Paryża czy też Rzymu wschodu zbudowanego przez Żydów, Ormian, Polaków, Włochów, Niemców i Czechów.

Wspomnieliśmy jednak o mijanych „niezauważenie" grobach ukraińskich. Z uwagi na mocno utrwalone i wciąż nieprzemijające zamiłowanie do muzyki bliższego i dalszego wschodu, zamierzam dzisiaj przystanąć przy kimś szczególnym. Oto Wołodymyr Iwasiuk (1949-1979) - jeden z założycieli ukraińskiej muzyki pop, autor 107 pieśni, 53 utworów instrumentalnych oraz muzyki do wielu spektakli. Człowiek-orkiestra z zawodu... lekarz i skrzypek, grał także na gitarze, wiolonczeli i fortepianie.

Jego ciało znaleziono 18 maja 1979 powieszone w lesie. Według oficjalnej wersji popełnił samobójstwo w wyniku załamania psychicznego, choć nikt w to nie wierzy. Wypisał się ze szpitala w dobrej kondycji po to, by ze sobą skończyć? Zdeponowane w Moskwie akta sprawy wciąż pozostają tajne! Podobno w swojej twórczości był nazbyt narodowo ukraiński. Pośmiertnie uhonorowany tytułem bohatera Ukrainy w 2009 roku. I może dlatego Prokuratura Generalna Ukrainy wznowiła dawno zamkniętą już sprawę kryminalną dotyczącą śmierci kompozytora.

Najsłynniejszą do dziś ukraińską piosenkę „Czerwoną rutę", zarówno muzykę, jak i słowa, napisał w wieku 19 lat i od tego momentu jest uwielbiany przez kolejne pokolenia melomanów.

Właśnie ta piosenka rozsławiła Sofię Rotaru, popularną i cenioną artystkę na całym wschodzie, także w Polsce, gdzie koncertowała m.in. podczas festiwali w Sopocie. Rodzimi wykonawcy niechętnie czerpią z dorobku zza Buga, małpując po Anglosasach zamieniają polski pop w tandetny show. W przeciwieństwie do najbliższych sąsiadów słowiańszczyzny nie propagujemy. „Czerwoną rutę" do swojego repertuaru włączyli nieliczni: niedawno zmarły Janusz Gniatkowski i całkiem zapomniana już grupa No To Co.

Sylwetkę kompozytora w polskiej literaturze przywołał Sławomir Gowin, autor spektaklu "Czerwona ruta", który wystawił w sierpniu 2010 roku Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Przedstawienie w reżyserii Dariusza Brojka traktuje o sprawach polsko-ukraińskich poprzez piosenkę ukraińską, w tym także słynną "Czerwoną rutę" Iwasiuka (źródło: Wikipedia).

Czym jest ta czerwona ruta? Zaczarowanym zielem mającym związek z Nocą Świętojańską, choć najbliżej jej do... rododendronu. Coś na kształt „kwiatu jednej nocy", o którym śpiewały legendarne Alibabki.

Zainteresowanym Lwowem i usługami turystycznymi p. Teresy Panowej - udostępnię kontakt, proszę pisać: zbrzegu@zbrzegu.pl


Październik 2013

Powrót do góry strony

Rumunia


Wesoły cmentarz


Znajdujący się w Rumunii Cimitirul Vesel jest dowodem na to, że prostota broni się bez specjalnych starań, wystarczy jej szczerość.


Pamięci Wiktorii, Witolda oraz Tadeusza - Zmarłych w IV i V 2013 r. w Brzegu



Sztuka prosta i szczera, czyli nieprzekombinowana i wolna od artystycznej przesady. Dzieł naiwnych nie trzeba porównywać z twórczością wysublimowaną, oba nurty mogą rozwijać się niezależnie od siebie. I w równym stopniu zachwycać nie tylko wyrafinowanych wrażliwców.

W długi majowy weekend zbłądziliśmy na pogranicze ukraińsko-rumuńskie do Săpânţy w okręgu Marmarosz (Maramuresz). Z pozoru wiocha zabita dechami, leżąca z dala od ważnych ośrodków, a dorobiła się czegoś, czego nigdzie w świecie nie znajdziemy. To Wesoły Cmentarz (rum. Cimitirul Vesel), który od 1999 roku figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Cóż, trzeba być zapaleńcem by po wertepach pogranicza trafić do miejscowości Săpânţa (Szaplonca, Sapunka, Spinka), gdzie jedyną atrakcją, jak się wydaje, jest lokalna nekropolia.

Okazuje się, że nie tylko do spoczywających na Cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu - Jima Morrisona i Fryderyka Chopina ciągną tłumy. Podobnie jest z grobem Ryszarda Riedla w Tychach na Wartogłowcu. Uzbrojeni w fotoaparaty turyści zjeżdżają do Săpânţy nie dla kogoś sławnego i nie w takimi zamiarami, jak pogubieni fani Jima i Ryśka. To miejsce pochówku zwykłych ludzi, którzy tam żyli i prowadzili swoje proste życie.
Kim byli, czy im się szczęściło, co robili, kogo kochali lub nie, i dlaczego znaleźli się w tym miejscu - stoi biało na... niebieskim, ale o kolorach napiszemy później.

Ponad 800 nagrobków otaczających cerkiew ma już swoją historię. Pierwsze „wesołe" epitafium pojawiło się przed wojną w 1935 r. i było dziełem Stana Ioana Patraşa, miejscowego artysty, który od roku 1977 spoczywa wśród tych, którym wyrzeźbił wielce oryginalne krzyże z dębiny. Pomysł Patraşa tak się spodobał, że wszyscy zapragnęli leżeć pod kolorowo udekorowanym nagrobkiem z opowiednim epitafium. Starannie wykonanym i bogato ozdobionym ornamentyką roślinno-geometryczną. Nie ryzykując profanacji sztuki możemy powiedzieć, że każdy zadaszony krzyż jest unikalnym arcydziełem.



Bez znajomości języka rumuńskiego i wnikania w treść łatwo domyślamy się kto w danej mogile został pogrzebany. Niekiedy dowiadujemy się, czy zmarły miał nałogi: lubił wypić albo zapalić i że to go wpędziło do grobu. Mało tego: możemy ich wszystkich zobaczyć! Widzimy bowiem „żywych" ludzi przy ich codziennych zajęciach. Murarza, kierowcę, aptekarkę, dziecko, sprzedawczynię, rzeźnika, pastucha, chórzystkę, elektromontera, nauczycielkę, komiwojażera, muzykanta, rolnika, traktorzystę, tkaczkę, prządkę, milicjanta, żołnierza, sanitariuszkę, weterynarza... Ot, zwyczajność, pełen przekrój lokalnej społeczności.

Epitafia niekoniecznie są „cmentarne", czasami wręcz przeciwnie: dowcipne, by nie powiedzieć śmieszne. Nic z powagi charakteryzujących znane nam nekropolie, gdzie dominuje marmur, granit i lastrico, dopieszczne rzeźby, wystudiowane portrety zmarłych i niepospolite krzewy. Gdzie cytuje się sentencje poetów lub przytacza biblijne wersety. Nic z tego w Săpâncie nie znajdziemy, minimum smętnego patosu. Ogólnie jest tam wesoło, jak - nie przymierzając - w doczesnym życiu.

Po śmierci Stana Ioana Patraşa artystyczną schedę przejął uczeń Dumitru Pop, do dziś mieszkający w wiosce i kontynuujący dzieło mistrza. Materialnym dowodem jego działalności są nowe nagrobki w Patraşowym stylu, z dominacją koloru niebieskiego o charakterystycznym odcieniu, który w świecie sztuki bywa nazywany - albastru din Săpânţa, czyli błękit z Săpânţy.

Wesoły Cmentarz to zajmujące miejsce dla miłośników... komiksu i wszelakich szyfrów, bowiem prócz czytelnych obrazków z życia zmarłych znajdziemy treści nie do końca objaśniające, kto w mogile spoczął, kim był, jak żył i czy w ogóle na ludzką pamięć zasłużył.

Cimitirul Vesel jest niezwykłym portretem paru pokoleń Săpânţy, małej społeczności zagubionej na pograniczu kultur, pokazującej siebie szczerze, w ziemskim, czyli w zwyczajnym, ludzkim wymiarze.

Sympatycznym malunkom niekiedy towarzyszą epitafia dalekie od klimatu ostatniego pożegnania, np:

Tu leży moja teściowa, gdyby pożyła rok dłużej, leżałbym tu ja.

Nie mogłam cieszyć się dzieciństwem, które miałam. Nie pozwolono mi żyć. Musiałam odejść by nie smucić rodziców i porzucić drogą siostrę.

Dopóki żyjesz dbaj o mój grób, kładź na nim kwiaty i mnie wspominaj aż do swej śmierci.

Miałaś dobrą siostrę i nie mogłyśmy żyć razem. Musiałam umrzeć, żebyś za mną tęskniła.


tłum. Joanna Suciu


Czerwiec 2013

Powrót do góry strony

Węgry


Puszta wiosną


Węgry, Puszta, Park Hortobágy, Máta
Magyarország, Węgry


Puszta - chluba Węgrów jest chroniona w ramach Parku Narodowego Hortobágy. Wiosną z impetem budzi się do życia. Na fotograficzny spacer po tym rozległym stepie wybrała się Renata Sarnowska z Lublina


Maj 2013

Powrót do góry strony

Tirana - Durrës - Kruja


Teraz Albania!


Kiedyś dość przypadkowo wylądowałem w Sarandë, w trzecim co do wielkości porcie Albanii, już po zejściu na ląd poczułem, że do tego kraju kiedyś powrócę. Znalazłem się przecież w miejscu tajemniczym, jeszcze niedawno całkowicie odciętym od świata i przez to intrygującym. Trudno o inne odczucia, kiedy przybysza witają rzędy bunkrów z otworami strzelniczymi nakierowanymi na "nacierającego" wroga.

Powrót był możliwy po doświadczeniu, że Albańczycy są narodem gościnnym, a umocnienia wojskowe to jedynie komunistyczny wstyd, przejaw zniewolenia w najprymitywniejszym wydaniu. Wiadomo, że każdy despota boi się wszystkiego i innych ludzi nienawidzi, nawet współziomków, których w wyrafinowany sposób prześladuje. Naród albański od prawieków podbijany przez sąsiadów (Greków, Turków, Włochów, Serbów i jedyny Allah wie kogo jeszcze) doskonale rozumie, co w chorych umysłach polityków buzuje. Może dlatego mieszkańcy państwa o obco brzmiącej nazwie Shqipëria są tak niepodobni do żywiołu bałkańskiego? Styl życia, obyczaje, religia, a zwłaszcza język, nie przypominają niczego, co ich otacza.


Jedyny ocalały zabytek religijny w Tiranie


Językiem albańskim należącym do grupy satem, a według niektórych znawców - językiem iliryjskim, włada nieco ponad 6 mln ludzi, żyjących głównie w Albanii, Kosowie i licznej diasporze zarobkowej we Włoszech oraz Grecji. Mimo językowej bariery kontakt z miejscowymi nie jest trudny. Wynika to z faktu, że mamy do czynienia z ludźmi przyjaźnie nastawionymi do gości, co nakazuje im zbiór kulturowych prawideł zawartych w tzw. kanun.

Podróżując po Albanii warto znać włoski, grecki lub angielski. Ten ostatni przydaje się zwłaszcza w kontaktach z ludźmi młodszej generacji. Można też ryzykować pomieszanie pojedynczych słów angielskich z greckimi i włoskimi a człowiek jakoś sobie poradzi. Zwłaszcza obcokrajowiec oczekujący pomocy. Młody i stary Albańczyk wesprze i wspomoże, niekoniecznie oczekując zapłaty. Zupełnie niepojęte są zachowania policji. Obcokrajowcom płazem uchodzą wykroczenia drogowe, ba!, samochody z obcą rejestracją nie podlegają kontroli! Kierowca albańskiego pojazdu wiozący zagranicznych turystów zrobi wszystko by policja drogowa wiedziała, kto znajduje się na pokładzie. Wtedy czuje się naprawdę komfortowo. Kosowarzy i Albańczycy natomiast przez stróżów prawa są traktowani beznamiętnie.

Mimo że Albania leży w małej Europie dostać się tam niełatwo. Najdogodniejsza wydaje się droga powietrzna ze śródlądowaniem w Budapeszcie i potem w porcie lotniczym im. Matki Teresy w Rinas, zlokalizowanym nieopodal stołecznej Tirany. Można też dopłynąć promem z Włoch, a ściślej z ostrogi "włoskiego buta" z portu Bari w Apulii lub z greckiej wyspy Korfu. Polacy mogą doświadczyć podróży kombinowanej: po lądzie i morzu z Wenecji przepływając cały Adriatyk, po uprzednim pokonaniu terytorium Czech i Austrii.


Bohater narodowy Albanii - Skanderbeg


Tym razem wybraliśmy drogę kontynentalną poprzez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię. To wielogodzinny mozół podróżniczy polegający na pokonywaniu kolejnych barier granicznych ze szczególną uciążliwością granicy serbsko-macedońskiej, gdzie służby graniczne kieszonkowego państwa o dziwnej nazwie Macedonia są wyjątkowo nieżyczliwe. Każdy pretekst jest dobry by zażądać łapówki, wystarczy rzekoma (zupełnie kretyńska i na chybcika wymyślona) "nieprawidłowość" po stronie obcokrajowca. Ten wariant podróżny, zdecydowanie niefortunny, miał uprościć zwiedzanie Albanii począwszy od północy, a skończywszy na południu, gdzie po raz pierwszy stanąłem na zabunkrowanym terytorium. Na ten moment mogę stwierdzić, że Shqipëria została zdobyta bez jednego wystrzału na całej swojej długości: od Durrës, zahaczając o Tiranę, Kruję, starożytną Apollonię, poprzez Vlorë i właśnie po leżący tuż przy granicy Grecji port Sarandë.

Jaka jest Albania? Dziwna i jakby swojsko dzika, szalona i... szukam najodpowiedniejszego określenia... eklektyczna. Tak, to w moim odczuciu właściwe określenie. Na eklektyzm ów składa się niepojęty rozgardiasz architektoniczny. Wszystko posadowione bez jakiejkolwiek logiki topograficznej. No bo jak traktować budujący się wiadukt, którego wylot zamykają postawione wcześniej domy mieszkalne oraz nowiutki meczet? Kto sprawuje nadzór?! Czy zwycięży wiadukt, czy może żyjący "na drodze" wierni ze swoim imamem?

Mnóstwo przedziwnych budowli, w większości porozpoczynanych i nieskończonych lub zagospodarowanych jedynie w części. Nieomal każdy obiekt zwieńczony drutem zbrojeniowym, co nasuwa myśl, że konstrukcja kiedyś jeszcze się rozrośnie. Niektóre architektoniczne monstra dawno porzucone i zarosłe chaszczami. Obok sterty kruszywa, kamieni i miejscowego materiału budowlanego, stoi sobie - jak gdyby nic - lśniące cacuszko ze stali i szkła. Obiekt-widmo niewiadomego przeznaczenia, częstokroć zamknięty na cztery spusty. Rodzą się pytania: czyje to?, dlaczego tutaj?, co tam kiedyś będzie?


Kruja. Stolica Skanderbega

Wzdłuż traktów komunikacyjnych (z szaleństwem niedokończenia, tymczasowości i byle jakich rozjazdów) niepoliczalne stacje benzynowe. Wygląda to tak, jakby wszyscy w tym kraju chcieli handlować paliwem i... myć cudze samochody. Benzynownie na ogół monumentalne, z rozmachem i - ma się rozumieć - niedokończone.

Na Riwierze Albańskiej hotel na hotelu i wyraźnie widać, że wykorzystywane są tylko nieliczne. Lśniąca nowością większość czeka na złoty czas, choć aura od maja do października gwarantowana. Piękne, piaszczyste i kamieniste plaże przy czystym morzu raczej wyludnione, z pojedynczymi Kosowarami, Czarnogórcami i Macedończykami. Polak to ktoś naprawdę z daleka, turysta raczej błądzący. O pozbawionych dostępu do morza Czechach, Słowach, Węgrach, nie mówiąc już o bogatych emerytach niemieckich, nawet tych z dawnego NRD, można jedynie pomarzyć.

Przedstawione obrazki stanowią wyjątkowy poligon dla znakomitego prozaika Andrzeja Stasiuka, który w swoim niepowtarzalnym stylu Bałkany już opisał. Przy takim literacie nie śmiem nawet kusić się na głębsze porównania, stać mnie co najwyżej na grafomańskie wygibasy.


Matka Teresa w Tiranie


Tożsamość narodu trzeba oprzeć na niekwestionowanych autorytetach. Narodowa świadomość Albańczyków miała być budowana wokół wodza komunistycznego, w rzeczywistości kłótliwego dyktatora, który po kolei popadał w konflikty z przyjaciółmi z Moskwy, Pekinu, Belgradu i pozostałych oaz, gdzie rozkwitała świetlana ponoć ideologia ludzkości. Nieszczęśnik unieszczęśliwił nieszczęsny naród pogrążając ziomków w totalnej izolacji. Dzisiejsi Albańczycy stawiają pomniki Matce Teresie z Kalkuty, na każdym kroku przypominając, że choć przyszła na świat w stolicy Macedonii - Skopje, miała albańskich rodziców. Czy błogosławiona jest bardziej Albanką, czy też Macedonką pozostaje sporem otwartym. A tak naprawdę: czy to istotne, kim był Fryderyk Chopin, bardziej Francuzem czy Polakiem? Ważne, że komponował absolutnie po polsku. Takie spory u nas, już na szczęście, niewiele znaczą i wzbudzają najwyżej politowanie. Powoli przestaje się nawet liczyć twierdzenie, że Kopernik jednak... była kobietą?

