Azja

SPIS TREŚCI



Waranasi


Umrzeć w Indiach


Amer, Jaipur, Dżajpur, New Delhi, Waranasi


Być w Indiach i nie wylądować w Waranasi, to tak jakby w Indiach się nie było...

Można przybyć o własnych siłach, czymkolwiek dojechać, przypłynąć na falach Gangesu, no i właśnie wylądować. W ponad trzymilionowym mieście znajdziemy wszystko, rownież port lotniczy. Wydaje się, że aeroport powstał z powodów praktycznych, czyli życiowych, a tak naprawdę śmiertelnych. Wszak pobożny Hindus po śmierci powinien być jak najprędzej spopielony, kilkanaście godzin po zawiadomieniu najbliższych, i najlepiej by spełniło się to właśnie w Waransi. Samolot jest zatem najszybszym karawanem, choć nie wszystkich na podniebny transport stać.

Waranasi przez niektórych bywa nazywane miastem śmierci, ale pulsujące na każdym kroku życie nie stygmatyzuje tego miejsca ostatecznością.
W kontekście historycznym - Waranasi (dawniej: Benares), leżące w Stanie Uttar Pradesh jest miastem najpotężniejszego z hinduistycznych bóstw – Śiwy. Według legendy to On - stwórca i niszczyciel, który ma jeszcze 1008 innych imion - miasto założył. Kilkanaście kilometrów na wschód znajduje się Park Jeleni z przylegającym doń zespołem odkrywek archeologicznych. W tym miejscu Budda głosił swoje pierwsze kazania, a jego słuchaczami było wtedy jeszcze zaledwie pięciu ascetów. Tak więc dzięki Śiwie i Buddzie świętość oraz potęga Waranasi jest nie do zakwestionowania.

Do naświętszego miasta w Indiach przybywają tysiące pielgrzymów, z naciskiem na tych zaawansowanych wiekowo. Hindus prawdziwie wierzący pragnie umrzeć właśnie tam, gdzie najszybciej połączy się ze świętą rzeką poprzez wysypanie do niej popiołu z kremacji. Wreszcie osiągnie nirwanę, wyzwoli się z zaklętego kręgu narodzin i śmierci, kończąc wędrówkę dusz zwanej sańsārą.



Na słynnych gathach, czyli schodach do rzeki, ciągnących się przez 17 kilometrów, spotkamy starców, ludzi chorych i kalekich oczekujących na śmierć oraz licznych ascetów. Niezwykli, posągowi, kolorowi i jakby z nie tego świata, zawsze przyzwalająco uśmiechnięci - sādhu; wędrowni asceci, żyjący według reguł religii hinduistycznej, ze splecionymi włosami w stylu dźiata, co my nazywamy dredami. To grupa ludzi w Indiach bardzo szanowana, uznawana wręcz za świętych. Dlatego po śmierci, jako "czyści", nie podlegają spaleniu. Ostatni akord ich życia to zatopienie w rzece z kamiennym balastem.

Prawda jest bardziej złożona, ludzie ciągną na ghaty nie tylko by dokonać żywota. W świętych wodach Gangi pragną dokonać rytualnych ablucji (pudźa). To najlepszy sposób na zmycie doczesnych grzechów. Obok spotkamy ludzi medytujących w niewyobrażalnych pozach, trochę dalej przedziwny, jakby nabożny trening wykonywany zespołowo na komendę moderatora wyposażonego w mikrofon i sprzęt nagłaśniający.

Turyści przybywają na ghaty głównie z ciekawości. Zbierają się bladym świtem, kiedy słońce sennie przygląda się w rzece i zaczyna rozświetlać jej wyniosły brzeg z niezwykłymi schodami. Uwzględniwszy kierunek nurtu jest to lewa strona Gangesu, szczelnie zabudowana niespotykanymi w świecie obiektami. W wolno przepływających łodziach przybysze z innego świata gapią się na „kosmiczne" obyczaje „kosmicznych" ludzi. Półtoragodzinny rejs wzdłuż ghatów gwarantuje przeżycia wyjątkowe. Odbywamy przejażdżkę ku cudzej śmierci, zmąconą komercją, a raczej prozą tamtejszego życia, co wyraża się w tym, że do turystycznych łodzi podpływają sprzedawcy tandetnych pamiątek. Cóż, każdy sposób na zarobienie paru rupii jest dobry. Tu należy przyznać, że handlarze są mniej nachalni niż gdzie indziej. Może chcą uszanować świętość tego miejsca?

Rytuał pudźi wydaje się być zawiły. Codziennie o świcie kąpie się ok. 50 tys. osób. Parę stopni wyżej medytują jogini, wróżbici przepowiadają przyszłość, jacyś pielgrzymi robią pranie i rozkładają szaty do wysuszenia, a jeszcze inni oferują różne formy masażu: dłoni, stóp lub głowy. Kąpiel przebiega w określonym porządku tego samego dnia w kolejnych ghatach: Asi, Dasaswemedh, Barnasangam, Panćaganga, Manikarnika. Dandi Ghat są „zarezerwowane" dla ascetów, a tuż obok najsłynniejsze pod względem turystycznym Hanuman Ghat tłumnie oblegają zszokowani turyści. Pośród nimi znajdziemy ciekawskich Hindusów, którzy nie przybyli tutaj w celach rytualnych.



Zwłoki pali się w Harishćandra (Smaśan Ghat). To miejsce znacznie różni się od pozostałych, wre tam mozolna praca: każdego dnia przygotowuje się nawet 200 stosów kremacyjnych. Pomiędzy nimi spotkamy święte krowy, kozy, psy i oczywiście gapiów. Jeśli ktoś widział w telewizji rytuał kremacji to i tak dozna szoku poznawczego.
Stos płonie do siedmiu godzin. Na biało wystrojemi żałobnicy (wyłącznie mężczyźni) nie wyglądają na smutnych. Kobiety znajdują się w oddali i nie muszą przywdziewać żałobnych sari. Po jakimś czasie najbliższy członek rodziny (najstarszy syn) uwolnia duszę poprzez rozbicie czaszki metalowym prętem.
Kremacją zajmują się wyłącznie nietykalni – chadal. W Indiach to najniższa kasta, tzw. pariasi, którzy mimo oficjalnego zakazu i wymierzanych kar, są ludźmi prześladowanymi. Pomyśleć: oddajemy zwłoki swoich najbliższych w ręce ludzi, którymi pogardzamy!
Ciągle przebywający w trującym dymie i umorusani sadzą, częstokroć poparzeni, nietykalni zapadają na choroby dróg oddechowych i umierają niedożywszy starości. Ich los podzielają dzieci, które przejmują zawód ojców. Wcześniej malcy trudnią się zbieractwem wszystkiego, co zostaje po pogrzebie i potem ulicznym handlarzom odsprzedają kwiaty, wykorzystane już całuny lub wygrzebują z popiołów kosztowności. Nie trzeba dodawać, że Harishćandra to ich jedyny dom.

Niektóre przewodniki instruują by turyści w Samaśan Ghat chowali aparaty i wystrzegali się fotografowania. Nie wszyscy stosują się do zakazu, zwłaszcza z poziomu rzeki. Bynajmniej nie widać gniewnych spojrzeń ze strony pariasów ani żałobników, zdolnych rzekomo do samosądu. Ostrzega się też, że w nurcie znajdziemy płynące szczątki ludzkie. Tutaj pełne zaskoczenie: Ganges wydaje się być czystą rzeką, co nie powinno dziwić, przecież wypływa z nieodległych Himalajów. Dlatego widok pielgrzymów kąpiących się nieopodal miejsca wysypywania popiołów, czy niewiele dalej robiących pranie i - co najbardziej szokuje - czerpiących wodę do picia, wydaje się czymś zwyczajnym, oswojonym i przede wszystkim... nieszkodliwym.



Mógłby ktoś powiedzieć, że zmarłym nie okazuje się należnego szacunku, ale to nieprawda. W hinduskim zgiełku biały człowiek długo nie potrafi się odnaleźć, musi wyjść z szoku i dopiero wtedy zacząć odkrywać ten świat. Dlatego nie mamy prawa wydawać kategorycznych sądów. A niby czym się różnimy od Hindusów ze swoimi ceremoniałami, naszą przesadną celebrą, której oni do szczęścia nie potrzebują?

Ghaty. Wszechobecny pył z licznych stosów kremacyjnych wdychany do płuc. Woń palonych zwłok specyficzny, ale niekoniecznie trudny do zniesienia. W drodze powrotnej, już na 280. kilometrze na północ od Waranasi, matka natura zrzuca obfity deszcz. Jest tak, jakby chciała spłukać kurz niezwykłego dnia, który właśnie się dopełnił. Potem w autobusie ponad 700 km drogi do New Delhi, po każdym zmrużeniu oczu, przy kolejnej próbie drzemki, odtwarzają się wryte w pamięć obrazy palonych zwłok.

Prochy z kremacji lądują w Gangesie, który nazywany jest matką. Ojcem jest słońce.


Maj 2014

Powrót do góry strony

Agra - Tadź Mahal


Marmurowe serce Indii


Agra, Tadź Mahal, ताज महल تاج محل indyjskie mauzoleum, Szahdżahan, Mumtaz Mahal


Twierdząc, że po kilkunastodniowym pobycie w Indiach znamy już ten kraj, ocieramy się o śmieszność...

Złapaliśmy ledwie pierwszy wdech.

Liczący ponad miliard dwieście milionów mieszkańców subkontynent ustępuje pod tym względem jedynie Chinom. Lądujemy w kulturowym tyglu, mieszaninie ludzi zróżnicowanych wyglądem, religią, tradycjami, obyczajem i mową. Rozmawia się tam 800 językami, a wraz z dialektami 1700, choć do elementarnego porozumienia wystarczy znać ociupinę angielski, a najlepiej narodowy język hindi. Opisanie Indii jest sztuką nie lada, wycieczkowe wtopienie się w hinduskie klimaty przynosi jedynie szok i niekończące się zadziwienie.

Skoro mamy mało czasu powinniśmy rozpocząć zwiedzanie od serca kraju. Patrząc na globus organem tym są stołeczne Delhi.


Lotus Temple w Delhi - największa świątynia bahaistyczna w Indiach


Ale jak tu opisać „serce", jeśli żyje w nim 1/3 populacji Polski? Musimy zatem ograniczyć się do hinduskiej symboliki i dlatego dzisiaj przybliżymy ikonę Indii. Symbol niezwykły.

Leżąca 200 km na południe od New Delhi Agra jest miejscem pielgrzymek z całego świata. Turyści ciągną tam by zobaczyć Tadź Mahal. To jeden z nowych siedmiu cudów świata, ogłoszonych 7 lipca 2007 r.: obok Wielkiego Muru Chińskiego, Petry w Jordanii, Pomnika Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janerio, rzymskiego Koloseum, Machu Picchu w Peru i Chichén Itzá w Meksyku. Akurat z tym rankingiem wiążą się spore kontrowersje i dlatego UNESCO zdystansowała się, oświadczając iż "Lista siedmiu nowych cudów świata jest tworem prywatnej inicjatywy, który w żaden istotny i trwały sposób nie wpłynie na zachowanie wybranych obiektów".
Jeżeli wymienione cuda mogą rodzić uzasadnione wątpliwości, akurat w przypadku Tadź Mahal wyraźnie przestrzelono. Tak idealnej symetrii i finezji detali nie znajdziemy nigdzie indziej. W kraju, gdzie tyle prowizorki doskonałość nabiera wymiaru mitycznego. Tadż Mahal jest wręcz niewyobrażalne, wrażliwy człowiek do końca wszystkiego nie ogarnia.

Kompleks ów widział prawie każdy, niechby na zdjęciach lub w telewizji, i mógłby skwitować: po co tak daleko jechać i zobaczyć coś, co już znamy. No cóż, to stwierdzenie naiwne. Dlaczego? Tadż Mahal rzuca na kolana!


Tadź Mahal w całej okazałości


Główny obiekt jest grobowcem-mauzoleum Mumtaz Mahali - żony indyjskiego cesarza z dynastii Wielkich Mogołów, Szahdżahana, zmarłej w 1631 roku przy porodzie czternastego dziecka. To chyba jedyna w świecie małżonka uhonorowana w tak niezwykły sposób. Hindusi powiadają, że podobny pomnik mógł powstać jedynie na fundamencie wyjątkowej miłości.

W momencie śmierci Mumtaz Mahal liczyła zaledwie 38 wiosen, choć w stanie małżeńskim przeżyła 18 lat. Według legendy przed swoim odejściem zobowiązała męża do spełnienia trzech obietnic: nie ożenić się, otoczyć opieką wspólne dzieci i postawić upamiętniającą ją budowlę. Zrozpaczony Szahdżahan spełnił wszystkie życzenia i nawet nie wyszedł ze statusu wdowca, co jednak nie przeszkodziło mu w szukaniu pociechy w ramionach licznych konkubin.
W popularnych podaniach jest też mowa, że po ukończeniu budowy władca rozkazał obcięcie kciuków wszystkim robotnikom. Chodziło o to, by nigdy nie stworzyli podobnej arcybudowli. Pewnie to bujda, bo w XIX wieku o Tadż Mahal prawie zapomniano, cały kompleks zarósł krzakami i popadł w ruinę. O odrestaurowaniu mauzoleum zdecydował wicekról Indii lord George Curzon w 1900 roku i bez trudu znalazł fachowców ze zdrowymi kciukami.