Poznanie danego państwa byłoby kulawe bez odwiedzenia stolicy. Tiranę uznaję za metropolię rozczarowującą. Niestety, mimo obalenia pomników Envera Hodży - komunistycznego satrapy, wciąż wyczuwa się stęchliznę komuny. Rozległe płace i brzydkie obiekty są świadectwem bezguścia towarzystwa spod znaku sierpa i młota. Trudno radować się z pomnika historycznego ojca Albanii Gjergj Kastrioti Skanderbega (Skënderbeu), który stanął na placu swego imienia, dokładnie tam, gdzie po wsze czasy honorowe miejsce gwarantowano znienawidzonemu dzisiaj Hodży.

Skënderbeu na koniu spoziera na jedyny ocalały w Tiranie meczet, pozostawiony dla potomnych oraz pojedynczych gości ze świata, jakich watażka do Albanii wpuszczał. Świątynia miała dawać świadectwo, że religia jest już anachronizmem i tak naprawdę nikomu do szczęścia nie jest potrzebna. Miał tego dowodzić zawsze wyludniony meczet w samym centrum stolicy. Wedle porąbanego konceptu Hodży Albania usiłowała być pierwszym w świecie ateistycznym rajem.

Powoli odradzający się islam wciąż nie dorównuje "religii" nazywanej przekornie albanizmem, czyli wyznaniem bez Boga/Allaha. Ponad nowymi osiedlami górują już minarety, ale gorliwej religijności raczej nie doświadczymy. Pojedyncze chusty muzułmańskich kobiet religijnej wiosny nie czynią. Albania stroi się po europejsku, w tandetnym stylu włoskim. Po to przecież przystąpiła do wszystkich struktur z NATO na czele i ambitnie pretenduje do Unii Europejskiej. Na razie, obok Mołdawii, Shqipëria pozostaje najbiedniejszym krajem naszego kontynentu.

Urzędnicy unijni doskonale wiedzą, że - ze względu na wpłaty pracujących za granicą i pomoc zewnętrzną - bilans handlowy Albanii jest bardzo niekorzystny. Znaczna przewaga importu (2,9 mld $) nad eksportem (763 mln $) nakręca spiralę zadłużenia. W takiej sytuacji marzenia o miejscu w strukturach europejskich trzeba odłożyć na całe dziesięciolecia.


Bunkier ewakuacyjny Envera Hodży w centrum Tirany


Albańczykom pozostaje eksponowanie flagi albańskiej obok barw europejskich i wszędobylskiej bandery USA. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej zajmują w Albanii pozycję wyjątkową. Po pamiętnym krachu piramid finansowych, doprowadzających ekonomię Albanii do ruiny, w roku 2007 kraj ten odwiedził George W. Bush. Przybył z pomocą i w mieście Kruja wypił nawet kawę. Zaszczycona restauracja na pamiątkę przyjęła jego imię! Nieopodal postawiono pomnik Busha-juniora z dłonią wskazującą właściwy kierunek rozwoju.

Polacy kiedyś odmieniali wizerunek kraju przy pomocy akcji: Teraz Polska! Był to pionierski czas, kiedy nadwiślańscy postkomuniści chcieli spłukać kurz niesłusznej epoki by wprowadzić Polskę do Unii. Pomimo obśmiewania przez rodzimą bieda-prawicę "Teraz Polska" okazała się akcją nośną i finalnie udaną. Dokonaliśmy niemożliwego i staliśmy się ważnym elementem europejskiej rodziny. Albańscy przyjaciele mogliby trochę od nas odgapić, powinni więc zakrzyknąć: Teraz Shqipëria! Teraz Albania!


Tak naprawdę: Albańczycy nie mają żadnego wyjścia i są skazani na sukces.


Czerwiec 2012

Powrót do góry strony

Ukraina - Odessa


Odeskie anioły


Odessa, Одеса, Одесса, Obwód Odeski


Spacer po Odessie obfituje w niespodzianki. Niby człowiek wie, że znalazł się w legendarnym miejscu, jednak co rusz jest czymś zaskakiwany. W pierwszym momencie miasto rozczarowuje, zwłaszcza przybywającego ze stolicy turystę, amatora przygód nafaszerowanego encyklopedyczną wiedzą. Jeśli ktoś liczy na kijowski ład z pewnością dozna rozczarowania. Odessa w niczym stołecznego miasta nie przypomina. Gdybyśmy pokusili się o odniesienia polskie, momentami mamy wrażenie, że wylądowaliśmy w Krakowie i Gdańsku jednocześnie. Leżąca daleko od polskich metropolii Odessa jawi się punktem na mapie świata niezwykłym, bogatym historią tworzoną przez niezwykłych ludzi.


Mateczka poetów

Jeśli można coś sugerować, to w trakcie podróży trzeba wystrzegać się dobrych rad z forów, gdzie internetowe mądrale wypisują, że Odessa to miasto tranzytowe w drodze na Krym, w którym wystarczy zabawić dzień lub dwa najwyżej. Dając wiarę głupim poszeptom robimy błąd godny profana.

Każdy kamień, napotkany niechby w abyknawiennym miejscu, to niepospolita historia powiązana z niepospolitymi ludźmi. Trzeba szeroko otwierać oczy nie tylko dlatego by o ten kamień się nie potknąć, ale żeby czegoś nie przeoczyć. Może właśnie przechodzimy obok miejsca urodzin Anny Achmatowej (1889-1989), wielkiej poetki rosyjskiej, która przyszła na świat w bocznej alejce Fontann'skoj Dorogi, przy trakcie ciągnącym się tuż nad brzegiem Morza Czarnego? Niekiedy takie "odkrycie" decyduje, że człowiek wypiera nabytą wiedzę i zwiedza Odessę po swojemu.

Zupełnie inaczej wygląda Odessa peryferyjna. Ludzie tutaj odgradzają się wysokimi płotami. W zasadzie to szalona kombinacja umocnień metalowo-kamienno-terakotowych. Przechodzień nie ma możliwości zajrzenia na podwórko. Przed ogrodzeniami mamy do czynienia z chodnikowym chaosem. Każdy właściciel posesji buduje trotuar wedle widzimisię, co skutkuje koszmarem dla niepełnosprawnych i matek z wózkami, których zresztą na ulicach prawie nie widać. Chodzi oczywiście o dzielnice oddalone od ucywilizowanego centrum. Pozagradzane domy, zwłaszcza biedniejsze, troszeczkę przypominają miasteczka islamskie. Przechodzień porusza się w odkrytych, bezotworowych tunelach, bo okna mijanych posesji wychodzą na patio, gdzie toczy się życie mieszkających tam rodzin. Jeśli ktoś już widział dzielnice muzułmańskie będzie się zastanawiał, dlaczego tamtejsze pomysły przeflancowano na czarnomorskim przyczółku Europy. Być może ze względu na bezpieczeństwo. Trudno o łatwą odpowiedź, bo turysta czuje się w Odessie zupełnie bezpiecznie.

Do Odessy przyjeżdża się dla potiomkinowskich schodów, pierwotnie dla ponad dwustu stopni, a po przebudowie 192, rozsławionych przez Einsensteina w filmie "Pancernik Patiomkin" (1925). Rewolucyjnego ducha tamtych czasów nikt już nie poczuje, ale samo miejsce bynajmniej nie rozczarowuje. Jednak co innego widzą i potem nam wmawiają rozklikane mądrale. Z najwyższego stopnia rozciąga się współczesna panorama, która wielu oszałamia. Oto potęga kapitalizmu po ukraińsku: nowoczesny Morskij Vokzal na tle przeszklonej wieży Hotelu Odessa, a przy pirsie szereg luksusowych jachtów zacumowanych przez nowobogackich.

Po zejściu ze schodów wystarczy odwrócić głowę by przenieść się w przeszłość, do Odessy poetyckich przyjaciół: Aleksandra Puszkina i Adama Mickiewicza, przygnanych w te strony przez historyczną zawieruchę.

Polski tułacz w dzisiejszej Odessie doczekał trwałego upamiętnienia. Z łatwością znajdziemy tablicę i pomnik wieszcza. Zastanawia jednak, że na kamieniu poświęconemu Puszkinowi umieszczono napisy ukraińskie i można wyczytać iż wielki Rosjanin przebywał tutaj w latach 1823-1824 na zesłaniu. Naszego Adama upamiętniono po rosyjsku i dowiadujemy się, że wielikij polskij poet w roku 1825 w Odessie "tylko" mieszkał.

Wypada wierzyć, że pamiątka mickiewiczowska zawisła w niesłusznej epoce Sojuza, pod czujnym okiem politbiura. Co do puszkinowskiej nie mamy wątpliwości, że powstała w wolnej już Ukrainie. Pomnik największego poety polskiego stanął stosunkowo niedawno, w ścisłym centrum na ładnym skwerze przy ulicy Bunina. Również tam nie znajdziemy wzmianki o okolicznościach, które zadecydowały o zamieszkaniu Polaka w Odessie. Pozostaje zadowolić się inskrypcją kolegi po piórze wyrytej na cokole: Он между нами жил и мы его любили. А. С. Пушкин.

Z dzisiejszej perspektywy, kiedy swobodnie przekraczamy granice, a do Odessy przybywamy dobrowolnie, omszałe niuanse tracą na znaczeniu. Najważniejsze, że Ukraińcy Polaków szanują i przyjmują u siebie z wielką serdecznością.


Odeskie anioły

Odessie brakuje ratusza i rynku, w takim kształcie, jak w miastach budowanych na podstawie prawa magdeburskiego. Wszystko przez akt założycielski, który opiera się na prawie Imperium Rzymskiego. Miasto założył w r. 1794 Josè de Ribas, hiszpański wiceadmirał pozostający na służbie carycy Katarzyny II. Nastąpiło to po odbiciu od Turków twierdzy i sąsiadującej z nią tatarskiej osady Chadżybej, zlokalizowanej na stepie bez jednego drzewa. Ponasadzany w nowym mieście drzewostan zadziwia różnorodnością bowiem przywieziony został z całej Europy. Jest tak różnorodny, jak 125 narodowości, które długo żyły w zgodzie i kulturowej harmonii. Ludzie rozpierzchli się po świecie, drzewa pozostały i szumią o wspaniałej przeszłości.

Uderzając w poetycką nutę możemy posłużyć się przenośnią, że nad miastem fruwają dobre anioły. Znajdziemy je tu wszędzie, choćby w najmniejszym sklepiku i łatwo anielską przychylność kupić. Niedrogo, za jeden... uśmiech. Konieczne jest też wyzbycie się wyniosłości, owej okropności typowej dla rodaków penetrujących Wschód.

Polskość w Odessie się wyczuwa i czują tutaj Polaków. Wedle spisu ludności z 1877 r. byliśmy trzecią grupą narodową (17 395 Polaków) po Rosjanach i Żydach. Warto odszukać polskie ślady i można to czynić bez mapy. Wtedy istnieje szansa na spotkanie odeskiego anioła, który - nie bacząc na prywatny czas i pieniądze - zechce nami pokierować.

Ulica Polska przechodzi w Polskiy Spusk prowadzący do odeskiego portu, który leży po prawej stronie nowoczesnegoMorskovo Vokzala. Polski ciąg komunikacyjny, choć ważny topograficznie, jest miejscem mało reprezentacyjnym i zapuszczonym, póki co czeka na swój czas.

- Odessa to wielka wieś i wszyscy wszystko o sobie wiedzą - uśmiecha się przemiła Lena. Pierwszy prąd zmienny w odeskiej operze, pierwszy samochód, mandat i prawo jazdy w Carskim Imperium. Także koperta i pocztówka - wylicza odeski anioł - Lena. Matematyczka po odeskim uniwersytecie robiąca karierę w biznesie. Rodzice Leny są fizykami i pracują na Uniwersytecie Opolskim, ona sama rodzinnego miasta opuszczać nie zamierza.

- Dobrze żyć w wolnym kraju, ale trzeba umieć z tej wolności korzystać. Swoboda nie oznacza wolności. Ukraińcy dopiero uczą się swojego państwa - przekonuje Lena.

Do rewolucji 1/3 mieszkańców stanowili Żydzi, którzy robili tutaj interesy. Pieniądze lubią ciszę, kiedy przyszła rewolucyjna zawierucha pieniądze się skończyły i Żydzi zaczęli emigrować. Lata świetności Odessy przypadają na okres panowania imperatorowej Katarzyny II. To jej gubernatorzy: wśród nich Francuz i Hiszpan, których znajdziemy u stóp carycy na jednym spośród wielu pomników, przyczynili się do rozkwitu miasta. Każdy z nich mocno tutaj się zaznaczył. Uwzględniając kryteria materialnie miasto miało szczęście do dobrych gospodarzy. Wiceadmirał Josè de Ribas upamiętniony został najważniejszym traktem współczesnej Odessy, który nosi nazwęDeribasiwska Wulica. Najbardziej jednak odessanie pokochali księcia Richelieu (wnuka "tego" Richelieu). Kiedy po dymisji francuskiego premiera Talleyranda w Paryżu Ludwik XVIII powołał księcia do utworzenia nowego gabinetu, tenże nie chciał Odessy opuszczać. Ludzie również z tym się nie godzili. Zasłynął, jako ludzki граданачальник, spotykał się z mieszkańcami, rozpytywał o ich problemy i wszystkim interesował. Za wyjeżdżającym orszakiem sunął kondukt zasmuconych odessyjczyków.

Po śmierci Katarzyny na tronie carskim zasiadł jej syn Paweł I i Odessę zaniedbał. Mieszkańcy słali noty o materialne wsparcie, które imperator zwyczajnie ignorował. Miasto uratowały... pomarańcze, a ściślej "pomarańczowy fortel". Do Petersburga postanowiono wysłać karetę wypełnioną świeżymi owocami i dla zabezpieczenia łatwo psującej się przesyłki każdą pomarańczę owinięto w petycję o ratunek dla Odessy. Egzotyczny smak, tak pożądany na petersburskim dworze, zmiękczył serce cara i wrota skarbca znowu stanęły otworem.

Przytoczone historie pochodzą od zielonookiej Lenoczki, która Odessę kocha nadzwyczajnie. Wychwalając współziomków nie zapomina o miejscowych kryminalistach, którzy są przecież... sympatyczni. Zastrzega przy tym, że Odessa jest miastem dowcipu. Trudno nie przyznać racji, jeśli się uwzględni, że z Odessy pochodzi Alosza Awdiejew, krakowski bard i zarazem profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Odeskie anioły czuwają nawet nad pieszymi. Tutejsi kierowcy nie trąbią bez sensu i karnie zatrzymują się przed zebrami, co jawi się trochę niezwyczajnie, zwłaszcza na tle sąsiedniej Rosji. Zjawisko dziwne, ale łatwo wytłumaczalne. Stopień nasycenia długonogimi pięknościami, płynącymi na swych tufielkach po odeskim bruku, jest nadzwyczaj wysoki. Rodzi się pytanie: czy wypada płoszyć anioły? Angel chranitielczuwa też nad miejscowymi mężczyznami. Sinonosych bomżów, nieszczęśników grzebiących po śmietnikach, zdecydowanie mniej niż gdzie indziej. Pod względem poziomu trzeźwości Odessa zawsze różniła się od reszty Ukrainy.

Rosyjskich turystów tutaj mnóstwo, to pierwsza nacja spośród obcokrajowców odwiedzających Odessę. Szanuje się ich bo solidnie płacą za usługi. Blisko milion ludności stałej i drugi milion przyjezdnych latem. Poza Rosjanami głównie Polacy.

Po śmierci de Langerona (następcy księcia Richelieu) gubernatorem Odessy został Paweł Stroganow, który zajadał się soczystym befsztykiem na śniadanie, obiad i podwieczorek. Spożywana w nadmiarze wołowina nadwyrężyła jednak żołądek i smakosz zaczął "głodować", poprosił więc o podanie mięsa pokrojonego w wąskie paseczki. Francuski kucharz Carème zasmażył mięso z cebulą i pieczarkami, dodał kiszonego ogórka, zagotował z mąką, przecierem pomidorowym, popieprzył i posolił. W taki oto sposób światowe menu wzbogaciło się o boeuf stroganowa. Odessa smakuje wybornie!


Sierpień 2011

Powrót do góry strony
Ukraina, Odessa, Одесса, Morze Czarne

Kijów


Ukraińska pocztówka


Ukraina, Kijów, Київ, Kyjiw, Киев, Kijew, Bułhakow, Mistrz i Małgorzata


Ukraina to kraina trochę niezwyczajna, rządzą nią bowiem dziwni politycy, a ich dziwność polega na tym, że nie znają ojczystego języka. Zarówno Wiktor Janukowycz - obecny prezydent, jak i premier Azarow mocno kaleczą ukraińską mowę. Fakt ów krytykują obywatele zachodniej Ukrainy, bezlitośnie wykpiwają tutejsze tabloidy i liczni kabareciarze. W samej stolicy język wielkiego sąsiada jest powszedniością, a im dalej na wschód po rosyjsku jest tym bardziej. Może dlatego trzymający stery państwa tkwią w językowym rozdarciu, co tak irytuje jednych, a w ogóle nie wadzi innym.

Ukraińcy powiadają, że żyją w sumaszedszoj krainie. Ów niezwykły przymiotnik jest słowną zbitką i oznacza mniej więcej: Ukrainę pozbawioną rozumu i jakby szaloną. Coś musi być na rzeczy skoro do aresztu wsadza się byłą premier za to, że dogadywała się z Rosją. A trzeba wiedzieć, że tak czyni ekipa, która do władzy parła z pozycji prorosyjskich. Oto ukraińskie poplątanie z pomieszaniem.