Pierwotna budowa trwała prawie ćwierć wieku (1632–1654) i według różnych podań zaangażowanych przy niej było ok. 25 tys. miejscowych robotników. Swój udział podobno mieli też dwaj Europejczycy: Włoch oraz Francuz.

Tadź Mahal zbudowano z marmuru, przywiezionego na grzbietach słoni z kamieniołomu odległego o prawie 350 km. Wszystkie znane fotografie kłamią, bowiem mauzoleum nie jest idealnie białe! Również charakterystyczne cztery minarety nie są pionowe i znacznie odchylają się na zewnątrz w czterech kierunkach, czego oko ludzkie nie wychwytuje. To rozwiązanie zamierzone, mające chronić kopułę w przypadku trzęsienia ziemi. Marmurowe powierzchnie pokryte są ogromną ilością kamieni szlachetnych, półszlachetnych i ornamentyką kaligraficzną z czarnego marmuru. Swoje też robi zanieczyszczenie środowiska, marmur po prostu ciemnieje.

Współczesne władze wydały zakaz lokalizowania przemysłu w promieniu 50 km od zespołu budowli, co wpłynęło na lokalne bezrobocie i ogólne zubożenie tubylców. Trzeba przyznać, że Tadź Mahal jest chroniony szczególnie. Szereg barier i mnóstwo mundurowych z długą bronią. Turyści są kontrolowani niczym na lotnisku w stanie zagrożenia terrorystycznego, łącznie ze skrupulatnym przetrząsaniem torebek i plecaków. I słusznie, porządek musi być, bowiem ów cud jest przykładem szczytowych osiągnięć architektonicznych Indii w epoce Wielkich Mogołów. A obecnie to źródło niewyobrażalnych dochodów z których korzystają zapewne jedynie wybrani.

W europejskim poczuciu estetyki Indie są totalnie zaśmiecone. Rodzi się pytanie: dlaczego ten kraj nie może być uprzątnięty, choćby na wzór mauzoleum Mumtaz Mahali? Hindus jednak potrafi!
Po jakimś czasie wszędobylski nieporządek oswajamy i śmieci przestają nam przeszkadzać. Zadziwiamy się cudami architektury, takimi jak Tadż Mahal i monumentalny Czerwony Fort (drugi w Agrze obiekt oblegany przez turystów). Zdumiewają kolorowo ubrani mieszkańcy, owe niepoliczalne typy, każdy człowiek z innego „kosmosu". Cały ten melanż robi wielkie wrażenie i trudno się dziwić, że subkontynent indyjski wciąga tak wielu ludzi, także z naszej szerokości geograficznej.

W ostatnim dniu pobytu jedna z uczestniczek wycieczki skwitowała: Ja chcę tutaj zostać, jako spóźniona hipiska! (Zatraconych białasów w Indiach spotykamy dość często, sic!). Cóż, na życiowy zakręt i wyluzowanie pewnie już za późno, ale nadzieja umiera ostatnia, przecież w Indiach wierzy się w reinkarnację.


Kwiecień 2014


Powrót do góry strony

Zwyczajne cuda


Chińska prowincja


Na dworcu niczym terminal aeroportu wsiadamy do superszybkiego pociągu i mkniemy do kolejnej stolicy cesarskich Chin.

W chińskiej skali odbywamy podróż podmiejską, bo trwa zaledwie ponad godzinę, ze średnią szybkością 250 km/h, w porywach 304-380 km/h, co z wypiekami na twarzach obfotografowują przybyli z cywilizowanego ponoć świata „długonosi" podróżni.
Ów osobliwy spektakl odbywa się przy nieskrywanych uśmiechach pasażerów miejscowych. Niestety, za krótki dystans by pociąg rozpędził się maksymalnie, co białasów trochę rozczarowuje, choć ostatecznie rzuciłoby przecież na kolana.



Poza ogromnymi metropoliami Chiny mają zacofaną (póki co) prowincję pospinaną ultranowoczesnymi liniami kolejowymi, po których pomykają pociągi-pociski. Nie tylko tak wyglądają, już sama prędkość oszołamia. Oczywiście na tle maszyn pstrykamy pamiątkowe zdjęcia i jest to zrozumiałe, ale dlaczego identycznie reagują tubylcy? Z pewnością również po raz pierwszy w życiu zobaczyli podobne cuda techniki.
Naprawdę nieistotne, że ojciec sieci kolei dużych prędkości, niejaki pan Liu Zhijun, obecnie w więzieniu oczekuje na wyrok śmierci za łapówkarstwo na niewyobrażalną skalę (16,1 mln $). Z racji, że jest postrzegany jako minister ds. transportu, który przyczynił się do realizacji ambitnego programu i w krótkim czasie stworzył z Chin światową potęgę KDP, wciąż może liczyć na... dożywocie. Za dobre sprawowanie, ma się rozumieć. Osobiście jestem ciekaw, jak drogich i ile zagarków napożaczali mu serdeczni koledzy.

Komunikacyjnym kuriozum jest kolej magnetyczna z Szanghaju do międzynarodowego portu lotniczego Pudong. To nieco ponad 30 km w zaledwie 7 minut, czyli 400 km/h! Jedyna taka kolejka na świecie. Niemcy wymyślili, ale z uwagi na nieopłacalność nie zbudowali u siebie, upchając patent Chińczykom. Japończycy z Niemcami wciąż takie rozwiązanie testują, a Chińczycy poszli na całość i zdecydowali się na komercyjne zastosowanie! Co ciekawe, wagoniki lewitują nad torem. O wykolejeniu więc nie ma co dywagować. Cóż, onegdaj wszystko wyjątkowe i bolshoye występowało wyłącznie w ZSRR, teraz w komunistycznych inaczej Chinach.

Poza kolejami prowincję przecinają wygodne autostrady z gigantycznymi węzłami komunikacyjnymi. Wszystko pachnące świeżością i w dalszej rozbudowie, toteż na ten moment nie można dostrzec niedoskonałości, czyli tzw. chińszczyzny. Całe trakty, także na odludziu, obsadzono świetnie utrzymaną roślinnością ozdobną. Widocznie mamy do czynienia z nowym, ekologicznym trendem, bo rośliny są młode, a tysiące drzewek zabezpieczono palikami i solidnie wypionowano. Być może Chińczycy zrozumieli, że z dewastacją przyrody doszli już do ściany, a raczej do Wielkiego Muru Chińskiego.

Kompleksy przed autostradami europejskimi, zwłaszcza niemieckimi, byłyby tam nieuzasadnione. Wystarczy wyobrazić ciągnące się dziesiątkami kilometrów wiadukty lub tunele na terenach powodziowych, wielopoziomowe i z kosmicznymi ślimakami, a przy tym równolegle biegnące koleje dużych prędkości - KDP. Ażeby dopełnić całości wszystkie tablice informacyjne, prócz chińskich ideogramów, zawierają nazwy angielskie. Zgubić się w dzisiejszych Chinach nie sposób.

Praktycznie nie ma zdezelowamych pojazdów, choć idzie spotkać cudaczne wehikuły, trójkołowce i jakieś samoróbki, wszak Państwo Środka jest wielką prowincją. Samochody, których marek trudno odgadnąć, no może po kształcie, ale i ten jest mocno zmodyfikowany w stosunku do maszyn jeżdżących po europejskich drogach. Pełno citroënów, volkswagenów, mniej audi i całkiem rzadko mercedesy. Niektóre modele ze starego kontynentu noszą wyłącznie chińskie nazwy, zwłaszcza że w Europie już dawno zjechały z taśm montażowych. 40% produkcji samochodowej ma miejsce w Szanghaju. Dominują koncerny niemieckie i General Motors z USA, w Chinach w ogromnej masie pod postacią buick'a.



Uważane za auta stare, pojazdy czteroletnie idą na rynek wtórny do Mongolii, Rosji, Turcji i tzw. rozwijających się krajów, głównie do Afryki. Dla Chińczyków rynkiem zbytu jest cały świat, w sytuacji kiedy Europa zamyka się w sobie i ogranicza do Ameryki Północnej.

Centra małych i wielkich miast wyróżniają się prostymi chodnikami, czystością, brakiem psich kup i graffiti! Oto wzorzec chińskiej estetyki i zarazem wektor dla ambitnych władz Brzegu, które przy modlitewnym wsparciu proboszczów rozpoczęły krucjatę z wandalami. Za to: chiński Pan Bóg im zapłać.

Zachwycające publiczne parki z setkami ćwiczących i tańczących (!) ludzi i co najważniejsze: zero barbarzyństwa, koszmarnego przekleństwa miast polskich. Chińczycy nie są jednak doskonali, wciąż powszechnie plują. Charkają dzieci i wytworne damy. Akcja uświadamiania narodu prowadzona przy okazji olimpiady nie powiodła się. No bo jak nauczyć etykiety miliarda ludzi kultywujących wielopokoleniową tradycję bekania po dobrym jedzeniu. Prowincja?


Lipiec 2013

Powrót do góry strony

Xi'an - Shaolin


Chińska podróbka (2)


1200 km w głąb kontynentu, 10 godzin nocnym pociągiem o jakim pasażerowie z krainy, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała, mogą jedynie śnić.

PKP po chińsku: przychylność-komfort-punktualność. Podróż z wiosny w pełnię lata. Budząca się pekińska wiosna w ciągu jednej nocy przemienia się w dotkliwy upał, + 35 C uderza już w momencie opuszczenia klimatyzowanego wagonu.
Oto Xi'an dawna stolica cesarstwa. Bardzo sucho, gdzie deszcze padają jedynie we wrześniu, a zimą mrozy dochodzą do -10 C. Zdetronizowany przez Pekin Xi'an z obecną stolicą ma coś wspólnego, co widać i czuć, a tak naprawdę mniej widać a więcej czuć, to smog mianowicie.

Znaleźliśmy się na końcu Jedwabnego Szlaku, choć Chińczycy twierdzą, że to jego początek. Cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Obecnie mieszka tam 8 mln ludzi, a już za Mieszka, kiedy u nas jeszcze szumiały knieje, żyło w pełnej harmonii 2 mln przedstawicieli rożnych wyznań i kultur. Metropolia słynąca z tolerancji, o czym zaświadcza sama nazwa - Xi'an: xi - zachód; an - pokój.
Do Xi'an przyjeżdża się dla Terakotowej Armii, datowanej na rok 250 ne, składającej się na niemający precedensu w jakiejkolwiek kulturze grobowiec pierwszego cesarza Qin Shi. Według współczesnych kanonów to niepojęta fanaberia, która miała zagwarantować cesarzowi władzę nawet po śmierci. Przypadkowego odkrycia dokonało w 1974 r. trzej chłopów kopiących studnię na prywatnym poletku. Do tej chwili odkryto 7,5 tys. naturalnej wielkości figur żołnierzy z końmi, powozami i uzbrojeniem. Prace archeologiczne nie ustają i jest to pomnażająca się w iście chińskim tempie turystyczna żyła złota. Obcokrajowiec odnosi wrażenie, że 8 mln Chińczyków żyje wyłącznie z terakoty, będącej wyróżnikiem całej prowincji i którą napotyka na każdym kroku. Na niepoliczalnych straganach z pamiątkami, jako dekoracje w przepięknych parkach i w licznych manufakturach.



Jedwabnym Szlakiem do Xi'an dotarli muzułmanie i zaczęli handlować jedwabiem, kolejnym skarbem prowincji, wsparli Chińczyków niepotrafiących porozumieć się z obcymi, stali się handlowymi pośrednikami z przybywającymi z dalekiego świata ziomkami i osiedli już na stałe. Obecnie stanowią barwną mniejszość kulturową i koncentrują się w wydzielonej dzielnicy, gdzie panuje niepowtarzalny klimat. W ornamentyce dominuje patworch muzułmańsko-buddyjski, np. meczety z elementami pagody. Ciekawe, że chińscy muzułmanie w większości są skośnoocy, a jedyne co ich wyróżnia to baszłyki lub tarbusze na głowach i z rzadka długie szaty, tzw. galabije.
Słowa 'muzułmanin' w języku chińskim nie ma. Ludzi tego wyznania nazywa się, po prostu: "ci, co jedzą krowy". Rasa biała z kolei to "długie nosy". Trochę to prześmiewcze i dlatego niektórzy żartują, że płaskie nosy Chińczyków ułatwiają im chłeptanie wody z kałuży. Choć to dowcip niezbyt wysokich lotów.



Współczesne Xi'an to całe dzielnice drapaczy chmur do zasiedlenia. W chińskim pejzarzu powtarzalność obserwowana podczas całej podróży i skłaniająca do zadumy. W centrach miast burzy się stare hutongi (hutong - wąska uliczka) i przesiedla ludzi, zachętami i propozycjami nie do odrzucenia, niekiedy pewnie przymusowo. A to rodzi dylematy i trudne pytania. Jak tu z dnia na dzień żyć? W oderwaniu od ziemi, bez swojego drobiu, kozy żywicielki, wyrąbanego przez kolejne pokolenia na zboczu poletka ryżowego?