Podsądna Julia Tymoszenko może uchodzić za kwintensencję ukraińskości. Uwzględniając walory zewnętrzne jest kobietą wielce reprezentacyjną. Wyróżnia się słynnym warkoczem i szykowanymi strojami z motywami ludowymi, o słowiańskiej urodzie nie zapominając. Wciąż pięknej Julii rządzący nie są w stanie przegadać i bynajmniej nie dlatego, że ukraińskim posługuje się wzorcowo. W politycznych dysputach zapędza przeciwników w kozi róg i być może dlatego jest taka niewygodna. Na Majdanie - w samym sercu Kijowa, rozsławionym w świecie z Pomarańczowej Rewolucji placu, codzienie odbywają się protesty. Bóg jeden wie, czy za prześladowaną Julią, czy też przeciwko "ukrywającemu się przed narodem" Janukowyczem. Prezydent uchodzi za symbol obciachu. Nie dość, że nonszalancko traktuje ojczysty język to zalicza kolejne wtopki towarzyskie (skąd my to znamy?) i jest pewnie jedynym europejskim przywódcą z kryminalnym stażem. W młodości dwukrotnie wylądował za kratkami, bynajmniej nie za działalność opozycyjną. Ulica szepcze, że wcześniej niż później, wyborcy wyniosą Julię na urząd prezydencki. Stanie się tak choć o byłej premier nie mówi się za dobrze. Pasuje przecież do grona obecnej kadry rządzącej, którą cechuje nieokiełznana pazerność. Polityków Ukraińcy nie poważają, polityków ciemiężonych już tak, bo ludzie tutaj współczulni. Dzisiaj upokorzona już jutro może być na szczycie.

Kijów to wielomilionowa, tętniąca życiem metropolia, gdzie prowadzi się mnóstwo inwestycji. Oto wielka cząstka Ukrainy niepodobna do ogromnej... Ukrainy. Widać dużo remontów, buduje się drogi i hotele, nowymi mostami spina przeciwległe brzegi Dniepru. Mocno wypiętrzona korona szykowanego na Euro 2012 stadionu jest symbolem nadciągających zmian. Ulice zatłoczone supersamochodami. Tak wypasionych dżipów i lśniących limuzyn na polskich drogach trzeba wypatrywać ze świecą. Częstokroć to zwykłe pokazanie się. Nie można wykluczyć, że za szokująco drogim autem, kupionym za oszczędności życia i ogromny kredyt, stoi zapuszczone mieszkanie w którym wstyd przyjmować gości.

Nikt w Kijowie nawet nie pomyśli o burzeniu gigantycznych budowli wyrosłych tam w okresie socrealizmu. Ba, robi się wiele by przywrócić im świetność poprzez odświeżenie elewacji. Można być przeciwnikiem takiej architektury, ale trudno nie zadumać się nad rozmachem i zadziwić solidnością wykonania z wyjątkowych kamieni.

Trzeba przespacerować się szerokimi alejami, gdzieś z dala od reprezentacyjnego Xreshczatika by poczuć wyjątkowy klimat ukraińskiej stolicy zlokalizowanej na wzniesianiach (takie ukraińskie Los Angeles), miasta wyrosłego na wysokiej skarpie Dniepru, który na wysokości Kijowa płynie szerokim "jeziorem". Ponad wszystko wynosi się wieża centralnego chramu kijowskiej ławry i srebrzy wzniesiona jeszcze za Breżniewa Nike Zwycięstwa, nazywana tutaj matką. Matka, której po odzyskaniu niepodległości spiłowano (dosłownie!) miecz by nie przewyższała piorunochronu ławry!

Niepowtarzalny klimat znajdziemy na starej ulicy Andriejevskij Spusk prowadzącej do Padołu nad Dnieprem, która śmiało konkuruje z paryskim Montmartre'm. Można tam znaleźć wszystko, zwłaszcza dom w którym w latach 1906-1919 mieszkał i tworzył autor "Mistrza i Małgorzaty" Michaił Bułhakow.

Ukraińcy są wyjątkowo przychylni przybyszom z innych krajów. Gościnność ich jest ujmująca, co czuje się na każdym kroku. Także Polacy mogą liczyć na sympatię i przejawy szczerego zainteresowania.


Sierpień 2011

Powrót do góry strony

Cypr


Nasz brat


Cypr, Κύπρος, Kıbrıs, Nikozja, Limassol, Larnaka, Olimbos


Wyspę Cypr swobodnie możemy uznać za brata Opolszczyzny. Powierzchniowo jesteśmy porównywalni a przy odrobinie szaleństwa nasze województwo również idzie traktować jak wyspę. Opolszczyzna mocno wyróżnia się od otoczenia i na ten kulturowy tygiel, z wyraźnie zaznaczającą się odrębnością, od zawsze dybią sąsiedzi. Podobnie jest z Cyprem. Tu i tam mamy wielojęzyczne tablice z nazwami miejscowości. Podobieństwa można mnożyć. Ale wyhamujmy, wszak Cyprem interesują się też i inni a każdy znajduje tam coś czego akurat szuka. Co w takim razie na małej wyspie robi mocno zakręcony miłośnik przepastnej Rosji? Jeśli poszukuje wyłącznie analogii ze Śląskiem Opolskim to ociera się o infantylizm.

Niektórzy mogliby pomyśleć, że poleciałem powkurzać Cypryjczyków pijaną jazdą wózkami golfowymi. Nic z takich klimatów, podobnych wehikułów jeszcze nie ujeżdżałem a od jakiegoś czasu w ogóle nie wstawiam się w stan dyspozycji poselskiej. Ale do rozsławionego przez polskie media hotelu Le Meridien w Limassol dotarłem! Przechodząc obok wolałem w konspiracyjnym milczeniu przyspieszyć kroku, tak na wszelki wypadek, wszak ostrożności nigdy za wiele. Pomimo żaru lejącego się z nieba naciągnąłem nawet kaptur. Po co? Postanowiłem ukryć pawie pióra - symbol wyróżniający Polaków od pozostałych nacji.

Ale samo pytanie o cel podróży zasługuje na poważną i uczciwą odpowiedź. Wielu Rosjan pytanych o kraj, jaki wybrałoby na drugą ojczyznę typowało właśnie Cypr. To super, super, super miejsce! - popadali w zachwyt. Trudno zatem się dziwić, że zechciałem ów fenomen zweryfikować. I co? Miejsce jak miejsce, oczywiście piękne, ale jak na kraje basenu Morza Śródziemnego dosyć typowe. Dlaczego Rosjanie uwielbiają konkretnie ten skrawek lądu? Miłość zdaje się być obopólna, czego dowodem jest to, że na wyspie większość informacji podaje się w czterech językach: greckim, angielskim, tureckim i właśnie po rosyjsku.

Polską mowę słyszy się, owszem, ale zdecydowanie rzadziej. Cypryjczycy szanują Polaków za piłkarzy zasilających tutejszą reprezentację i biura podroży kontraktujące usługi turystyczne. W wyniku długich poszukiwań tylko przed jednym hotelem odkryłem nasze barwy narodowe. Rosjanie za to są widoczni na każdym kroku: tu wypoczywają i tu pracują. Wchodząc nieco głębiej w przyczynę fascynacji Rosjan Cyprem doszedłem do zaskakującego wniosku. Od razu podkreślam, że snuję teorię absolutnie autorską i niezmałpowaną. Obywatele największego kraju świata w głębi duszy tęsknią za czymś kameralnym, za rajskim ogrodem, gdzie żyje się spokojnie i wszędzie jest blisko. Coś jeszcze przyciąga Rosjan do śródziemnomorskiej krainy. To burzliwe wydarzenia, które przewaliły się przez oba państwa, a których końca nie widać.

Nawet w raju coś zgrzyta. Auta jeżdżą po "złej stronie ulicy". Angielskie złogi to również gniazdka elektryczne wymagające adaptera do "normalnych" urządzeń. Z oczywistych powodów cywilizacyjnych dziwactw na wyspę nie przywlókł Ryszard Lwie Serce przybyły na Cypr z Krzyżowcami z zamiarem przepędzenia Arabów. Ożenił się nawet z miejscową damą, ale wieść niesie, że żonę zaniedbał lokując uczucie w czarującym południowcu. Potem na Cypr przypłynęli Wenecjanie i zaczęli łupić mieszkańców podatkami. Następnie szarogęsili się Francuzi, ale w końcu wrócili nad własne Lazurowe Wybrzeże. Przymgleni Anglicy nigdy nie zapomnieli o cypryjskim słońcu i w końcu odkupili wyspę od Turków, którzy przez 300 lat ją okupowali. Cypr jest wolny dopiero od półwiecza, co zawdzięcza arcybiskupowi Makariosowi, który wraz z miejscową partyzantką ostatecznie przegonił administrację angielską. Niestety, leżąca na ważnych szlakach żeglugowych wyspa wciąż pozostaje kością niezgody i znajduje się w geopolitycznym klinczu.

Wyobraźmy sobie, że nagle ktoś odrywa od Opolszczyzny powiaty brzeski z namysłowskim (zaczątek zrobiła NTO!) i ogłasza powstanie odrębnego tworu państwowego. Zaraz znajdą się życzliwi, którzy utworzą strefę buforową i zaczną zwaśnione strony godzić. Na tej zasadzie istnieje Turecka Republika Północnego Cypru - uznawana tylko przez Pakistan i właśnie Turcję, która upomina się o zadawnione prawa. "Powiat turecki" nie należy do Unii Europejskiej, ale trudne rozmowy nie ustają. Niełatwo pogodzić interesy Greków, którzy czują się wypędzeni z urokliwej północy, z przepięknej Kirynii, zwanej diamentem Morza Śródziemnego, i zamierzają odzyskać opuszczone majątki. 794 600 osób, bo tylu jest stałych mieszkańców wyspy, nie potrafi żyć w zgodzie.

Na wstępie nadmieniłem, że w zakresie kulturowej mieszanki Opolszczyzna posiada rys wyspiarski i przez to pozostaje łakomym kąskiem do wchłonięcia przez otaczające żywioły. Coś w tym jest i zdaje się to nasze największe podobieństwa z Cyprem. Reszta jest trochę naciągana, choćby cudowne ciepło. I jest coś jeszcze: u schyłku cypryjskiej zimy, kiedy Góry Troodos pokrył świeży śnieg, wyspa pyszni się soczystą zielenią, wszędzie kwiaty i mnóstwo dojrzewających owoców.


Marzec 2011

Powrót do góry strony

Gruzja


Gori w zadyszce


Gruzja, Gori, გორი, Szida Kartli, Stalin


Świat obfituje w atrakcje, które trzeba zwyczajnie zaliczyć. Ale istnieją miasta, niegdyś legendarne a dzisiaj przeklęte, które trochę wstyd odwiedzać. Z niejakim dylematem, i z nie do końca wytłumaczalnym dyskomfortem, wylądowałem w Gori - rodzinnym mieście Stalina.

Gdyby tyran wciąż (a kysz!) żył z urodzinowego tortu zdmuchiwałby 132 świeczki. Ów koszmarny jubileusz świętowali w Moskwie, w mroźny grudniowy dzień, zatwardziali komuniści. „Hura, hura, hura!" - ryknęli miłośnicy Soso przy grobie wodza zlokalizowanym pod murem kremlowskim. Lider komunistów Giennadij Ziuganow w okazjonalnej mowie przekonywał, że „epoka Lenina-Stalina była największą w historii kraju". W kremlowskich kręgach otwarcie mówi się o potrzebie przeorania świadomości Rosjan. Nowo powołany szef Rady ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka przy prezydencie Rosji Michaił Fiedotow zapowiedział złożenie głowie państwa propozycji destalinizacja społeczeństwa. Lepiej późno niż wcale - należy westchnąć.

Zakręceni w prawo politycy spod cienia płaczących wierzb zmian w Rosji nie dostrzegają niejako programowo i kompromitują się w telewizorach w rolach ekspertów od wschodniej polityki. Dzisiejsza Rosja jest niepodobna do tej, jaką opisują wspomniane mądrale. Jej inność polega choćby na tym, że niegdysiejsze stuprocentowe wpływy w dawnych republikach podzieliła z innym supermocarstwem, „tracąc" niemalże połowę ludności. W Azerbejdżanie czy Uzbekistanie, krajach jawnie romansujących z USA, trudno już znaleźć sowiecką symbolikę. Gwiazdy, sierpy i młoty zastąpił półksiężyc a w miejscu czerwonych sztandarów - łopoce zieleń, kolor islamu. Monumenty wodzów rewolucji rozbito w pył lub przetopiono na innych półbożków: pradawnego Timura w Uzbekistanie i całkiem współczesnego Gajdara Alijewa w Azerbejdżanie.

Największa konsternacja panuje w Gruzji, skonfliktowanym z Rosją małym kraju, który dał ludzkości jednego z najstraszniejszych tyranów. Z jakim trudem Gruzja próbuje poukładać się z bolesną przeszłością przekonałem się naocznie. W centrum Tbilisi kona symbol niezwykły: monumentalny zespół parkowo-pomnikowy z grobem nieznanego żołnierza ponad którym góruje nike zwycięstwa. Oto miejsce opuszczone przez komunistycznego pana Boga. Wciąż można dostrzec dawną świetność kompleksu, który dzisiaj przygnębia. Na wyższych, zaśmieconych tarasach funkcjonują dzikie tory do jazdy ekstremalnej, rozkrada się marmur i pozyskuje surowce wtórne, wszędzie walają się strzykawki rezydujących tam narkomanów. Niedrożne dysze fontann i wygaszone znicze „wiecznego ognia" legitymizują rozpad i zapomnienie.

Zadyszkę towarzyszącą wdrapaniu się na wzgórze rekompensuje, a raczej wzmaga, zapierająca dech w piersiach panorama Tbilisi, wspaniałego miasta leżącego u stóp niesłusznej ideologicznie nike, stolicy zlokalizowanej w dolinie rzeki Kury (Mtkwari). Szukanie w Tbilisi śladów sowieckich jest niełatwe. Rozliczne monumenty nawiązują do symboliki gruzińskiej bądź neutralnej, czy też poświęcone są najnowszym wydarzeniom wolnościowym. W pamięci mieszkańców sowieckość wciąż pokutuje, choćby w tęsknocie za łatwiejszym życiem, czy w powszechności języka rosyjskiego, którego najmłodsi jednak już nie znają. Rugowanie śladów przeszłości jest o tyle łatwe, że liternictwo gruzińskie (jakieś tasiemki) to ewenement nieprzypominający pisma krajów sąsiednich.

Tbilisi (თბილისი) od wschodu jest „wschodnie", a od zachodu „zachodnie". Tam - na kiepskiej drodze osiołek ciągnący dwukółkę z chrustem, tutaj - nowoczesna autostrada z lśniącymi samochodami. I właśnie na kierunku zachodnim, w półgodziny za Tbilisi, nieopodal traktu prowadzącego do czarnomorskich kurortów Batumi (ბათუმი) i Suchumi (სოხუმი) - formalnej stolicy Abchazji, możemy zahaczyć o Gori (გორი) - miasto słynące z Josifa Wissarionowicza Dżugaszwilego.

Zwiedzanie świata to wgląd w przeszłość, przybywamy bowiem do miejsc, których atrakcyjność wyrasta z historii. Z bieżącym rozwojem wydarzeń zawsze więc jesteśmy spóźnieni. Nie dotyczy to oczywiście rewolucjonistów, którzy penetrują świat z zamiarem jego zburzenia. Globtroter to jednak człowiek pokojowy i nastawiony poznawczo. Do Gori zawitałem więc po niewczasie. Przed kilkoma miesiącami, pod osłoną nocy, zapewne dla uniknięcia protestów i zainteresowania mediów, zdemontowano pomnik Stalina i na wszelki wypadek cacko gdzieś schowano. Wystawiony dyktatorowi jeszcze za życia monument przetrwał grubo ponad pół wieku. Rząd obiecał postawić w tym samym miejscu, przed obecnym merostwem, pomnik upamiętniający poległych w wojnie rosyjsko-gruzińskiej z 2008 roku. Gruziński minister kultury Nikoloz Rurua zapowiedział z kolei rychłą zmianę nazw ulic sławiących słońce narodów. Widocznie jest to zadanie o wiele trudniejsze od nocnego kruszenia granitu, bowiem najbardziej reprezentacyjna aleja Gori wciąż pyszni się nazwą „Stalin Ave".

Dzisiejsze Gori to senne miasteczko z zabłąkanymi turystami: pojedynczy Japończyk zgłębiający fenomen bolszewika z granitu vel człowieka ze stali, obwieszony orderami weteran i zwolennik uniwersalnego geniusza vel spiżowego leninisty. Pośród takimi oryginałami, jakiś Polak stąpający po ziemi, która wielkiego językoznawcę vel lokomotywę historii zrodziła.

Nieciekawa zabudowa wkomponowuje się w burą przaśność, której gruziński kapitalizm nie zdążył pokolorować. Niepoliczalne punkty wymiany walut, budki oferujące cziebureki i inne pierożki Kaukazu oraz bieda-sklepy z chińszczyzną nijak nie pasują do miejsca urodzin kogoś o kim komponowano pieśni i pisano poematy: "O, Ty, któryś jest jasnym narodów słońcem,/ Naszych dni słońcem niegasnącym/ Jaśniej świeci od słońca/ Twa mądrość wszechogarniająca" (Aleksij Tołstoj) lub: "Mądrość Stalina rzeka szeroka,/ w ciężkich turbinach przetacza wody,/ płynąc wysiewa pszenice w tundrach,/ zalesia stepy, stawia ogrody." (Adam Ważyk).