Rozsławiony przez kinematografię Klasztor Shaolin faktycznie odrodził się na zgliszczach w latach '70-tych ub. wieku, dzięki finansowemu wsparciu Amerykanów mimo, że komunistyczne władze uznawały wówczas USA za wcielenie zła. Z oryginału zostało trochę terakoty, jakieś głazy i oczywiście legenda sięgająca 377 r. ne. Jedyne pamiątki z przeszłości to liczne pagody poświęcone mnichom tutaj pochowanym, którzy przez wieki modlili się na Górze Shao Shih, Teng Fon Hsien w prowincji Huo Na.

Dzisiejszy Shaolin jest chińską podróbką, ale w znakomitym stylu. Gdyby nie świadomość o rekonstrukcji, naprawdę jest czym się zachwycać. Z pewnością nie mamy do czynienia z amerykańskim Disneylandem. To trochę taki nasz Zamek Warszawski: wszystko dopięte i wystylizowane na oryginał. Innego porównania nie znajduję, uwzględniając oczywiście zupełnie nieprzystające klimaty. Klasztor znowu jest instytucją sakralną, gdzie żyją mnisi.



Obiekt kultu szeroko otwarty również dla zwiedzających i do nich przystosowany z czyściutkimi i bezpłatnymi (!), dostępnymi na każdym kroku toaletami, co jest zwyczajne także na pozostałych szlakach, przy kolejnych atrakcjach i w innym prowincjach. Ot, chińska norma w zakresie WC.

Przez klasztor przewalają się ogromne tłumy. I znowuż odbywa się ceremoniał interrasowego fotografowania. Podobnie, jak na Placu Tian'anmen w Pekinie biali ludzie, będący tutaj w mniejszości, robią za wielce pożądane tło. Niekiedy towarzyszy temu zawstydzenie, ale generalnie wszyscy mają niezły ubaw. Każdy Chińczyk dysponuje jakimś pstrykadełkiem i zapisuje obrazy nie wiadomo po co, a raczej pewnie po to, by za chwilę wyrzucić nas z pamięci flash.
Oczywiście mnóstwo pamiątek, w czym Chińczycy są absolutnie niepodrabialni i trudno się dziwić, że ich wyroby znajdziemy na zakopiańskich Krupówkach i przy sopockim Monciaku. Wspaniałe zabudowania klasztoru można podziwiać z poziomu kolejek prowadzących na przeciwległe wzniesienia, skąd roztacza się zapierająca dech panorama. U podnóża zlokalizowane szkoły, gdzie na wielkich placach setki młodych mężczyzn doskonalą się we wschodnich sztukach walki.

Rozczarowaliśmy się ociupinę przereklamowanym Shaolin, tą całą turystyczną szarańczą, i musimy wreszcie zjechać na wypoczynek w jakimś hotelu. Oczywiście w Chinach nie ma przypadków. Ichniejszy "Orbis" zawiezie pod właściwy adres i pozahotelowej restauracji (w pierwszej części wyjaśniałem, dlaczego tak się dzieje). A będzie to Zhengzhou - miasto o statusie prefektury miejskiej, gdzie pobliski Shaolin Temple jest główną, a może i jedyną atrakcją przyciągającą gości. Tak naprawdę w Zhengzhou z turystycznego punktu widzenia nie ma nic. Ot, kolejne zwykłe chińskie "miasteczko" z ponad dwoma milionami mieszkańców. W całej prefekturze brakuje zabytków i jakichś ekstra atrakcji, mimo, że rejon zamieszkują trzy... Warszawy, czyli grubo ponad 6 milionów Chińczyków. Niech żyje i rozkwita Klasztor Shaolin! - niewyczerpane źródło dochodów, w każdym razie trzeba mieć taką nadzieję.

Skłamałbym przekonując, że w Zhengzhou nic się nie dzieje. Przy głównych traktach wyburza się całe rzędy zabudowań, po lewej i po prawej, domostw starych i nowych i tak dziesiątkami kilometrów. W celu poszerzenia ulic i chodników oraz budowy kolei podziemnej. Powstaje pytanie: co z wysiedlonymi lokatorami? Czekają na nich gotowe drapacze chmur, ultranowoczesne osiedla okalające stare miasto. Ogromne skupiska wieżowców o wyrafinowanych kształtach i niekiedy szokujących elewacjach, częstokroć posadowione w szczerym polu. Buduje się do nich drogi, skomplikowane przepusty i zdumiewające pod względem konstrukcyjnym skrzyżowania. Takie obrazki po jakimś czasie okazują się nudną zwyczajnością współczesnych Chin.
Jak to idzie skwitować? Skok w XXII wiek? Z pewnością szok.


Czerwiec 2013

Powrót do góry strony

Wielki Mur Chiński i okolice


Chińska podróbka (1)


Plac Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. Tian'anmen. Ogromny! Jednorazowo może pomieścić 5 mln Chińczyków i z tego względu nieco szokuje.

Szok potęguje świadomość krwawych wydarzeń z roku 1989, które plac rozsławiły jeszcze bardziej. Biała rasa w tłumie Zhuangów, Mandżurów, Hui, Miao, Ujgurów, Mongołów i innych niepoliczalnych skośnookich, będących w Pekinie przejazdem za sprawą lub turystycznie, budzi autentyczne zainteresowanie, które momentami przechodzi w spontaniczny entuzjazm. Może się wydawać, że takich ludzi jeszcze nigdy na Tian'anmen nie widziano. I rzeczywiście, białasów z komicznymi nosami na największym placu świata raczej mało. Z takimi cudakami każdy ambitny Chińczyk musi wykonać fotkę. Pstrykają ukradkiem, a kiedy się już pozwoli, ustawiają się całymi familiami, czekając niekiedy w kolejce (!) i obowiązkowo podstawiają swoje pociechy. Cóż, tradycyjne straszenie przez chińskie matki białym diabłem z długim nosem ma sens wyłącznie wśród niedorosłych Chińczyków, zwłaszcza tych niegrzecznych. Ale takich bachorów na Plac Niebiańskiego Spokoju przecież się nie zabiera. Widać, straszni nie jesteśmy i wszyscy chcą mieć dziecko z diabłem na rodzinnej fotografii. Sataniści?



Handel podrabianymi markami towarzyszyć będzie już do końca podróży. Od wyjścia z autokaru i przy powrocie, bo obnośni handlowcy operują właśnie na parkingach. Oferowane produkty (od szwajcarskiego zegarka po amerykańskiego iPhone'a) zewnętrznie niczym nie różnią się od oryginałów. W każdym razie na pierwszy rzut oka. Są naprawdę "markowe" i dla estetycznie niewyrobionych, bardzo ładne. Od odjechanych Rolexów za 3$, po luksusową galanterię renomowanych marek światowych w zaskakująco znośnych cenach.

Handlowanie w Chinach to ogromna przyjemność. Jeśli oferowany towar wyjściowo kosztuje 600 juanów, można mieć pewność, że daną rzecz kupimy za... 60, z tym, że nie należy od razu podawać zaniżonej kwoty. Z zakupem trzeba się ociągać, a już przy wyjściu sprzedawca cichaczem wciśnie nam, i to dosłownie, ową drogocenną rzecz. Uprzejmie i taktownie, choć czasami z irytującą natarczywością.

Great Wall czyli Wielki Mur ma dwa wymiary, rzeczywisty i mityczny. Ten znany światu i ponoć widziany z kosmosu, to wielka chińska podróbka. Wybudowany współcześnie na potrzeby turystyczne i brany za jeden z głównych symboli Państwa Środka. Mimo wszystko robi wrażenie, bo jest naprawdę niesamowity. Przebiega przez niedostępne i malownicze góry. W sumie ma ze 20 km w trzech różnych odcinkach, pieczołowicie "odrestaurowanych", a w zasadzie odtworzonych z wyobraźni i turystycznie udrożnionych z okazji Igrzysk Olimpijskich 2008. Wędrówka po murze to zmierzenie się nie tylko z naszym układem wydolnościowym, ale z pięknymi widokami i sprzedawcami pamiątek. W zdecydowanej masie tendetny "pamiątkowy" towar nawiązuje do muru i symboliki rewolucyjnej, która wciąż znajduje swoich amatorów.
Pokutujące twierdzenie, że Wielki Mur Chiński jest obiektem widzianym z kosmosu wydaje się mocno przesadzone. Wystarczy zobaczyć sypiący się, czy wręcz dogorywający oryginał (niechętnie turystom pokazywany!), który w rzeczywistości jest wzmocnionym kamieniami wałem. Marco Polo z pewnością widział fragmenty tych obwałowań i po powrocie z Chin rozsławił je w Europie, jako cud techniki fortyfikacyjnej. Cóż, współczesny mur znacznie odbiega od "widzianego" z ziemskiej orbity. Wielki Mur Chiński: kosmiczny mit - wypada skwitować.



Ptasie Gniazdo - chiński Stadion Narodowy. Z odległości robi wrażenie, co potwierdza poniższe zdjęcie. Przy bliższym poznaniu rozczarowuje. Prowizorka i można rzec: zalatująca malizną chińska podróba. Nawet słychać głosy, że musi być rozebrany z przyczyn ekonomicznych. Gmatwanina konstrukcji, która prędzej przypomina druciak do szorowania garów, niż nowoczesny obiekt sportowy. Nasz Stadion Narodowy jest piękniejszy, mimo złośliwych docinków różnych złośliwców. Uspokajam: to prywatne zdanie, które przecież nie przesądza, że w gospodarczym rozwoju jesteśmy lepsi od Chińskiej Republiki Ludowej.
Cóż, gigantyczny druciak to naprawdę wiocha. Obok stoi siedmiogwiazdkowy hotel w kształcie smoka, a smoków w ornamentyce chińskiej mamy przesyt. Rodzi się zatem pytanie: po co komu budynek w takim kształcie, no i kogo stać na tych siedem gwiazdek? W takim hotelu każdy gość ma osobistego kamerdynera i pokojówkę i z pewnością poczuje domowe ciepełko. Ufff...



Pora opuścić stolicę. Z pekińskiego smogu najprościej i najwygodniej wydobyć się koleją. Należy zatem udać się na Beijing West Railway Station, czyli na najważniejszy w stolicy dworzec kolejowy Pekin Zachodni, największy taki obiekt w Azji.



Przed nami 1200 km w głąb kontynentu w dziesięciogodzinnej podróży (bez opóźnień), wagonem sypialnym, idealnie czystym i bezszelestnie pomykającym do kolejnej stolicy cesarskich Chin. Ale to jeszcze nie rekord chińskiej szybkości. Pobijemy go wkrótce.
Tymczasem nocą zasuwamy do Xi'an...


Maj 2013

Powrót do góry strony

Pekin


Chiński plus


Pekin, 北京, Běijīng, ˨˩ t͡ɕiŋ˥] i Chińska Republika Ludowa


Załatwienie w Chinach najbłahszej sprawy wiąże się z wyjazdem do Pekinu. W Państwie Środka decyzje zapadają wyłącznie w stolicy, nawet te najgłupsze.

Chińczyk z prowincji jedzie cztery dni i tyle samo potem wraca, by w Beijingu uzyskać zgodę na cokolwiek, na przykład na budowę czegoś tam. To się nazywa: centralne sterowanie równomiernym rozwojem. Urzędników w Pekinie zatrzęsienie, a na prowincji jedynie ich reprezentanci. Jeśli urzędników jest tak wielu, wiadomo, że muszą gdzieś urzędować. Do tego przystosowano gigantyczne urzędy, pekińskie instytucje wybudowane z niebywałym rozmachem, także te od spraw najgłupszych.
Wejścia do obiektu "strzegą" groźne lwy, smoki, słonie i wyjęte z chińskiej fantazji dziwaczne stwory. W zasadzie wszystkie szanujące się instytucje, ba, nawet sklep czy mały warsztat, wystawiają przed frontonem fikuśne figury. Koniecznie przedstawiające zdecydowane na wszystko zwierzęta, a nigdy ludzi. To osobliwości ze spiżu, marmuru, granitu i lastriko, ale niekoniecznie, częstokroć musi wystarczyć zwykły beton w wersji cięższej albo w lżejszej - udający coś tam plastik z pozłotką.



Napotykamy na hotelową niespodziankę i jest to zaskoczenie całkiem miłe. Z uwagi na mały ruch turystyczny, zamiast zakontraktowanych trzygwiazdkowych hoteli, znajdujemy zakwaterowanie w monumentach pięciogwiazdkowych. Wszyscy są zaangażowani w obsługę turystów i towarzyszy temu szeroki uśmiech, grzeczne złożenie dłoni i dyskretny skłon. Taka aura powitań/pożegnań to etykieta w Chinach standardowa.
Hotele serwują śniadania europejskie z dyskretną, aczkolwiek zauważalną nutką Azji, ale obiadów już nie, i w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Znowu kłania się "centralne dowodzenie", pewnie muszą zarobić okoliczne restauracje? Kiedy i gdzie zorganizowany turysta coś zje, decyzja zapada na najwyższym szczeblu. W jakimś departamencie ministerstwa turystyki odpowiedzialnym za równomierne obłożenie placówek zbiorowego żywienia.
Czy tak jest - nie wiem, tylko tak sobie kombinuję. Ma to jednak dobrą stronę, nigdy nie wiadomo na jakie rozkosze podniebienia się trafi. A o legendarnym chińskim jedzeniu można rozprawiać bez końca i w dalszej relacji pewnie coś o tym napiszemy. Wcześniej do chińskiej jadłodajni trzeba po prostu zajść. Ot, rutynowa sytuacja. Chińska opiekunka prowadzi grupę turystów do restauracji, a już przed bramą, gdzie stoją lwy z rozpostartymi paszczami, czeka usłużny Chińczyk z listą osób, które mają przybyć na, niezwyczajne biesiadowanie. Czy to wszechobecny monitoring? A któż to wie...