Stalin Ave w samym centrum rozgałęzia się w odrębne ulice i pomiędzy nimi prowadzi spacerowa aleja. Po krótkim marszu stajemy przed klasycznym tortem socrealizmu zwieńczonym wieżą z iglicą, przepastnym gmachem robiącym za muzeum wodza. Oto komunistyczna świątynia! Przed portalem stoi „dziobaty Stalinek" a za jego plecami wymodzony na antyczną modłę portyk, który „zadasza" lepiankę, sielskie gniazdeczko, z jakiego przyszły morderca milionów wyfrunął. Przed chatynką niedawno wykopano wielką jamę i wykonano roboty szalunkowe pod fundamenty, ale fachowcy gdzieś przepadli, być może zachowują bojową gotowość w oczekiwaniu na solidny beton. Postawiona obok tablica przedstawia wizualizację „obalonego" pomnika, który na powrót zostanie wypionowany i będzie robił za miejscową atrakcję. Łatwo się domyśleć, że spowolnienie robót wynika z mizernych dochodów muzeum, gdzie już wyczuwa się stęchliznę i duszący kurz dawno niepranych dywanów.

Każda ławka w parku, pojedynczy kamień okazałej budowli jest darem „od serca" rożnych narodów - współbudowniczych bolszewickiego raju. Wszystko - pamiętajmy - powstało za ziemskiego bytowania wodza wodzów. Do dziś w salach pałacu można zobaczyć prezenty ofiarowane Stalinowi przez wielbicieli z całego świata. Pośród ogromu klamorów są również pamiątki od przyjaciół znad Wisły: „ludowe" talerze z Włocławka, okolicznościowe patery i jakieś kryształy. Podziwianie łoża, w którym wylegiwał się bandyta, oglądanie kolejnych zaśniedziałych samowarów czy zachwycanie się salonką, w której terrorystę wożono - to przeżycie z poziomu hard, turystyczna perwersja niewarta gruzińskich larów. Zaoszczędzone pieniążki lepiej zainwestować w doskonałe Kindzmarauli - wino o harmonijnym i aksamitnym smaku, uhonorowane złotym medalem Gold Gryphon w Jałcie 2002 r.

Gori w zadyszce i rozdarciu. Amerykanie, których prozachodni prezydent Micheil Saakaszwili tak wielbi, w trymiga przekształciliby „atrakcję Gruzji" w dolarodajny Disneyland z hamburgerem i coca-colą. Tłumnie przebywający turyści mogliby pozować w towarzystwie wąsatego klona, nienachalnie wysokiego (162 cm! - dla ubogich Stalin w wersji tekturowej), w sam raz pasującego do niedorostków żądnych ekstremalnej rozrywki.

Dyktator nigdy nie fotografował się w otoczeniu osób wyższych od siebie i nosił specjalne wkładki w butach, dodające mu kilku centymetrów. Za drwiny z wzrostu 'genialnego geniusza', jakby to dziś powiedział klasyk - lądowało się w gułagu. W Polsce takiego zakonu na szczęście nie ma, bo szalonym mikrusom odebrano władzę. Nie brakuje jednak lizusów przeciętnego wzrostu, którzy doskonale wiedzą kiedy i przed kim przyklęknąć, czy za bardzo nie wysunąć się przed podczas pokonywania schodów. Zwłaszcza w zasięgu kamer i przy obecności wścibskich fotoreporterów.


Listopad 2010

Powrót do góry strony

Batumi - Kutaisi


Bliskie spotkania z Gruzją


Gruzja, საქართველო, Sakartwelo


Kończąc opowieść o Gruzji, która okazała się wymuszonym przerywnikiem podróży po Azerbejdżanie, dzielę się dzisiaj turystycznymi spostrzeżeniami z tego uroczego kraju. Hostel w Tbilisi, ul. Ninoshvili 19a u Iriny Japaridze - przyjaciółki wszystkich globtrotterów, ze szczególnym uwzględnieniem Polaków. Symboliczne jest bowiem umieszczenie w honorowym miejscu polskiej flagi i żałobnego zdjęcia pary prezydenckiej, w Gruzji bardzo szanowanej.

Kosztem spokoju rodziny Irina przyjmuje u siebie przeróżnych ludzi. W dniach mojego pobytu swoje "reprezentacje" posiadały następujące kraje: Kanada, Izrael, Anglia, Polska, Meksyk, Australia, Tajwan i Chorwacja. W mieszkaniu z zaadoptowanym strychem panuje bazarowe zamieszanie i w zasadzie nie wiadomo, jak gospodyni tym wszystkim steruje. W pewnym momencie padł rekord: nocowało 39 osób! Nawet Irina nie wie, jak to było możliwe.

Ninoshvili 19a w Tbilisi uchodzi za miejsce kultowe i żyje swoją legendą. Hostel zachwala się na forach internetowych i wymienia w najlepszych przewodnikach. Emanuje stamtąd pozytywna energia, która wszystkim się udziela. Wieść niesie, że u Iriny nigdy nic nikomu nie ginie. Przeciwnie: ludzie wymieniają się turystycznymi doświadczeniami i radzą sobie nawzajem, co gdzie i za ile. Pani Irina już jest zmęczona i chce powoli wycofać się z usług noclegowych, ale przychodzi sezon i wszystko zaczyna kręcić się od nowa. Owdowiała przed rokiem lżej przechodzi żałobę, jak sama twierdzi, dzięki turystom. Nie ma tam luksusów, ale jest schludnie i domowo. Swobodny dostęp do Internetu z technologią Wi-Fi - w mieszkaniu pełnym antyków i niebanalnych bibelotów - to jedyna oznaka nowoczesności.

Hostel Georgi's Haus w Kutaisi, ul. Chanchibadze 14. Rownież niezwykle klimatyczne miejsce, zarekomendowone zresztą jeszcze w Tbilisi przez Irinę Japaridze. W największej liczbie ściągają tam Polacy, potem Izraelczycy, Holendrzy i Niemcy. W Georgi's Haus lubi się wszystkich gości, z sympatią opowiada się choćby o naszych sąsiadach Czechach, ale Polacy cieszą się (zaczyna być już to nudne, wiem) statusem specjalnym - są przyjaciółmi gospodarzy i całej... Gruzji. Zaświadczają o tym wszyscy członkowie wielopokoleniowej rodzinki, która również przyjmuje pod swój dach gości ze świata.

Wielopokoleniowość w rodzinie stanowi wartość samą w sobie, a w branży turystycznej odgrywa znaczenie praktyczne. Nieznający rosyjskiego młodsi członkowie rodu swobodnie porozumiewają się po angielsku, a starsi po rosyjsku. Upłynie niewiele czasu, kiedy poruszanie się po krajach kaukaskich ze znajomością rosyjskiego pewnie już nie wystarczy. W gruzińskich szkołach angielski jest drugim obowiązkowym językiem i spotyka się już młodych, którzy po rosyjsku w ogóle nie rozmawiają.
Gospodarz Giorgi Giorgadze jest zapalonym melomanem polskiej muzyki rozrywkowej, za wielkie gwiazdy uważa Agnieszkę Chylińską i Patrycję Markowską - ich piosenki nosi nawet w swoim telefonie.

Kutaisi. Drugim co do wielkości miastem w Gruzji jest liczące 230 tys. mieszkańców Kutaisi, miasto partnerskie Poznania i miejsce urodzenia mieszkającej w Kanadzie artystki o światowej renomie - Katie Melua. Miasto otaczają wysokie góry i z uwagi na centralne położenie może ono służyć za dogodną bazę do wypadów w głąb kraju, choćby do czarnomorskiego kurortu Batumi. Dojeżdża się tam marszrutką w trzy godziny za 10 larów. Miasto posiada renomowaną drużynę piłkarską FC Torpedo Kutaisi, rok zał. 1949.

Podróżowanie przez górzystą Gruzję zaliczyć należy do przeżyć ekstremalnych. Na drogach królują szaleni (w sensie temperamentu) kierowcy, co rusz, przed każdym zakrętem po wielokroć czyniący znak krzyża i naprawdę wolne zwierzęta. Świnie są wolne! Psy i koty są wolne! Krowy, osły i owce też! Częstokroć w miastach, a już obowiązkowo poza nimi. Na tych "użytkowników" dróg trąbi się tak samo, jak na ludzi. Nie dziwią zatem rozjeżdżone futerka wałęsających się wszędzie bezdomnych psów.

Gościnność Gruzinów obezwładnia. Oto kierowca marszrutki David, dowiadując się, że ma na pokładzie Polaków /Ребята, а вы од куда?/ z inicjatywy własnej zawiózł wszystkich na pogranicze gruzińsko-tureckie. Panuje tam specyficzny klimat wynikający ze styku przenikających się kultur. Z gruzińskiej strony symbolika chrześcijańska a już nieopodal, na malowniczym cypelku Morza Czarnego, biały meczet Turków.
David pokazał też nadmorski bulwar im. Lecha i Marii Kaczyńskich (tablicy darmo wypatrywać), o tej porze roku zupełnie wyludniony. Być może rownież dlatego, że poza aleją spacerową nie ma tam żadnej infrastruktury turystycznej. Na razie rosną młode palmy i stoją solidne ławki. Ów fragment promenady wybudowano w jeden rok i trzeba przyznać - niezbyt starannie, gołym okiem bowiem widać pośpiech skutkujący niedoróbkami. Jakieś betony pokryte drewnopodobnym tworzywem, całe setki metrów dosyć szpetnej "antypoślizgowej wykładziny", która na nadmorskim deptaku jest nie do przyjęcia i chce się wierzyć, że leży tam "eksperymentalnie" dla przetestowania wytrzymałości materii i zbadania estetycznych odczuć spacerowiczów.

Prezydent obiecał Gruzinom, że zrobi z Batumi światową rivierę, nawiezie się złotych piasków i zakryje kamienistą plażę, co ma przyciągnąć i na dłużej zatrzymać turystów. Sezon w Batumi nie jest długi, w każdym razie niewiele dłuższy niż nad Bałtykiem. Mimo październikowego ciepła (+30 C) zażywających kąpieli nie widać. Nikogo nie ma poza... prezydentem Michailem Saakaszwilim, który w środku tygodnia, w drodze na narty, przyleciał do kurortu zamoczyć się w zimnym morzu.

Gruzja to wyjątkowe państwo skoro w trakcie kilkunastodniowego pobytu aż dwukrotnie miałem "bliskie spotkania" z najważniejszym politykiem kraju! A może zadziałała magia przyjaźni i wzajemnego przyciągania? Bo określenie "kieszonkowy kraj" w przypadku dumnych Gruzinów z pewnością zabrzmi pejoratywnie.

Przede mną ciąg dalszy eskapady po Kaukazie. Do zobaczenia w Azerbejdżanie.


Październik 2010

Powrót do góry strony

Gruzja


Tbilisi w deszczowej piosence


Tbilisi, თბილისი, Tyflis, Gruzja, Sława Przybylska


O Tbilisi zacząłem rozmyślać po pierwszym wysłuchaniu piosenki Sławy Przybylskiej "Tbiliso". Działo się to wiele lat temu i dzisiaj, kiedy artystka jest już trochę zapomniana, a ja w wymarzonym miejscu wreszcie jestem, zaświadczam, że p. Sława stolicę Gruzji rozsławiła w sposób wyjątkowo plastyczny.

Jeżeli był na świecie raj/To był na pewno właśnie tam... /.../ Tbiliso urzekło mnie urodą swą/ Szczyty gór skąpane w blaskach słońca/ W Tbiliso gałęzie kwitną cały rok/Wracam w snach co noc do Tbiliso...
Tyle w piosence Sławy Przybylskiej.

Czy może przeżyć rozczarowanie ktoś, kto znajdzie się w Tbilisi w dzień pochmurny i deszczowy? Jeśli ląduje się tutaj po dłuższym pobycie w sąsiednim Azerbejdżanie, kraju kulturowo nam odleglejszym, i co nie bez znaczenia: cieplejszym, w nowym miejscu od razu czujemy się bardziej swojsko. Nie przesadzę twierdząc, że jak w domu.

Ażeby rzecz udramatyzować musimy wprowadzić elementy teatrum. Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się na scenie i odgrywamy role statystów. Otaczają nas unaturalnione rekwizyty, efektownie podświetlone, zadające szyku i epatujące widza. Taka jest stolica Azerbejdżanu, mocno sztuczna i na rozkaz władzy wychuchana. Z kolei Tbilisi to teatralne kulisy i zarazem scena z widownią, z typową dla tych miejsc aurą tymczasowości. A taki splot gwarantuje widowisko niepospolite. Dlaczego Polacy mogą czuć się w stolicy Gruzji jak u siebie? Bo prowizorka i dowolność jest również naszą specjalnością.

W tym momencie pragnę podzielić się rozterką, jaką przeżyłem na pieszym przejściu granicznym obu państw. Na widok polskiego paszportu "żegnający" Azerowie wyraźnie ożywają. Wręcz manifestują sympatię i dociekają, czy opuszczający ich kraj polski turysta nie czuje aby rozczarowania. Od razu dają też do zrozumienia, że bynajmniej nie mają zamiaru być pryncypialni przy kontroli bagaży, co w przypadku grupki turystów z Korei Południowej właśnie zrealizowali. W efekcie skończyło się na uśmiechach i zaproszeniu do kolejnych odwiedzin.

Czego zatem należało oczekiwać po przeciwnej stronie granicznego mostu? Pewnie nie będę oryginalny jeśli zdradzę, że nie mniejszej kurtuazji i choćby zaskakujących wyznań i zawołań: Welcome to Georgia! Palaki naszyje bratia! Można rzec: bezgraniczny wylew przyjaźni na granicy, graniczący z uwielbieniem!


A więc w Gruzji witają nas równie wylewnie, jak żegnają w Azerbejdżanie. To momenty dla których nie żal było się urodzić Polakiem. I zastrzeżenie: jeśli ktoś zebrał inne doświadczenia, ten jest smutasem i transgraniczną niedojdą.

Nie będę szafować pięknem gruzińskiej przyrody, bo lepiej uczyniła to pieśniarka, a poza tym wszystko można znaleźć w Internecie. Przecież ktoś już szybciej i lepiej ów fenomen opisał. Że jest tu pięknie to truizm. Skoncentruję się więc na subiektywnie wyłowionych klimatach.

Stare podwórka Tbilisi i hasające na nich dzieci. Maluchy, jak zaczarowane, dziewczynki i chłopcy bawiący się razem. To obrazki z mojego szczenięctwa. Dzisiaj dzieci już tak się nie bawią! Nie chcę jednak tematu podwórek rozwijać bo w Polsce nawet one (u jednych polityków lepsze, u drugich gorsze) stały się kością niezgody.


Lśniący nowością pałac prezydencki stoi sobie pośród rozpadających się i wciąż zaludnionych domostw, które niedługo mają zamienić się w rozległy park. Prezydent ma całe miasto u stóp. Nieco ponad pałacem góruje monumentalna cerkiew, obiekt w gabarytach zbliżony do budowli licheńskiej, ale zdecydowanie mniej kiczowaty. Wywyższa się ponad całe Tbilisi i wyróżnia nietypowym dla tego typu świątyń zwieńczeniem. Zamiast kopuły widzimy strzelisty hełm w kolorze złota. To trzecia największa cerkiew świata, która jest siedzibą kościoła gruzińskiego. Na południowej stronie doliny rzeki Mtkvari (Kura), nieopodal twierdzy Naricala, na cerkiew i pałac prezydencki spoziera 'aluminiowa dziewica', czyli Matka Gruzji.


Być po raz pierwszy w Tbilisi i od razu spotkać Michaila Saakaszwilego! - to się nazywa fuks. Widziany poprzez zapłakane szyby autobusu miejskiego prezydent w strugach deszczu, z kompanią honorową i orkiestrą, składający jakiś wieniec przy jakimś pomniku. Ot, polityk przy typowej dla siebie robocie, heroicznie niebojący się deszczu. Z boku wygląda to na pokazówkę wygarniturowanych jegomości przy zerowym zainteresowaniu wyborców. Ci akurat nie myślą o politycznych fetach, ale o tym, jak przeżyć kolejny dzień i nakarmić rodziny. Ludzie handlują kilkoma kiśćmi winogron, paroma limonkami. Oferują to, co im pozostaje z nadprodukcji w przydomowych ogródkach. Bieda-sklepy i bieda-warsztaciki w oficynach, jakie u nas są już reliktem spotykanym na zapadłej prowincji. Sklepy otwarte na okrągło i niepoliczalne kantory wymiany walut. W wielu miejscach bardzo zapuszczone zaułki pachnące świeżym chlebem. Ludzki gwar, ciasne i mocno niedoskonałe, jeśli chodzi o nawierzchnię, chodniki i ulice oraz co rusz nadużywane klaksony. Potrąbić sobie w tej części świata to rzecz zwyczajna i w jakimś stopniu normalna. Mnóstwo podchmielonych, czy wręcz pijanych gości. Sporo sinonosych i ogorzałych od wódy żebraków, w tym co najbardziej porusza, schludnie ubranych staruszek.


Jacyś brzydcy i nieogoleni taksówkarze, jeżdżący na wszystkim, a królują auta zdezelowane. Każdorazowo rozpromieniający się na wieść, że podwożą Polaków. Wjazd do Tbilisi od wschodu przypomina podróż przez tereny postindustrialne i jakby "popegeerowskie". Nierzadki widok pogranicza azerbejdżańsko-gruzińskiego: transport grubszego chrustu dwukółką na żelaznych kołach i siłami osiołka. Natomiast wyjazd w kierunku zachodnim po autostradzie do Gori (miasto Stalina) to już inny, bardziej ucywilizowany świat. Nowe miesza się ze starym.


Spacerując po starym Tbilisi warto zapuścić się w uliczki, gdzie pełno monastyrów, nierzadko tysiącletnich i ciekawych architektonicznie kamienic. Po drodze dużo parków, fontann i bardzo zaskakujących pomników. Osobiście zachwyciłem się wyjątkowym pomniczkiem aktorki Sofiko Chiaureli stojącym w romantycznym, kamiennym parczku, nieopodal prawosławnego seminarium, u wejścia do artystycznej kawiarni.