Komunistyczny kapitalizm Made in China nie uwolnił się od korupcji i owo nieszczęście jest pierwszym progiem w życiu każdego Chińczyka. Wąskie klasy w szkołach to nie przypadek, dzieci siedzące z tyłu z pewnością będą analfabetami. Dlaczego? Bo nic nie usłyszą! Dasz łapówkę, nauczyciel usadzi bliżej siebie. Zagwarantujesz latorośli lepsze warunki, wrośnie na wyedukowanego Chińczyka...
Ruch uliczny w supernowoczesnych miastach to komunikacyjna ciekawostka. Z jednej strony poraża rozmachem konstrukcyjnych rozwiązań, z drugiej przeraża nieobliczalnością. Jednak wszyscy jakoś jeżdżą i nikt nikomu drogi nie żałuje, choć nagminnie ją zajeżdża. Jeśli pogodzimy się z reglamentacją korzystania z aut w samym Pekinie, gdzie w ten sposób "walczy się" ze smogiem, to jesteśmy uspokojeni. W zasadzie nie sposób ogarnąć, jak azjatycki luz komunikacyjny godzi się z ultranowoczesnymi konstrukcjami umożliwiającymi komunikację. Ot, spójrzmy na zwykłe przechodzenie przez jezdnię. Zbierają się duże grupy ludzi i... tłumnie forsują lawinę pojazdów prowadzonych przez nerwowych kierowców. Uspokajam: miliona rozjechanych przechodniów nie widziałem, a i sam przeżyłem.

Jednak chińska ulica nie jest już... chińska. Dominują reklamy, raczej estetyczne i w europejskim stylu nienachalne, a więc mocno wystudiowane. Wizerunków Mao i propagandy komunistycznej nie widać, można rzec: jak na lekarstwo, nawet w samym Pekinie. Symboliką maoistyczną napoimy się jedynie na Placu Niebiańskiego Spokoju. Cóż, całkiem szybko odchodzi odchodzenie od "jedynie światłej" doktryny i wszystko się zmienia w myśl zasady Heraklita z Efezu: panta rhei. Pranie mózgów wciąż odchodzi, niestety, w publicznej telewizji, radiu i centralnej prasie. Ale czy ktoś to ogląda, słucha, czyta i w te gusła jeszcze wierzy? - nie wiem. Prawda jest następująca: nie wszystko, co Mao Zedong wykombinował jest obecnie akceptowalne.

Chińczycy ze spokojem tolerują mauzoleum przewodniczącego na Placu Tian'anmen i jego wielki portret uwieszony nad wrotami prowadzącymi do Zakazanego Miasta (chiń. 故宫). Jak na XXI wiek z gigantycznym chińskim plusem, to naprawdę wiele.


Maj 2013

Powrót do góry strony

Wniebowzięty


Pocztówka z przestworzy



Start po południu czasu środkowoeuropejskiego ze Szwajcarii. Do przebycia prawie 9 tys. km, Airbusem A330-300 linii Swissair, na wys. 11.277 m z prędkością 988 km/godz w porywach azjatyckich wiatrów.

Poprzez Austrię, Czechy, wlotem na terytorium Polski Kotliną Kłodzką, kierując się dalej na Białoruś, przepastną Rosję, w końcu Mongolię i docelowo Chiny. A w szczegółach: zostawiając pod sobą Pragę, za chwilę - po lewej - Wrocław i z prawej Brzeg, potem centralnie na Łódź, i całkiem przecież niedaleko (w kategoriach awioniki) nieszczęsny Smoleńsk (że też wyszło lecieć nad tym miejscem 10 kwietnia?!). Zaraz Mińsk i "Smoleńską Drogą", za niewielką chwilę, wreszcie Moskwa.
Potem trzymamy azymut na południową Azję, mając po prawej Kazań, Ufę, Jekaterynburg i pod osłoną nocy już połyskujące elektrycznie: Czelabińsk, Omsk i Nowosybirsk. A więc lot nad trasą, gdzie przebiega Kolej Transsyberyjska. Komunikacyjny szlak równoległy z granicą Kazachstanu, który nakazuje zostawić z lewej Krasnojarsk i wlecieć na terytorium Mongolii, kierując się na jej stolicę, czyli Ułan Bator.

Te geograficzne sensacje odbyły się ponad zaśnieżonym Uralem i skutymi mrozem wielkimi zlewiskami rzek Syberii! Za oknem maszyny -60 st. C! Powietrze krystaliczne, toteż widok zachwycający.
Przy krztynie wyobraźni podróż musi robić wrażenie. Wiem, co piszę, wszak "podniebną" trasę przetesowałem wcześniej, turlajac się transsybirką relacji: Moskwa - Irkuck - Ułan Bator, tam i z powrotem, przez całe dwa tygodnie!
Siedem stref czasowych, co przekłada się na 9-godzinną mitręgę w samolocie, która w końcu się kończy.
Nad stolicą Mongolii, a więc w sercu Azji, skośnookie stewardessy szwajcarskiego przewoźnika serwują continental breakfast zamiast kumysu i o godz. 4.30, 11 kwietnia 2013 r. wreszcie lądujemy w chińskim, podrabianym raju ;).
O wielkiej podróbce już po powrocie w wiosennej Polsce.


Kwiecień 2013

Powrót do góry strony

Turcja - Adampol


Polskie płuca


Turcja, Polonezköy, Adampol


Być w Stambule i nie zahaczyć o Adampol równoważy się z porzekadłem o Rzymie i papieżu.

Przy trzecim zabłądzeniu w ten rejon świata powinność patriotyczną (tak jest!) wreszcie wypełniłem. Adampol nosi urzędową nazwę Polonezköy, co w języku tureckim oznacza "Polska Wieś". Cóż, dzisiejsza Polonezköy wioski w niczym już nie przypomina. To atrakcyjnie turystycznie terytorium z licznymi hotelami i zatopionymi w bujnej zieleni romantycznymi restauracjami.