Mimo niedzieli w wielu miejscach Tbilisi wre praca: układa się bruki, odnawia stare budynki i buduje nowe. Końca roboty nie widać i trudno w ów koniec uwierzyć. A ludzie jacyś smutni. Może przez ten nietypowy dla Gruzji deszcz?


Październik 2010

Powrót do góry strony

Azerbejdżan


Samo życie

Azerbejdżan, Republika Azerbejdżanu, Azərbaycan, Azərbaycan Respublikası, Morze Kaspijskie


Nazwa Baku to rusycyzm, w języku miejscowym piszemy bowiem Baki, a wymawiamy: Baczy. Oburzając się na niestaranność językową już o tym wspominałem, ale skoro znowuż wylądowałem w stolicy Azerbejdżanu, korzystam z okazji i temat odgrzewam. Niestety, mieszam lingwistycznym kijaszkiem w zalatującym naftą Morzu Kaspijskim. Wszyscy używają obu nazw naprzemiennie i subtelności językowe mają gdzieś. Trzeba żyć a nie tylko gadać, niechby najpoprawniej.

W wypucowanej stolicy, zakorkowanej luksusowymi autami, odchodzi narzekanie na niskie zarobki i emerytury. Każdy kierowca, sprzedawca i inny człowiek zatrudniony "na etacie" korzysta ze wsparcia pomagierów, z reguły: starszego i młodszego. W kraju, gdzie brakuje miejsc pracy jest to jakiś sposób na zarobkowanie. W pustawych restauracjach klient ma do dyspozycji swojego kelnera, czekającego na skinienie, najmniejszy gest wyrażający jakąś potrzebę. Uwijającemu się kelnerowi "podszeptuje" kelner starszy, a nad całością jeszcze czuwa zarządzający kelnerami. Wszystkiemu dyskretnie przygląda się właściciel lokalu. Obowiązuje cała hierarchia podległości i zależności.


Absolwenci prawa nie mogąc zdobyć zatrudnienia pracują choćby w recepcji hotelu i wykazują się wyjątkową uprzejmością. Przy pierwszym kontakcie trudno odnieść wrażenie, ażeby niespełnienie zawodowe jakoś im ciążyło. Na pytanie: Komu w stolicy się powodzi? - pada z reguły odpowiedź: Wyłącznie biznesmenom robiącym w ropie.

Policja nawet w zapadłej dziurze ma do dyspozycji supernowoczesne posterunki, z zasady przeszklone, co w założeniu powinno sprzyjać transparentności jej poczynań. Warto dodać, że również mundurowi w sąsiedniej Gruzji pracują w nowiuteńkich obiektach i w przeciwieństwie do azerskich kolegów nie są podejrzewani o praktyki korupcyjne.

W Baku policjantów zatrzęsienie, na każdym rogu ulicy po trzech, czterech i mnóstwo w radiowozach BMW oraz na motocyklach Yamaha. Wszyscy błyskają kogutami, wyją, gwiżdżą, "pedagogicznie monologują" przez megafony i wymachują świetlnymi pałkami.

Przejazd bulwarem nadmorskim kolumny prezydenckiej paraliżuje miasto na około pół godziny. Skuteczność służb w usuwaniu zawalidróg jest perfekcyjna. Kiedy aleja jest już całkowicie "oczyszczona" przewala się kawalkada limuzyn z szybkością, jakiej nie powstydziłby się bolid Kubicy. Zastopowani użytkownicy trąbią wówczas na całego. Po naburmuszonych minach od razu widać, że ryk klaksonów bynajmniej nie jest radosnym salutem na cześć najważniejszego Azera. Nadużywanie klaksonów w tej części świata zasługuje na odrębne studium. Czerpiąc z naciąganej teorii i używając skrótu myślowego, owego genialnego wytrycha, można przyjąć założenie, że dzieje się tak w przypadku społeczeństw, które bez etapu pośredniego przesiadły się z osła do mercedesa, a część tego społeczeństwa o osiołku dopiero marzy.

Urzędnicy urzędują w urzędach przypominających pałace. I nie ma w tym żadnej przesady. Urząd imigracyjny spełnia europejskie standardy w zakresie obsługi petentów, którym oddano do dyspozycji przyzwoitą poczekalnię. Ale na tym cywilizacyjne podobieństwo się kończy. Załatwienie czegokolwiek wymaga cierpliwości i głębokiej wiary w sens naszych starań. Wszystko rozciąga się w czasie (po to te poczekalnie?) i nie wiadomo, jak zakończy. W chwili obecnej to kraj dla turystów indywidualnych nieprzychylny. Większość obcokrajowców za wizę wjazdową płaci słono i tylko nieliczni są uprzywilejowani, choćby Japończycy, którzy nie płacą nic. Dokument wklepuje na lotnisku urzędnik ze zgodą na pobyt ledwie siedmiodniowy. To najnowszy patent bardzo ważnego ministra. Przekroczenie terminu grozi sankcją pieniężną w wysokości 300€. Przedłużenie załatwia się w "pałacu" imigracyjnym w samej stolicy, a warunki dla turysty są nieproste do spełnienia. Chcąc wrócić do Polski z Baku via Moskwa trzeba wydalić się z Azerbejdżanu, niechby do sąsiedniej Gruzji, i tam w przedstawicielstwie dyplomatycznym uzyskać kolejną wizę. Przyjemność taka kosztuje kolejne 240 zł (60€). Nic, tylko podróżować z wcześniej ustaloną marszrutą i z zabukowanymi biletami.

W stolicy drożyzna sakramencka i bynajmniej nie tylko Polacy ją odczuwają. Spotkałem narzekającego Kanadyjczyka oraz Niemca, którzy zdecydowali się opuścić Azerbejdżan w poszukiwaniu tańszego szczęścia. Nieco taniej bywa na prowincji, ale nie jest to zmiana mocno odczuwalna. W sklepach wszystko dostępne w cenach od kilkunastu do kilkudziesięciu procent wyższych od naszych. We wsiach nikt nie kupuje lodów toteż w firmowych zamrażarkach przechowuje się ryby i porcje mięsa. Sprzedawcy dziwią się, że ktoś szuka naturalnego jogurtu. Zdziwienie jest uzasadnione, kiedy się uświadomi, że za kubeczek takiego rarytasu trzeba wydać ok. 4 zł.
Uzgodniona cena za hotel "rośnie" w momencie płacenia. Na początku wszystko jest obiecane: Всё у вас будет! Ale rzeczywistość skrzeczy. Przechodzień zapytany o punkt docelowy podaje ocierające się o prawdę odległości i kierunki. Tysiąc metrów niekiedy wydłuża się do 4 km i dlatego najlepiej dopytywać parę osób a potem wyciągnąć średnią. Podawanie wykluczających się informacji bynajmniej nie świadczy o lekceważeniu obcokrajowców. Przeciwnie, wszyscy są im bardzo pomocni, ale w tym rejonie świata ludzie pięknie się różnią toteż każdy ma rożne skale i proporcje.

Polacy w Azerbejdżanie dobrze się kojarzą bo zapisali tam chwalebną kartę. Pamięta się o ich zasługach w budowie rożnych obiektów stolicy i dokonaniach w odkryciu "złota" Azerbejdżanu. Podczas spaceru po stolicy znalazłem boczną ulicę nazwaną "polskim" nazwiskiem: Eliasz Lambaranski. Niestety, zasług patrona nie zgłębiłem.
O Cezarego Barykę z "Przedwiośnia", którego Stefan Żeromski ulokował w "realiach" XIX-wiecznego Baku, lepiej nie pytać. Fikcja literacka marzycieli z nad Wisły nijak nie przekłada się na azerbejdżański i jest kodem nieczytelnym. Ale za to o film "Четыре танкисты и собака" w ogóle nie trzeba pytać. Janek, Gustlik, Grigorij, Marusia i Szarik zrobili nad Morzem Kaspijskim oszałamiającą karierę, podobnie zresztą, jak i w innych krajach wschodu, z Mongolią na czele.


Wiele podwórek ma swoich współczesnych bohaterów. Dla przykładu: w Şaki przy ulicy Czechowa (Çexov küçasi - tam nie powariowano i po odejściu Rosjan pozostawiono stare nazwy), mieszkańcy blokowiska ufundowali tablicę pamiątkową sąsiadowi Xatire Bulaginowi, który mając zaledwie 22 lata poległ na wojnie z Armenią w roku 1992 .


Azerowie są narodem honorowym i na prowincji z reguły nie narzeka się na los. Na pytanie: - Jak wam się żyje? - pada odpowiedź: - Нормально, ни плохо, ни хорошо, но, нормально...
Ludzie otwierają się z rzadka i dopiero po bliższym poznaniu, kiedy już nabiorą ufności i nie wietrzą podstępu. W końcu przyznają, że położenie ekonomiczne zwykłego człowieka jest dramatyczne i młodzi stoją przed dylematem ułożenia życia na obczyźnie.

Azerbejdżan zamieszkują wspaniali, przyjaźni Polakom ludzie, którzy żyją na roponośnych terenach, ale tylko wybrani z owego bogactwa korzystają. Azerbejdżan to również wysoki Kaukaz, czyli pogranicze Europy i Azji. Tygiel różnorodności, począwszy od klimatu, a skończywszy na mentalności. Państwo na dorobku ze stolicą o ogromnym rozmachu rozwojowym, w której minarety meczetów pogubiły się pomiędzy drapaczami chmur z betonu i szkła, a w zgiełku wielkiej metropolii już trudno usłyszeć nawoływanie muezina do modlitwy.
Azerbejdżan to konglomerat orientu z nowoczesnością, ani to Europa, ani Azja. Uwzględniając trawiące kraj konflikty sąsiedzkie, będące spuścizną rządów Stalina, który pokreślił mapy Kaukazu wedle tyrańskiego widzimisię - obraz Azerbejdżanu staje się jeszcze bardziej złożony.


Październik 2010

Powrót do góry strony

Baku - Saki - Kis


Baku i reszta


Baku, Bakı, Баку, Caspian Sea, Azerbejdżan


Jeśli ktoś pragnie zobaczyć bezczynnych sprzątaczy powinien koniecznie pojechać do Baki, miasta, które małpujący po Rosjanach Polacy nazywają - Baku. Wystawne punkty stolicy, a jest ich bez liku, rzucają na kolana. Porządkiem i ładem u nas niespotykanym. Elewacji remontować nie trzeba, bo są idealne. Chodniki i rozległe place równiutkie pod poziomicę. Naokoło niepoliczalne fontanny i wodotryski. A wszystko w wielkiej akcji.

I w tym momencie pochylam się nad smutnym losem "trytona dmącego w muszlę", usychającego w pewnym europejskim miasteczku bez kropli wody. Jeśli dołożymy palmy i jakieś tropikalne nasadzenia uzyskujemy obraz raju. Oczywiście zdarzają się miejsca liszajowate czy zrujnowane, są jednak skrzętnie zakryte planszami z odwzorowaniem obiektów, jakie tam być może wyrosną w przyszłości. Początkowo nie czuje się, że ów blichtr jest pokazówką nie wiadomo przed kim i kto wie po co.


W stolicy Azerbejdżanu w ogóle nie spotyka się żebraków. Pewnie działają w podziemiu, bo ze swych nor wychodzą dopiero o zmierzchu, jednak mniej licznie aniżeli towarzystwo sprzed naszych supermarketów. Widok na ulicach bynajmniej nie rzadki: młodzieńcy spacerujący pod rękę, obejmujący się bez zażenowania lub ze splecionymi dłońmi. Cóż, taki obrazek bynajmniej nie szokuje, zwłaszcza po obserwacjach w Uzbekistanie, gdzie dorośli mężczyźni witają się "głębokim" pocałunkiem w usta.

Baku to metropolia z uładzoną, skromną i - trzeba to przyznać - gustowną reklamą. Choć działają tam najlepsze marki światowe, szpecących ulice banerów praktycznie nie widać. W newralgicznych punktach miasta, ale i nawet w najmniejszych miejscowościach, eksponuje się za to billboardy z jednym i tym samym wizerunkiem tajemniczo uśmiechniętego śp. Gajdara Alijewa, zafrasowanego wszystkimi obywatelami ex prezydenta. To "ojciec" wszystkich Azerów i tatuś obecnego szefa państwa - Ilhaima, który urząd przejął po wyborach bardzo demokratycznych i zdaje się spłodził równie wybitnego potomka. Tak więc nadzieja na dobre rządy nigdy nie zagaśnie. Ów billboard to przykład jedynej nachalnie reklamowanej tutaj marki. Głębokie, jak Morze Kaspijskie myśli ojca i strzeliste, jak Kaukaz sentencje syna zdobią publiczne miejsca, wskazują narodowi właściwe kierunki.

Na każdym kroku eksponuje się narodowe barwy i to częstokroć równolegle z flagą Unii Europejskiej! Monumentalnych rozmiarów flagi, niebiesko-czerwono-zielone z półksiężycem i gwiazdą, górują nad wybrzeżem i targa je kaspijska bryza. Dzięki wyrafinowanej grze świateł naprawdę majestatycznie prezentują się nocą. Iluminacja Baki jest tematem samym w sobie. Każdy gzyms, stiuk bądź detal architektoniczny na najważniejszych obiektach został podświetlony. Jasności dopełnia multum lamp zlokalizowanych w kostce chodnikowej, w trawnikach i rozmaitych wodotryskach. Szum wody plus iluminacja wszystkich pomników i na kilkadziesiąt metrów szerokich schodów robią ogromne wrażenie. Potęgują potęgę władzy i ubogacają bogactwo azerbejdżańskiej ziemi i wody.
Oszołomienie przybysza ewoluuje w kierunku przeciwnym w jednym momencie, wystarczy, że ten wybędzie poza rogatki stolicy.

Już za Baku wyłania się zgoła inny świat: trzeci a może i czwarty. Ceny lekko spadają, ale wciąż biedaków zabijają. Lśniących limuzyn, których w stolicy zatrzęsienie, nagle ubywa. Pojawiają się pojazdy typu gaz, ził i kamaz oraz niezmordowane łady. Drogi przestają być idealne i nozdrza zatyka nieznośny pył. Ni stąd ni zowąd kończy się świeżość zieleni i wyrastają rachityczne krzaki.
Przyznać trzeba, że jednak sporo się buduje i towarzyszy temu krzątanina ludzi i sprzętu. Stawia się głównie na urzędy, dworce i obiekty sportowe oraz infrastrukturę drogową. Ale dogonienie stolicy nie będzie łatwe bo do zrobienia jest naprawdę bardzo wiele.

Dramaturgii obrazu dopełniają pola... naftowe, tereny eksploatowane przez miejscową mafię. Całe połacie ziemi z gmatwaniną skorodowanych rur i zabałaganioną pajęczyną przewodów elektrycznych. Na całego odchodzi pompowanie ropy z ziemi. To prymitywne szyby, kiwające się niezmordowanie tak zwane "kaczałki".
W tym rozgardiaszu stoją niby jakieś budy, ale ludzi w nich nie widać. Poszczególne poletka ogrodzono byle jak, najczęściej drutem kolczastym. To obraz strasznie przygnębiający. Już widzę miny rodzimych ekologów, porażonych mordowaniem Matki Ziemi i bolejących nad całkowitą degradacją środowiska.
W tak koszmarnej okolicy występuje Yanar Dag - "Płonąca Góra" - miejsce, gdzie od tysiącleci płoną naturalne ognie, szczególnie efektowne nocą. W rzeczywistości to niepozorna skała zlokalizowana w płytkim rowie, u podnóża piaszczystego wzniesienia. Ogień wielokrotnie próbowano stłumić, ale nadaremnie.
Miejsce ma swoją legendę i mimo braku udogodnień turystycznych wciąż doń ciągną różni ludzie. Ot, choćby zabłąkani Polacy i... goście weselni, na parę minut przybyli tutaj z młodą parą na zdjęcia plenerowe przy Yanar Dag.

Na zakończenie trzeba wrócić do pełniących całodobowe dyżury bakijskich sprzątaczy, którzy dosłownie polują na pojedynczego śmiecia. Można zapytać: a co się dzieje ze stołecznymi odpadkami i gdzie się podziewają? Coż, łatwo je wszystkie odnaleźć na zabitej dechami prowincji. Tam góry nieposprzątanych odpadów i sporo opuszczonych domostw, których w ogóle nie podświetlono. Dlaczego z tym bałaganem nikt się nie rozprawia? To pytanie naiwne. Przecież nie ma kto. Wszyscy pucują Baku.


Październik 2010

Powrót do góry strony

Baku


Powitanie z Azerbejdżanu


Azerbejdżan, Republika Azerbejdżanu, Azərbaycan, Azərbaycan Respublikası


Na tle sąsiednich państw Azerbejdżan ze stołecznym Baku zaskakuje innością. Już z nazwą miasta jest pewne zamieszanie. Po azerbejdżańsku to przecież Baki. Nazwa Baku jest spadkiem postsowieckim, która u nas dotąd nie została zmieniona. Wspomniana inność występuje na każdym kroku. Otacza nas orient pomieszany z nowoczesnością. W budowie liczne megahotele, w tym odbijające się w kaspijskiej toni Hiltony. Szkło i aluminium doskonale komponuje się z piaskowcem pięknych budowli wyrosłych tutaj w okresie naftowego boomu.

Po zerwaniu się z sowieckiej smyczy dwumilionowa metropolia ewidentnie nabiera rozpędu. A wszystko dzięki nafcie, która w ilościach niepojętych zalega pod dnem Morza Kaspijskiego. Wokół pachnie/śmierdzi, dosłownie i w przenośni, petrodolarami z tym, że ichniejsza waluta 1 manat = 0,80$. Dobre drogi, szerokie i wielopasmowe, służą mercedesom i wypasionym toyotom. Samochodów pośledniejszych marek, jakichś matizów, czy zdezelowanych samar, prawie nie widać, a jeśli już, to na prowincji, z dala od Baku. Wehikuły takie opanowały nieodległy Uzbekistan i inne kraje "na dorobku". Wszędzie pełno policji panoszącej się w radiowozach ze szczekaczkami. Mundurowi wrzeszczą przez nie na kierowców i potem ich legitymują-prześladują-karcą, a w konsekwencji pewnie inwigilują. Policja dosłownie wyrasta na każdym kroku i może dzięki temu Azerbejdżan uchodzi za kraj relatywnie bezpieczny, zwłaszcza z pozycji innostrańca. Wśród miejscowych służby porządkowe nie cieszą się dobrą reputacją. O pomoc lepiej ich nie prosić bo może to łączyć się z konsekwencjami finansowymi, co niektórzy nazywają korupcją.

Nadmorska promenada lśni od chromu i beżowego marmuru, trochę to kiczowate, przesadny rozmach i zadawanie szyku w iście wschodnim stylu. Już po sezonie toteż spacerowiczów widzi się niewielu. Nawet tutaj zawitała jesień. Bakijski koniec lata jest inny niż u nas, dużo cieplej i zupełny brak babiego lata w wydaniu nadwiślańskim. Dojrzewają za to egzotyczne i nierosnące u nas owoce: granat, hurma, ezgil oraz fejhua. Ich smak i aromat w niczym nie przypominają fruktów oferowanych w chcących nam dogodzić dyskontach.


Wracając do pięknej promenady: wyrafinowana (nomen omen) to przyjemność spacerować po bulwarze pachnącym... ropą. Dziw, że w tej wodzie tli się jeszcze życie. Niby pływają jakieś rybki, być może sardynkowate, które z pewnością zalatują naftą. W każdym razie wędkarzy nad morzem wypatrywać nie warto.

W hostelu Caspian: Australijczyk w lakierkach i z podróżnym neseserem, osobny towarzysko Japończyk, codziennie medytujący polskojęzyczny Niemiec, zmierzający do Tbilisi ze swym sześciokilogramowym bagażem i nasza polska grupka. Mnóstwo nocnego zamieszania i dezorientacji. Do "normy" towarzystwo dochodzi dopiero wieczorem po bliższym zapoznaniu się. Klimat takich miejsc noclegowych jest magiczny. Mocno przydaje się legendarna w świecie witalność Polaków, sięgająca poziomu gościnności azerbejdżańskiej, którzy ad hoc organizują integracyjne imprezy.

Pobyt w przyszłym Kuwejcie kosztuje słono. Europejczycy za wizę muszą wyasygnować 60€, Amerykanie 131$, Irańczycy 35€, Turcy 10$, a jako nieliczni w świecie - Japończycy i Rosjanie wjeżdżają za free. I bądź tu Polakiem...


Październik 2010


Saranda - Butrint


Trzęsienie ziemi po albańsku


Albania, Shqipëria, Republika Albanii, Saranda, Butrint


Płynąc po Adriatyku przez cały czas cieszymy się zasięgiem telefonu. Pierwszym kontynentalnym operatorem, jaki nagle pojawia się na wyświetlaczu jest Vodafone Albania. To rodzi pokusę wylądowania na tej ziemi. Przy okazji pobytu na Korfu można skorzystać z pośrednictwa BT Iliada Travel, sprzedającego usługi turystyczne Neckermanna, w tym jednodniowe wypady do sąsiadującej z Grecją Albanii. Organizator bynajmniej nie kryje, że impreza zawiera elementy ekstremalne. Cóż, takiej okazji żal przepuścić.

Już na miejscu miało się okazać, że jest w tym trochę przesady. Turystom generalnie nic nie grozi, pozostają bowiem pod czujnym okiem pilotów i non stop, niczym starszaki w przedszkolu, są przeliczani w języku... węgierskim. Odprawę graniczną, rutynową i zdecydowanie powierzchowną, realizują w zasadzie tylko Grecy. Na drugim brzegu, czyli już na kontynencie, umundurowanych Albańczyków prawie się nie widzi, a jeśli się napatoczą - szczerzą zęby i pozdrawiają przyjaznym gestem ręki. To spore zaskoczenie, albowiem do niedawna kraj ów na obcych reagował alergicznie, w każdym przybyszu upatrywano szpiega i wywrotowca. Władze drastycznie reglamentowały wjazdy, a wyjazd był wręcz niemożliwy, zwłaszcza w przypadku własnych obywateli.

Cichy kurort

Wycieczka do tanich nie należy. Pośrednik inkasuje 35€ wpisowego i resztę, czyli 29€, płaci się już na promie, a w naszym przypadku był to „Sotorakis I" pływający pod banderą albańską. W koszcie imprezy zmieścił się przyzwoity lunch, podany w klimatyzowanym lokalu w formule szwedzkiego bufetu z potrawami kuchni... tureckiej, pomieszanej z klimatami greckimi (feta, oliwki, małże i jabłka albańskie). Organizator zagwarantował też opiekę polskojęzycznego pilota, którym okazała się piękna poznanianka - Monika Bacik, potrafiąca zajmująco opowiadać o tym tajemniczym kraju. Naszą krajankę aktywnie wspierała urocza Węgierka Csilla, poliglotka, co rusz rachująca skład wycieczki w ojczystym języku.

Przybywającego z „cywilizacji" turystę wita cichy port i gdyby nie nasza wycieczka nic by się w nim nie działo. Mimo urokliwej panoramy, tropikalnej roślinności i pięknej pogody nadmorska promenada wyludniona, spotyka się pojedynczych ludzi w niczym niepodobnych do turystów. Oto wylądowaliśmy w Sarandzie - „mieście 40 świętych", po grecku Saranda oznacza liczbę czterdzieści. Miasto wybudowali Włosi, ale ich pierwotną koncepcję przez lata zabałaganili Albańczycy, przypadkową i częstokroć dziką zabudową. Pobudowano sporo koszmarnych obiektów, ale najokropniejsze są wysokościowce, które w śródziemnomorskiej scenerii wyjątkowo rażą. W tym momencie kojarzy się Truskawiec na Ukrainie, przedwojenny polski kurort, oszpecony „drapaczami chmur". Saranda z liczbą czterdzieści jest związana szczególnie bowiem liczy akurat 40 tys. stałych mieszkańców. Jest to główny kurort Albanii, w którym nigdy nie pada śnieg i występuje 297 dni słonecznych. Ocenia się, że wypoczywa tam jedynie 10% turystów spoza Albanii, reszta to tuziemcy. Saranda jest najdroższym miastem Albanii, gdzie 1m² lokalu kosztuje - 400/800€.

Kraina schronów

Po upadku reżymu komunistycznego w kraju zapanował wolny rynek w najdzikszym wydaniu. Miasto i okolica to jedna wielka budowa, ale w sporym rozgardiaszu. Mnóstwo obiektów rozpoczętych i dawno porzuconych, a tuż obok w najlepsze wre budowa na kolejnych dziwnych konstrukcjach. Teren pod zabudowę wyjątkowo trudny: w górskim zboczu trzeba wyrąbać półkę i dopiero wtedy można rozpoczynać inwestycję. Takich miejsc jest bardzo dużo i ciężko w tym wszystkim doszukać się jakiegoś ładu, czy przemyślanej koncepcji.
Początkowo wydaje się, że poruszamy się po terenie, który stoi przed ogromną szansę rozwojową. Rozczarowanie przychodzi tuż za rogatkami miasta. Nagle kończy się asfalt i poruszamy się w tumanach kurzu, po wybojach na świeżo wykutej półce skalnej. Władze w środku sezonu turystycznego, w swoim najpiękniejszym kurorcie, postanowiły zmodernizować jedyny szlak dojazdowy. Tuż nad dachem autokaru widzi się schrony z lukami strzelniczymi, obiekty, którymi upstrzona jest cała Albania. Każdy bunkier to koszt domu jednorodzinnego. Takich „domeczków" w całym kraju jest ponoć 700 tysięcy. Mimo że opuszczone wciąż sieją śmierć. W niektórych ukrywają się przestępcy i pełno tam porzuconej broni, która w tym kraju jest sprzętem codziennym, jak łyżka i talerz. Strzelba od zawsze jest przyjaciółką Albańczyka - nawet surowe zakazy za komunizmu nic nie dały, albańskie rodziny wciąż trzymają broń w ukryciu.

W sklepach z pamiątkami można kupić wszelakie byleco, w tym: gipsowe schroniki z flagą państwową i napisem „Albania". Niewątpliwie to dowód na to, że Albańczycy do koszmaru historii najnowszej podchodzą ze zdrowym dystansem i potrafią nawet na osobliwym folklorze zarabiać.

Gaj Chruszczowa

Albania stała się domem (nie)spokojnej starości dla mocno wysłużonych limuzyn, najszykowniejszych w przeszłości mercedesów, częstokroć z kierownicą po prawej stronie. Samochodowe dziadki w jakimś stopniu przypominają amerykańskie krążowniki dożywające swoich dni na Kubie, kolejnym kraju testującym na obywatelach komunizm w wersji hard. Obok samochodowego złomu spotyka się również najnowsze modele, bo na szczęście Albania to kraj europejski, a nie odizolowana od świata karaibska wyspa, gdzie auta muszą dotrzeć drogą morską po pokonaniu niepokonalnych barier.
Celem wycieczki jest leżący w południowej Albanii przy granicy z Grecją Park Narodowy Butrint, gdzie znajduje się niewielka osada i stanowisko archeologiczne, od 1992 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Odnosi się wrażenie, że turystów starożytne ruiny zajmują średnio, których w Grecji akurat jest mnóstwo, a obiektem zainteresowania jest codzienność Albanii. Dowodzą tego nerwowo wykorzystywane aparaty fotograficzne zza szyb autokaru „dokumentujące" albańską rzeczywistość.
Po drodze mijamy słono/słodkie jezioro Butrint o głębokości 19m, w którym istnieją optymalne warunki do hodowli małż. Akwen jest połączony z Morzem Jońskim specjalnym kanałem, który jezioro zasala. Pamięta się tutaj, że w okresie „braterstwa" Albanii z ZSRR Nikita Chruszczow chciał w jeziorze testować łodzie podwodne. Do tej pory istnieje młody gaj oliwny zasadzony przez albańskich pionierów na cześć wspomnianego genseka. Nasadzenia są młode w tym sensie, że takie drzewa rosną wyjątkowo powoli, ale za to rodzą owoce przez pokolenia: roślinę sadzi ojciec, a oliwki zbiera dopiero syn i wnuk. „Gaj Chruszczowa" osiągnął zatem wiek dziecięcy.

Trzęsienie ziemi

Nagle doznajemy szoku, o wiele bardziej głębszego, aniżeli przy oglądaniu niepoliczalnych schronów nie tak dawno jeszcze strzegących albańskiego raju. Demony przeszłości w Albanii wciąż szaleją. Nawet „Gaj Chruszczowa" nie jest w stanie zamaskować najokropniejszych widoków, które ów kraj lokują w cywilizacji dla nas niepojętej. Ot, choćby Kanun, obyczaj oznaczający kiedyś gościnność i honor w szerokim tego słowa znaczeniu. Dzisiaj niby wciąż obowiązuje, ale została z tego wyłącznie zemsta. W północnej części kraju (nasza wycieczka ograniczyła się do skrawka południowego) parę tysięcy chłopców nie chodzi do szkoły, gdyż wraz z innymi mężczyznami ze swych rodzin ukrywają się przed wendetą. Wedle oficjalnych danych przyczyną około jednej trzeciej zabójstw popełnianych w kraju w ostatnich latach była zemsta rodowa. Niektóre rodziny powróciły do wendet przerwanych przez komunistyczną dyktaturę, a ciągnących się już od stuleci.


Oto za oknami autobusu widzimy mnóstwo zaawansowanych budowli i gotowych już do zamieszkania domów, które jakaś nieludzka siła obróciła w perzynę. Pierwsze wrażenie: przez ten teren niedawno przeszło potężne trzęsienie ziemi..., tak, ale jakieś dziwne... punktowe... Słabsze konstrukcje powalone w gruz a żelbetonowe poskładane niczym karty. Rozstrzelały się migawki aparatów, każdy chciał ów niecodzienny widok uwiecznić. Szok spotęgowała informacja pięknej Moniki, że to bynajmniej nie kaprys natury a świadoma akcja rządu, który przed trzema miesiącami postanowił rozprawić się z pobudowanymi na dziko obiektami...


Warto widzieć, że poburzone budowle w większości stanowią cały majątek rodzinny. Dzikie inwestycje powstały za pieniądze przesyłane z zagranicy krewniakom żyjącym w kraju. To wielki dramat rodzący wielopłaszczyznowe konsekwencje. Z pewnością jest to przyczynek do ewentualnych niepokojów społecznych. Tu trzeba pamiętać, że liczba mieszkańców Albanii zmalała po 1998 roku o ponad ćwierć miliona wskutek emigracji do Włoch, Grecji i innych państw zachodnich. Akcja władz wydaje się o tyle niezrozumiała, że budowanie na tym terenie jest procesem skomplikowanym i przede wszystkim rozłożonym w czasie. Dlaczego rząd odpowiednio wcześniej nie reagował, choćby na etapie wyrąbywania w skale fundamentów? Pytań nasuwa się więcej. Może lepiej było skonfiskować gotowe obiekty i zlicytować na rzecz skarbu państwa? Ufff...

Skazani na sukces

Reżim Envera Hodży pysznił się, że Albania to fenomen w skali światowej: kraj ateistyczny w stu procentach. Nie chwalono się jednak, że za utożsamianie się z jakąkolwiek religią karano więzieniem a nawet śmiercią. Nikt już takimi kretynizmami tam nie żyje. Powstają świątynie, głównie meczety, z których rozlega się wezwanie muezinów do modlitwy. Kojarzą się wielokulturowe związki i powszechnie uważa się, że idealne małżeństwo to muzułmanka i chrześcijanin.

Podobnie, jak w sąsiedniej Grecji rodziny zamieszkują w domach, których płaskie dachy wieńczą druty zbrojeniowe, zostawione „na wszelki wypadek", a nuż kiedyś dobuduje się pięterko. Wypuszczanie prętów to takie sadzenie drzew oliwnych dla syna i wnuka. Zachęta, żeby następca kontynuował dzieło ojców i piął się do góry.

Sporo sklepów i hal zabitych dechami, jakby czekały na lepsze czasy, które przecież nadejść muszą. Wszak to część podbrzusza Europy (pępek znajduje się w starożytnych Delfach) z nieodkrytą do końca Riwierą Albańską, na której rocznie wypoczywa już milion turystów, przynoszących temu obolałemu i biednemu krajowi 500 mln $ zysków. Od 1 kwietnia 2009 Albania dołączyła do państw członkowskich NATO. Jest kandydatem do Unii Europejskiej, do której akcesję popiera 96% jej obywateli.
A stalinista Hodża na pewno przewraca się w piekielnym grobie...


Wrzesień 2010

Powrót do góry strony

Kerkira - Guovia - Kavos


Zapromowani


Morze Adriatyckie, Adriatyk, Det(i) Adriatik, Jadransko more, Jadran, Jadransko morje, Jadran, Mare Adriatico


Osierociwszy krainę deszczowców i co rusz występujących z brzegów uroczych ruczajów, rzeczek uważanych dotąd za niegroźne, wylądowałem na południu Europy i rozmyślam o mojej ojczyźnie. Odcięty od pobożnego świata, powodowany tęsknotą, próbuję wczuwać się w jego puls wspomagany esemesami od ziomków, ale muszę uważać wszak korzystam z wiadomości obarczonych ryzykiem subiektywizmu. Niestety, tutejsze media w ogóle nie żyją sektami politycznymi ani nawet krzyżem i mają gdzieś to, że jakiś wredny PO-wiec uroczej damie z PiS-u po chamsku przyblokował miejsce w restauracji sejmowej. Miejscowi mają swoje wielkie problemy: zdemolowane finanse państwowe, co im zafundowali polityczni macherzy.

Z oddali wyraźnie widać, że polska aura stanowi immanentną cząstkę polityki, bo jak i ona jest równie szalona. Burzliwa polityka, ta nieustająca zadyma na górze, która zupełnie nie ma nic wspólnego z zadumą. To raczej "bezduma", coś co z dumy zostało wyzute.

Polacy są ludźmi dziwnymi, nawet pięknego pogrzebu potrafią zazdrościć. W tym momencie myślę o królewskim miejscu pochówków, udostępnionym awansem komuś, kto wedle wielu na to nie zasłużył. Osobiście nie przeżywam tego za bardzo bo znam ukutą przez Tacyta maksymę: Władcy są śmiertelni, państwo jest wieczne. Zmarłym jest obojętnie, jak i gdzie ich pochowają. Bizantyjska celebra służy wyłącznie osieroconym, którzy na trumnach mogą coś jeszcze ugrać. Bo człowiek, który zdobył powodzenie, słyszy już tylko oklaski. Na wszystko inne jest głuchy. Słowa te wypowiedział bardzo dawno jakiś inny mędrzec niepomny, że - wypisz wymaluj - będą pasowały do politycznych sierot żyjących nad kapryśnymi brzegami Wisły.

Jestem na Wyspach Greckich i trafiłem tutaj promem z Wenecji poprzez Adriatyk i Morze Jońskie. 27 godzin na pokładzie i nocą w ciasnej kajucie bez luków. To wyrafinowany trening dla wyobraźni, jeśli chciałoby się poczuć, jak żyją chilijscy górnicy 700 metrów pod ziemią. W przypadku ludzi usposobionych klaustrofobicznie porównanie takie bynajmniej nie jest przesadzone, a jeśli nawet, to pozwala lepiej wczuć się w traumę ludzi zamkniętych w koszmarnej pułapce. Życie na promie to spore wyzwanie i dobry poligon do obserwacji. Można przyjrzeć się różnym typom ludzkim. Monstrum owo zabiera na pokład ponad 200 tirów i autokarów, mnóstwo samochodów osobowych i innych pojazdów. Do tego dochodzi wiele setek ludzi rożnych nacji. Sam rejs jest raczej nudny bo płynie się po spokojnych akwenach. Nudę można zamordować w licznych lokalach i miejscach rozrywki. Niestety, ceny są zdecydowanie odhumanizowane. Kelnerzy i barmani przez to nie przepracowują się. Oblegane są bary, gdzie można podjeść relatywnie tanio.

A oto garść promowych cen dla lądowych szczurów: woda gazowana 0,33 l. - 2,5 euro, piwo - 4,5 euro, naparstek kawy expresso - 2,5 euro, 2 gałki lodów waniliowych 3,6 euro, lekki obiad: porcja ryby z fasolką szparagową, bułką i wodą niegazowaną - 15 euro. Trudno się więc dziwić, że część pasażerów zabiera ze sobą kanapki i stroni od wystawnych lokali. Grupę uprzywilejowaną stanowią kierowcy tirów, zaopatrujący północ Europy w cytrusy a transportujący na Południe nasze dobra. Każdy driver przy wejściu otrzymuje specjalną kartę uprawniającą do zakupów za ceny pomniejszone o połowę. Jest to promocja dla promowych bywalców. Trudno się dziwić, że są hołubieni, wszak za każdego zaokrętowanego tira przewoźnik inkasuje po 1000 €.

Komunikacja promowa w tym rejonie wydaje się rozwiązaniem optymalnym. Kto choć raz przejechał Europę z Północy na Południe podrzędnymi i krętymi drogami (100 km we Włoszech w 3 godz.), z zamiarem zaoszczędzenia na płatnych autostradach, ten doceni wariant morski. Polscy tirowcy powiadają, że "zapromowanie" to 2w1: okazja na porządny ochlaj i pozbycie się kaca za jednym zamachem. Szkoda tylko, że na kontynencie nikt nie czeka z... ruskimi pierogami i żurkiem. No i najgorszy jest stres: trzeba uważać na uciekinierów z Afryki i Azji, którzy potrafią zakopać się w mandarynkach.

Na wysokości ostrogi włoskiego buta, już po wschodzie słońca, kończy się morska nuda, wtedy prom podpływa do kontynentu i z bliska można oglądać wybrzeże Albanii. Widzimy góry stromo opadające do wody, pozbawione plaż i całkowicie wyludnione. Prościej teraz zrozumieć dlaczego ów kraj na tak długo odizolował się od świata. Geologiczne warunki sprzyjały szaleńcom politycznym stworzenie na tym skrawku Europy komunistycznego skansenu, który dla żyjących tam ludzi w istocie był więzieniem. Na szczęście już nie widzi się podpływających do promu Albańczyków, na beczkach nawiewających z tego raju. Albania powoli europeizuje się i chętnie otwiera na świat. Greckie biura organizują krótkie wypady do ojczyzny Envera Hodży, któremu pomników już nikt nie stawia. To teraz kraina kóz, opuszczonych bunkrów i ostoja albańskich separatystów.
Oczywiście do Grecji można dotrzeć jednym susem w 2 godziny, ale zdecydowałem się na wariant ofiarny, ku czci Posejdona. Zechcę wrócić tym samym sposobem, z tym, że podróż do Port Venice będzie trwała aż 36 godzin i rozpocznie się jeszcze dalej na Południu, mianowicie w Patras na Pelopenezie. Ale i tak nie jest źle bo udało się zabukować bilet w Minoan Lines na prom typu highspeed.

Już tęsknię za babim latem, płaczącą wierzbą i... ruskimi pierogami.


Wrzesień 2010

Powrót do góry strony

Ukraina - Wołyń


Krzemień na krzemieniu



Tuż za granicą, niedaleko za Dorohuskiem, Ukraina wita urokliwym ruczajem i setkami brodzącego ptactwa. I tu spore zaskoczenie: w ogromnej masie dominują bociany.

- Jak to, co one tu robią? – zachodzimy w głowę. Przecież bocian jest Polakiem! W tym momencie człowiek zaczyna pojmować, że padł ofiarą ornitologicznej manipulacji. W niepoliczalnych gniazdach dostrzegamy po cztery łebki, dwa czerwonodziobe i dwa czarniawe. Para starych i dwójka młodych, czyli bocianie 2+2. Oto wypełnienie przykazania: zaludniajcie tę ziemię, a ściślej: zabocianiajcie Ukrainę. Jeśli ów landszaft dopełnimy furmanką z sianem, ciągnioną przez parę koni ze źrebięciem u boku – jesteśmy u siebie. Czterdzieści lat temu!

Zwiedziłem cztery miasta wschodnie, których nazwa kończy się na literkę „ż” – chwali się globtroter zza Buga. Suraż, Zbaraż, Woroneż i Paryż. Problem w tym, że Suraż jest ukraińską wioską (tam nasz obieżyświat mieszka), Zbaraż prowincjonalnym miasteczkiem, zaś Woroneż sporym miastem rosyjskim. A Paryż? Wiadomo – odwieczne marzenie artystów, miejsce wyśnione i cel wędrowców z całego świata. I fakt najprawdziwszy – Paryż to też Wschód, zwłaszcza z pozycji Portugalczyka.


O stolicy Francji zabużanie myślą częściej niż o Warszawie. Taka sytuacja powoduje, że Paryż jest zdecydowanie ich, niechby tylko w tekstach piosenek. Wreszcie rozumiem, dlaczego stołeczne miasto Kijów – rozmachem, urodą i liczbą mieszkańców – bardziej pasuje do nadsekwańskiej metropolii niż nasza Warszawa, robiąca za naturalne środowisko dla brzydkich, kłótliwych i zakompleksionych polityków.

Wywodzący się z Łosiowa ksiądz Grzegorz Kopij znowu poprowadził swoich ziomków na Kresy. Jestem przekonany, że ów młody duchowny lepiej służy zbliżeniu obu narodów niż kosztowne i propagandowo rozdmuchane akcje polityczne. Wspomnijmy choćby „politykę wschodnią” kancelarii prezydenta. Pałacowi ignoranci, rozsławieni w świecie spece od dalekiej Gruzji, swoim geniuszem nie obejmują pobliskiej Ukrainy i nasze sąsiedztwo sprowadzają do poklepywania pleców prezydenta tego kraju. Bynajmniej nie w imię przyjaźni, a na złość Putinowi. Zamiast dyplomacji mamy więc akrobację. Relatywnie wysoki poklepywany i krótkie ramię poklepującego przesądzają o sytuacyjnym komizmie, odgrywanym przez małych panów znad Wisły.

To już jedenasta pielgrzymka księdza Grzegorza do ziemi naszych Ojców. Z perspektywy minionych lat widać, w jakim stopniu repatriacyjna zawierucha przyczyniła się do cywilizacyjnego skoku. Jakżeż inaczej żyjemy dzisiaj my, tutaj, na Śląsku Opolskim. Z drugiej strony mamy powód do rozmyślań, jak wyglądałaby Unia Europejska, gdyby sięgała Wołynia. Czy mieszkańcy tych ziem głosowaliby za Wspólnotą z równym entuzjazmem, jak czynią to mieszkańcy Polski Zachodniej?


Osobiście jestem ofiarą eksperymentu repatriacyjnego w drugim pokoleniu i na swoim przykładzie widzę, że marsz do przodu z głową odwróconą do tyłu jest bez sensu. Można nabić guza i zaplątać się we własne nogi. Z sentymentem wracam do miejsc rodzinnych przodków i wiele z tego wynoszę. Głównie w sferze duchowej. Bilans materialny też jest niemały, choć sprowadza się do paru krzemieni znalezionych w Kutiance i garści czarnej ziemi z Załuża. Te skarby zawiozę do Polski i umieszczę w godnym miejscu: na mogile rodziców, którym nie dane było odwiedzenie stron ojczystych.

Tym razem podróżowałem po Kresach w grupie wielopokoleniowej. Pomiędzy oryginalnymi kresowianami (brat Witold) i „śląskimi wschodniakami” (to ja) była grupka dwudziestoparoletnich Europejczyków: Celina, Igor, Marcin, Daniel i Kamila. Współuczestniczyliśmy w patriotycznej lekcji z elementami zdrowego resentymentu. Bez tych wszystkich „izmów”, politycznych utyskiwań i wywyższeń.

Na zakończenie muszę przekłuć balon, który sam nadmuchałem. Wykonam woltę i przywołam popularną wśród Ukraińców anegdotę, która nie ma nic wspólnego z dzisiejszym felietonem. Do nieba trafiają ofiary wypadków samochodowych: Francuz, Rosjanin i Ukrainiec. Pierwszy opowiada, że prowadząc citroëna odurzył się wonią perfum, którymi skropiły się podróżujące z nim piękne paryżanki. Rosjanin – jak to zwykle bywa w kawałach – po nadmiernym spożyciu „zaparkował” swoją wołgę na drzewie. A Ukrainiec? No cóż, kupił na raty lanosa i… umarł z głodu.

Ten niewyszukany dowcip wbrew pozorom wiele może nauczyć. W życiu nie ma nic za darmo i mimo przeciwności losu trzeba jechać do przodu, najlepiej na trzeźwo. Warto z optymizmem patrzeć w przyszłość, zwłaszcza kiedy podążamy krętą drogą historii. Uśmiech też jest potrzebny, szczególnie w czasie kryzysu. I zostaje jeszcze nadzieja, że na końcu tunelu czeka wyperfumowane niebo.



Lipiec 2009

Powrót do góry strony

Ukraina - Truskawiec


Opowieść kresowa


Truskawiec, Трускавець, obwód lwowski, rejon drohobycki, Ukraina


Pomiędzy drewnianymi willami, pamiętającymi Józefa Piłsudskiego, mało w dzisiejszym Truskawcu przykładów zabytkowej architektury. Spośród dwustu siedemdziesięciu oryginalnych obiektów ocalało zaledwie pięćdziesiąt.

Cienie przeszłości

Pomiędzy drewnianymi willami, pamiętającymi Józefa Piłsudskiego, mało w dzisiejszym Truskawcu przykładów zabytkowej architektury. Spośród dwustu siedemdziesięciu oryginalnych obiektów ocalało zaledwie pięćdziesiąt. Z reguły kiepsko odrestaurowanych, częstokroć w niezgodzie z estetyką typową dla polskich uzdrowisk. Ponad wszystko wypiętrzają się okropne wysokościowce i dominują nad okolicą, psując ogólne wrażenie. Na każdym kroku niedokończenie i niedoróbki. W zaskakujących miejscach, również w najbardziej reprezentacyjnych. Pozostawiona robota i nie wiadomo, co z tym dalej będzie. Opuszczenie, zapomnienie i zaniechanie porasta mchem, co może brzmi poetycko, ale to, niestety, tamtejsza proza. Odnosi się wrażenie, że wykonawca w pośpiechu nawiał a inwestor zbankrutował i wszystkiego się wyrzekł. Ale na tle kryzysowej Ukrainy Truskawiec jawi się niczym eldorado. Więcej tam budowlanych żurawi, aniżeli w stołecznym Kijowie.

Willa Niczyja

Oto reprezentacyjna „Willa Niczyja”, posadowiona naprzeciwko polskiego kościółka. Stylowo odbudowana i wyróżniająca się spośród „nowoczesnej” architektury kurortowej. Szepcze się, że budynek był własnością samego prezydenta Ukrainy. Teraz już jest nie wiadomo czyj, przeszedł bowiem przez dziesiąte ręce po awanturach politycznych wywołanych przez pazernych polityków. Piękna Julia Tymoszenko postanowiła obnażyć machinacje majątkowego swojego konkurenta Wiktora Juszczenki. Kłótnia na najwyższym szczeblu, niby nikt nie wie po co i o co, jak to w politycznym zamieszaniu, choć przecież wiadomo, że chodzi o kasę i władzę. Od wielu lat przy opuszczonej willi nie widać nikogo. Znowu pewnie zmienił się właściciel – mówi się półoficjalnie – bo ostatniej zimy posesję solidnie ogrodzono.



Kurort Jarosza

Takich dramatów w Truskawcu niemało, ot, choćby pensjonat Świtezianka, gdzie za dobę trzeba zapłacić 150$, czyli sporą część tamtejszego uposażenia. Właściciele wystrzelali się nawzajem, a ostatni rzekomo popełnił samobójstwo. Nikt nie wie, kto tym mieniem rozporządza. Uzdrowiskowy Truskawiec jest dziełem Rajmunda Jarosza, któremu niedawno ufundowano tablicę i wyeksponowano ją na frontonie Muzeum Michajła Biłasa – ukraińskiego artysty. Ów okazały budynek to willa Goplana, według projektu Stanisława Witkiewicza – ojca Witkacego. Z drewna i bez jednego gwoździa, w okresie swojej świetności – letnia rezydencja Jaroszów.

Świat utracony

W odsłonięciu symbolu upamiętniającego rzeczywistego właściciela Truskawca uczestniczył jego imiennik – wnuk Rajmund Jarosz, aktor z Krakowa. Wyznał, że z miastem Dziadka nic go nie wiąże i powtórnie tam nie pojedzie. Może przez to, że dwujęzyczny napis nie oddaje pełnej prawdy historycznej? Oto treść: 1875 – 1937 Rajmund Jarosz prezes Spółki Akcyjnej „Zdroje Truskawieckie” w latach 1911 – 1937, budowniczy i reformator. Śladów po Marszałku, który chętnie w Truskawcu wypoczywał, już nie ma żadnych, zostało jedynie wzgórze na którym onegdaj stały wojskowe obiekty sanatoryjne. Teraz to teren prywatny, gdzie za jakiś czas pewnie wyrosną koszmarne wieżowce. Natomiast w miejscu willi Janusza Korczaka rozkwitają dzisiaj kwietniowe żonkile oraz powoli budzą się karłowate róże.

Cerkiew na prochach

19 kwietnia – Wielkanoc w obrządku greko-katolickim na przy cerkiewnym placyku, który jest częścią cmentarza z opuszczonymi mogiłami. Świątynię pobudowano na ludzkich prochach: polskich, żydowskich i ukraińskich. Nie ma mowy o profanacji. Wewnątrz znajduje się tablica z ich imionami a każde nabożeństwo rozpoczyna modlitwa za spokój zmarłych, których kości stanowią symboliczny fundament cerkiewki. Życie toczy się dalej. Dzisiaj trochę głośno, nastrój festynowy. Na estradzie śpiewający artyści i młodzi tancerze ciągnący wokół cerkwi węża. Wszyscy na galowo, niektórzy w ludowych soroczkach lub choćby w koszulkach z ukraińskimi akcentami. Wierni wciąż opłakują Papieża Polaka. Do wiary garnie się głównie młode pokolenie. To zasługa dynamicznego popa, który zawładnął ich duszami. Rodzice, ludzie ukształtowani na radziecką modłę, nie mają nic przeciwko temu i życzliwie kibicują odradzaniu się wiary. Z pewnością to lepsze niż horiłka…

Powrót z niebytu

Burzliwą historię ma kościółek polski, pięknie odnowiony, z nowym dachem i elewacją, urokliwie zlokalizowany na niewielkim wzniesieniu, przy ulicy Suchowola 1. Za sowietów należał do miejscowego kołchozu i był przeznaczony na skład nawozów chemicznych. Potem, kiedy zadekretowano stalinowskie oświecenie, działało tam muzeum ateizmu a na suficie wyświetlano filmy sławiące komunistyczny raj. Prezbiterium było wykorzystywane, jako zaplecze gospodarcze. Ot, zwyczajna historia z happy endem… Kościół można było przecież wysadzić w powietrze i wystawić w tym miejscu, na cześć jakiegoś cymbała, pamiatnik z sierpem i młotem.

Pan Stanisław

Świątynią kierują ojcowie redemptoryści, niestety, często się zmieniają. Na szczęście jest tam ktoś od zawsze, to Stanisław Czapla – charyzmatyczny kościelny z niespożytą energią, mieszkający w Truskawcu 43 lata. Do kurortu przywieźli go rodzice celem podratowania lichego zdrowia. Skoro wyzdrowiał – został na zawsze. Cud uzdrowienia odpłaca swojemu kościołowi w wieloraki sposób. Dogląda wszystkiego, a nawet maluje akrylowe freski podług wzorów ocalałych po pożarze. Stanisław w Truskawcu jest powszechnie rozpoznawalny. Oprócz funkcji kościelnego pełni rolę przewodnika i oprowadza Polaków po uzdrowisku oraz po pobliskim Drohobyczu – mieście mistrza słowa polskiego – Bruno Schultza. Pokazuje ostatnie ślady zaświadczające o polskości tamtejszej ziemi.

Nowe życie

O polski kościół walczono 17 lat i zebrano 1,5 tys. podpisów. Podwaliną odrodzenia się Parafii p.w. Wniebowzięcia NMP było 26 rodzin: polsko-ukraińskich, polsko-rosyjskich, żydowsko-polskich i wszelkich innych kombinacji narodowościowych. Wystarczyło, że w danej familii ktoś zapragnął kultywować wyznanie rzymsko-katolickie. Teraz to chram kurortowy. Oprócz regularnych nabożeństw mają tam miejsce zdarzenia artystyczne. We wtorki, piątki i niedziele o 20.00 w ofercie programowej: Wieczory z poezją, muzyką organową i skrzypcową. Pan Stanisław recytuje w trzech językach podniosłe teksty a przed ołtarzem popisują się: skrzypaczka Aleksandra Tymkiw i wokalistka Anna Nieczaj z lwowskiego teatru – w programie dowolnym: Od klasyki, poprzez szlagiery, do muzyki kościelnej. To nawiązanie do przedwojennej tradycji. Na kościelnym chórze koncertował przecież sam Jan Kiepura, który przybywał do truskawieckiego zdroju popić legendarnej „Naftusi”.

W stronę przyszłości

Aktualnie parafianie zbierają na prawdziwe organy bowiem użytkowany instrument to elektroniczny substytut. Od chwili wyświęcenia kościoła, a więc przez sześć lat, udało się zgromadzić 8 tys. euro, potrzeba jeszcze dziewięć. Organy czekają już u zaprzyjaźnionego proboszcza, który znacznie zszedł z ceny. Nie jest to nowy instrument, ale w sam raz przyda się w truskawieckiej świątyni. Poruszający koncert wieńczy polonez Michała Kleofasa Ogińskiego „Pożegnanie Ojczyzny”. Była to piękna lekcja patriotyzmu – po rosyjsku, po ukraińsku i po polsku. Za Bóg zapłać, a jeśli ktoś bardziej ofiarny – mógł dociążyć skarbonkę rublem, hrywną lub złotówką, co łaska.


Maj 2009

Powrót do góry strony

Norwegia - Sola


Porozmawiajmy o pogodzie


Norwegia, bokmål Norge i lub nynorsk Noreg, Królestwo Norwegii


Na zakończenie lata rozlatałem się i poleciałem do Norwegii. Do kraju fiordów i miliona wysp, do krainy deszczowo-wichrowej, gdzie żyją ludzie twardzi i pracowici. Zechciałem tam pobyć z ważnego powodu. Jakiś czas temu, bowiem doszedłem do wniosku, że i Polska pomału staje się drugą Norwegią. Oczywiście nie pod względem stopy życiowej, na to akurat trzeba jeszcze poczekać do momentu, kiedy już ziszczą się tuskowe cuda.

Braci Norwegów w czymś jednak doganiamy, choćby w klimacie, a ściślej: w jego kapryśności i nieprzewidywalności, nagłych zaciemnieniach i równie niespodziewanych rozjaśnieniach. Po paru dniach pobytu uświadomiłem sobie, że w jednym ich nigdy nie dopędzimy. U nas nie występuje zjawisko deszczów padających… poziomo. Tak, to nie pomyłka. Chociaż nie, polska Matka Natura z tym sobie, co prawda nie radzi, ale rodzimi politycy z pewnością już tak. Dla nich to pryszczyk, jeśli znajdzie się zapotrzebowanie elektoratu na taką ekstrawagancję meteorologiczną, czemu nie? Wszak wszystkomające programoprojekty są specjalnością polskiej reklamy politycznej.

Nim opowiem o Norwegach muszę wrócić do początku podróży. Warszawskie Okęcie ma już trzy terminale: od początku za ciasny terminal I i z hukiem oddany terminal II. Huk wziął się z awantury odbiorczej, którą wywołali politycy, owi pieczeniarze uwielbiający fetować każdą okazję, niechby to była narodowa klęska.

Tanie linie lotnicze (np. norwegian.no) wciąż korzystają z najstarszej hali, która nosi melodyjną nazwę Etiuda. To tam rozgrywały się przylotowo-odlotowe akcje kultowych filmów Stanisława Bareji, nawiązujące do rzeczywistości Peerelu. Start w cywilizację akurat z takiego miejsca jest bardzo pożyteczny, człowiekowi nie pokręci się w głowie, wciąż wie, kim jest i skąd przybywa. Spójrzmy na problem od strony traumatycznej. Pasażer odprawiony koncertowo w Etiudzie ląduje gdzieś w Europie, w jakimś nowoczesnym porcie lotniczym, jako ten elegancko zakompleksiony Polak, człek z krainy, gdzie ino bursztynowy świerzop i dzięcielina pała.
Kwadratowy problem ma ten, kto już kiedyś zaliczył lądowanie w Azji, dajmy na to na Kamczatce. Niestety, Bareja nawet tam nie znalazłby plenerów dla swoich filmów. O norweskich portach lepiej nie wspominać, ale pozostańmy już w starej Europie.

Wspomniałem, że Norwegowie są twardzi, a wszystko przez okrutną aurę i niewyobrażalne trudności geologiczno-geograficzne. Norweskiego hartu ducha nabywają Polacy, dość licznie tutaj żyjący. Polską mowę słyszy się na norweskich chodnikach równie często, jak narzecza arabskie i afrykańskie. W kraju tym uchodzimy za pracowitych i zaradnych, deklasujemy czarnoskórych z ich lajtowym etosem pracy, zainteresowanych łatwo osiągalnym socjalem.


Podążając do najmniejszej w Norwegii gminy Solund, liczącej 860 dusz, nazywanej gminą tysiąca wysp, wchodzącej w skład województwa Sogn og Fjordane trzeba pokonać dziesiątki kilometrów w 37 tunelach, przeprawić się przez 7 mostów i promem przez morze. Tam znajduje się największy fiord świata z największym lodowcem Europy Jostedalsbreen. Sogn og Fjordane szczyci się też tunelem łączącym Aurland z Lærdalsøyri liczącym, bagatela… 27 km. Z tej monumentalnej infrastruktury komunikacyjnej niewielu korzysta. A zresztą niby, kto ma jeździć, skoro każdy ma łódź i woli pływać z wyspy do wyspy?

Widząc owe cuda człowiek natychmiast wraca myślami do ojczyzny. Awykonalna przez kłótliwość Górali zakopianka, jak na standardy skandynawskie trasa łatwiuśka, mogłaby być zastąpiona tunelem lub wiszącym mostem. Ba, łatwo powiedzieć, a skąd na to wziąć dutki? W naszym mieście też trudno związać brzeg z brzegiem jakimś mosteczkiem/tunelikiem, mamy ważniejsze wydatki. Jeszcze nie nastawialiśmy wystarczająco dużo brzydkich pomników.

Norwegów jest ok. 5 milionów, Polaków ponad siedem razy więcej. Tam wszystko porobione, tutaj sporo przed nami. Już nie mogę doczekać cudu powrotów Polaków hartujących etos pracy w Skandynawii.


Na zakończenie moje odkrycie. Już wiem skąd się wzięło norweskie bogactwo. To nie tyle ropa, co ichniejsza mentalność. Norwegowie w wolnych chwilach sobie rozmawiają. O czym? – trzebaby zapytać. O… pogodzie, kiedy jaka była, analizują, polemizują, wspominają i porównują. Jednym słowem: nuda… Aha, równie namiętnie rozprawiają o rybach, nazywając ten sam gatunek wielorako, w zależności od długości i wieku danego osobnika. Ale to temat dla niewtajemniczonych niepojęty. Zwłaszcza dla Polaków zaangażowanych w boje polityczne, obwiniających się wzajemnie za wszystkie niepowodzenia.

Na sam koniec marzenie. Kiedy dopędzimy już Norwegię ileż czeka nas imprez odbiorczych! Czy notable podołają z przecinaniem wstęg? Czy nie zrejterują z uroczystości z powodu deszczu padającego poziomo?


Wrzesień 2008

Powrót do góry strony

Ukraina - Szumsk

 

Od Wschodu do Zachodu

Szumsk, Шумсь, Ukraina, obwód tarnopolski, rejon szumski, d. województwo wołyńskie, pow. krzemieniecki


W polityce krajowej szał na maksa, szatany i czarownice ostro rozrabiają – dlatego dzisiaj zajmę się zagranicą a dla psychicznego komfortu: czasem minionym. Docierając do wzgórza na którym leży miasteczko Podkamień mamy okazję podziwiania rozległej panoramy z majaczącymi w oddali miejscowościami o swojsko brzmiących nazwach: Krzemieniec, Szumsk, Załuże, Waśkowce, Suraż i Iserna. Jak mniemam, dla większości czytelników niewiele one mówią, tym bardziej, że w takim brzmieniu już nie występują. Choć wszystkie miejsca można odnaleźć na wschodzie Europy ich pisownia jest dzisiaj obcojęzyczna. Dla obecnych mieszkańców Krzemieniec to Kremeneć, Podkamień – Pidkamiń a zapadła wioseczka Iserna, w której czas zatrzymał się w miejscu, to… Kutianka. Piszę o miejscach dla wielu Polaków wyjątkowych. Krzemieniec jest przecież rodzinnym miastem Juliusza Słowackiego, Podkamień zaś, niczym Częstochowa, był przed wojną celem pielgrzymek odbywanych rokrocznie przez naszych rodziców. A więc jesteśmy w domu, czyli na Wołyniu.

Właśnie wróciłem z Kresów, gdzie szukałem korzeni moich przodków i odkrywałem miejsce narodzin starszego rodzeństwa. Niestety, naocznych obserwatorów mogących o czymkolwiek zaświadczyć prawie już tam nie ma. Dzisiejsi mieszkańcy to kolejne pokolenia przekazujące szczątkowe relacje zasłyszane z drugich i trzecich ust. Mogłem więc liczyć na mgliste wspomnienia pomieszane ze zadziwieniem, że ktoś przybyły z daleka dopytuje o dawno zapomniane sprawy, choćby o to, gdzie stał jakiś dom.

Spotykani ludzie nie żywią do przybyszów niechęci, przeciwnie, okazują życzliwość i gościnność, jakiej my już nie znamy. Z zainteresowaniem obserwują gości, którzy po starych miedzach i na skrajach jarów poszukują materialnych śladów od dawna nieobecnych domostw. Gdzieniegdzie rosną zdziczałe jabłonie, śliwy i czereśnie. To niemi świadkowie i gdyby tylko mogli, przekazaliby pewnie niezakłamaną historię tamtych ziem. Zostały też cmentarze a tak naprawdę symboliczne miejsca po nich. Potrzeba wyobraźni i wiary, że ziemia z gąszczem zarośli oraz z resztkami szlachetnych nasadzeń skrywa stare kości. To smutne miejsca, tuż poza ludzkimi siedzibami, najczęściej na wzniesieniach i obok jakiegoś traktu, z wszędobylskimi kozami raczącymi się soczystą trawą. Niewykluczone, że już niedługo wyrośnie tam paskudny Mc Donald’s ze stacją benzynową.

Po raz drugi w życiu dotarłem do Szumska, niewielkiego miasteczka, gdzie istnieje polski cmentarz. Jak się okazuje niezapomniany, bo od siedmiu lat z rzędu odwiedzany przez mieszkańców Łosiowa. Łosiowianie w zdecydowanej masie są społecznością kresową, to repatrianci, którzy na Wołyniu zostawili swoich najbliższych. Część z nich zostało pomordowanych przez banderowskie bojówki. Jak co roku pielgrzymów poprowadził młody ksiądz Grzegorz Kopij, zafascynowany ziemią przodków, orędownik ratowania śladów polskości. Przed formacją duchową ksiądz Grzegorz ukończył studia historyczne stąd pasja odkrywania przeszłości.



Ważną częścią zabużańskiej podróży było spotkanie z merem Szumska w celu wyjednania zgody na ratowanie tamtejszego cmentarza. Głowa miasta, jak to określają Ukraińcy, to młody człowiek (rówieśnik ks. Grzegorza), wolny od uprzedzeń i otwarty na ideę polskiego duchownego. Ktoś zapyta: skąd taki pomysł, przecież chodzi o nekropolię prowincjonalną a to temat niezbyt nośny medialnie. Wystarczy zamieszanie z Cmentarzem Łyczakowskim we Lwowie, który wciąż jest polityczną kością niezgody pomiędzy politykami sąsiadujących krajów (o narodach nie wspominam, to cyniczne przepychanki wykrawaconych smutasów). Dobrej odpowiedzi nie znajduję bowiem kieruję się uczuciami skrajnie nieobiektywnymi. Myśląc o Szumsku nie zapominam, że spoczywają tam szczątki moich dziadków, dwojga starszego rodzeństwa i zamordowanego stryja Cezarego, a więc krewnych, których znam wyłącznie z opowiadań rodziców.

Po odwiedzeniu Kresów wiem jedno: czas zasuwa do przodu, wyrosły kolejne pokolenia, młodzi ludzie bez bagażu przeszłości gotowi są zamknąć tragiczną kartę historii. Ratowanie zapomnianych nekropolii na wschodzie Europy to nasza powinność, ale to za mało. W imię elementarnej uczciwości musimy otworzyć się na... Zachód. Myślę o bezwarunkowej zgodzie na podobne inicjatywy ze strony Niemców, którzy na naszych ziemiach pozostawili swoje groby. Nie wyobrażam sobie sytuacji żeby unicestwione przez nas cmentarze niemieckie, niechby zlikwidowane w zgodzie z prawem i nie wiadomo w jak szlachetnych celach (szpital przy ul. Ofiar Katynia!) – mogłyby nie doczekać historycznej sprawiedliwości.

Wywołując demony politycznej nienawiści chcę wypomnieć łosiowianom, że mimo demonstrowanej szlachetności nie pozostają bez winy. – Zapytam: a co stało się z grobami niemieckimi w Łosiowie? Przecież przepadły do ostatniego kamienia! Tu i ówdzie tylko porasta nieśmiertelny bluszcz – niemy świadek, uparcie wyrastający w tych samych miejscach. Soczyście zielony, może dzięki wylanym czyimś łzom?


Lipiec 2007

Powrót do góry strony

Ukraina - Wołyń - Poczajów


Złoty uśmiech Albiny

Przekraczając w Korczowej granicę Polski, już po ukraińskiej stronie, lądujemy w zgoła odmiennej rzeczywistości.


Zza okien wyłaniają się niesamowite obrazy: wijące się w głębokich parowach nieuregulowane rzeczki, a na nich gęsie i kacze rodziny. Na łąkach spętane konie ze źrebiętami oraz pasące się w asyście babin, albo dzieci, krowy-żywicielki. Widok idylliczny, wręcz sielski i u nas prawie nieobecny. A jeśli już, to w skromniejszym wymiarze i bez tej masy żywiny. Po beznadziei kilkugodzinnej odprawy realizowanej przez ukraińską, wyjątkowo „skrupulatną" straż graniczną, nowe widoki są niewątpliwie jakąś nagrodą. Ckliwą i landszaftową, ale kojącą doznaną mitręgę.

W miarę wgłębiania się w teren i oswajania obrazów dostrzegamy przestrzeń niczyich połaci, liche uprawy, z przewagą nieużytków i skromne zabudowania. Większość pokryta eternitem, materią wszechobecną, która towarzyszyć już nam będzie przez całą podróż. Złudzeń pozbawiają wypatroszone zabudowania dawnych kołchozów, nikomu już niepotrzebne i obracające się w ruinę. Postindustrialny smutek.



Niby wiadomo, że gdzieś daleko istnieje wielkomiejski i uporządkowany Kijów z rozsławionym Placem Niezależności i Pomarańczową Rewolucją. Na prowincji kijowskie echo przebrzmiało już dawno i zostało odebrane ze sceptycyzmem.

Po drodze do Krzemieńca mijamy Poczajów ze słynną Ławrą, przyciągającą codziennie setki osób, szczególnie pielgrzymów wyznania prawosławnego i grekokatolickiego. Poczajowska Ławra z niezliczonymi złotymi wieżyczkami, niepokojąco, jak na tutejsze standardy, wypacykowana i bez końca rozbudowywana, jawi się niczym samotna wyspa w azbestowym morzu.

Poczajów jest miejscem spotkań niezwykłych. Oto młody pop i popadia. On stąpa dostojnie, ona karnie targa podróżne cziemodany. Poczajowoskie dziady, nie wiadomo jak, ale bezbłędnie rozpoznający przybyszów z lewobrzeżnej strony Bugu, nawołują żałośnie (po polsku!) ze wschodnim zaśpiewem: Zostawiajcie swoje złotówki! Zostawiajcie swoje złotówki!



Ławra to sakrokicz na miarę naszego Lichenia, lśniący nowością złoty ząb w dookolnej szarości. A złote zęby w ukraińskiej stomatologii to uznawana norma estetyczna. Połyskującym garniturem złota w górnej szczęce witała nas codziennie młoda kelnerka, piękna Ukrainka Albina. Co jeszcze zdumiewa? Bezdomne psy, krok w krok za życzliwymi turystami. Wydaje się jakby tylko oni dobrze je traktują.

Wyprawa na Ukrainę może wiele nauczyć i z pewnością jest to niezła szkoła dla eurosceptyków, którym nie w smak surowe, niekiedy wydawałoby się głupie, wymagania unijne. I bynajmniej nie chodzi o krzywiznę banana, ale o niebezpieczne azbestowe pokrycia domostw i na każdym kroku spotykaną niedoróbkę, od zawsze niedokończone remonty i "konserwacje". Prowizorka i kpina ze wszystkich pokus ładu i dostatku, jakby to wyraził literat Andrzej Stasiuk.

Powrót do kraju przynosi ukojenie, jakżesz w odmiennym świecie żyjemy. Mnóstwo inwestycji i - o dziwo - nieźle zorganizowanych robót. Wraca optymizm. Zdumienie jest tym większe, bo w rankingu najbiedniejszych państw UE Polskę wyprzedza jedynie Łotwa, a wiele na to wskazuje, że niedługo przejmiemy palmę pierwszeństwa. Osobiście sądzę, że obecni koalicjanci zukranizują Polskę szybciej niż może się wydawać.


Wrzesień 2006

Powrót do góry strony

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Nullam porttitor augue a turpis porttitor maximus. Nulla luctus elementum felis, sit amet condimentum lectus rutrum eget.