Adampol jest niezwykłym punktem na mapie świata, gdzie do porozumienia wystarczy język, jakim posługują się ludy żyjące pomiędzy Bugiem a Odrą. Choć Polacy stanowią obecnie mniejszość (1/3 populacji), to język polski funkcjonuje obok tureckiego. Szanuje się tam tradycję i na wójta wybiera się zawsze Polaka. Ot, demokracja z turecką fantazją i wypada dodać: całkiem sympatyczny ukłon propolski.

Dawny Konstantynopol, czyli obecny Stambuł, metropolia o niewyobrażalnym rozmachu, stanowi geograficzny fenomen, bowiem rozpościera się na rogatkach Europy i Azji. A "nasz" Adampol rozlokował się po azjatyckiej stronie cieśniny Bosfor. Bliska sercu Polaków miejscowość uchodzi obecnie za zielone płuca trzynastomilionowego megapolis.
Najprościej dotrzeć tam przez spinający oba kontynenty Most Bosforski. Śmiałkowie mogą spróbować wpław, co obarczone jest ryzykiem kolizji z jakimś frachtowcem, których tutaj zatrzęsienie, pokonują cieśninę na kierunku Morza Czarnego i Marmara i dalej poprzez Morze Śródziemne w daleki świat. Turcy w końcu spełnili marzenie i pod dnem cieśniny wydrążyli kolejowy tunel. Tłoczące się na sześciopasmowych autostradach samochody muszą jeszcze poczekać. Póki co mają most dodatkowy im. Mehmeda Zdobywcy. Jest to przeprawa młodsza, ale od łuku bosforskiego mniej fotogeniczna.

Wieś Adampol wyrosła w połowie XIX w., jako osada polskich emigrantów, byłych uczestników powstania listopadowego. Za jej początek przyjmuje się rok 1841, kiedy z inicjatywy księcia Adama Czartoryskiego nad Bosfor przybył książęcy przedstawiciel Michał Czajkowski, szef Agencji Głównej Wschodniej Hotelu Lambert, której zadaniem było przeciwstawienie się rosyjskim wpływom w Turcji. Wysłannik księcia zakupił podkonstantynopolskie nieużytki, gdzie umożliwiono osadnictwo polskim wygnańcom, obawiającym się represji na ojczystej ziemi. Oprócz powstańców w Adampolu przytulisko znaleźli polscy jeńcy, wykupieni z niewoli tureckiej i czerkieskiej, wcześniej przymusowo wcieleni do armii rosyjskiej na Kaukazie.



Zasługi w założeniu polskiej wsi mieli księża lazaryści i pierwszą chatę poświęcili 19 marca 1842 r. Nazwa polska pochodzi od księcia Adama Czartoryskiego i często jest kojarzona z Adamem Mickiewiczem. Ale to nieporozumienie. Wieszcz z pewnością w Adampolu bywał, lecz swój żywot zakończył w innym miejscu Konstantynopola, w domu, w którym mieszkał przy Tatli Badem Sokak nr 23. Obecnie pod tym adresem działa muzeum poety, a równoległej uliczce nadano imię A. Mickiewicza.

Pośmiertne losy wieszcza-tułacza były pełne niespodziewanych zwrotów. Najpierw spoczął w tymczasowym grobie w Konstantynopolu by niedługo potem trafić do Paryża na cmentarz Les Champeaux w Montmorency. W roku 1890, a więc po 35 latach, został pochowany po raz trzeci, tym razem na Wawelu.

Wystarczy odwiedzić cmentarz w Adampolu by dość szybko przekonać się, że równie zawiłe losy były udziałem adampolan. Nawet tych najmłodszych, reprezentujących już czwarte pokolenie polskich tułaczy. Tuż przy furtce natrafiamy na grób Henryka Ohotskiego (ur. 1938), który zginął tragicznie w Warszawie w roku 1995. Wystarczyła odrobina szczęścia by akurat spotkać brata zmarłego p. Daniela, który oprowadza po Adampolu turystów i pełni funkcję sołtysa. Ujawnił, że śp. Henryk pracował w Ambasadzie Tureckiej w Warszawie i zginął w wypadku samochodowym. Nikt z rodziny nie wyobrażał sobie by miał spocząć na terenie Polski. - No bo gdzie miał pochowany, jeśli nie obok najbliższych, w ojczyźnie która przytuliła jego przodków? Na zadbanym cmentarzu, gdzie dominują jednakowe grobowce z białego marmuru i gdzie tuż za płotem w starych sadach szumią drzewa piniowe, dojrzewają figi i granaty, niespotykane u nas odmiany jabłoni oraz orzechy włoskie i laskowe.

W roku 1979 Turcję odwiedził Jan Paweł II, ale do Adampola nie dotarł, więc mieszkańcy wyszli mu naprzeciw wybierając się gremialnie do Stambułu. Adampol odwiedzili wszyscy prezydenci III RP oraz inni oficjele. Dowody tych zdarzeń są skrzętnie przechowywane w miejscowych izbach pamięci.



Stambuł rozrasta się w niewiarygodnym tempie i w szokującym stylu, ale ten zakątek podtrzymuje polskie obyczaje w niezmienionej formie. Ze strony władz tureckich mieszkańcy mogą liczyć na wsparcie i pełne zrozumienie. Dowodem tego były huczne obchody 170-lecia powstania Polonezköy.



Wrzesień 2012

Powrót do góry strony

Wietnam


Pożyć w mrowisku


Wietnam, Socjalistyczna Republika Wietnamu, Cộng hòa xã hội chủ nghĩa, Việt Nam


Wietnam przypomina stumilionowe mrowisko. Ciągle przez kogoś deptane i rozwalane, a to przez: Francuzów, Rosjan, Amerykanów i Chińczyków. Wszystko w imię miłości do mrówek.


1.

Z Laosu do Wietnamu mozolimy się poprzez wysokie góry, wzdłuż koryta kapryśnej rzeki i napotykamy biedne domostwa. Nawet w tych trudnych rejonach Indochiny są gęsto zaludnione i ludzie starają się jakoś żyć. Każdy dom, zawieszony i jakimś cudem trzymający się usuwiska, pełni równocześnie funkcję pojedynczego przedsiębiorstwa, gdzie można zrobić zakupy lub coś załatwić. Zadziwia fakt, że oferowane usługi i towary są takie same, trudno zatem zrozumieć, jak to komuś może się opłacać.

Jakim cudem sprzedać okulary, kiedy w sąsiedztwie wszyscy okularami handlują? Jaki sens wykładać szaliczki, kiedy tuż obok konkurencja oferuje 1001 identycznych? Jak skusić się na posiłek, kiedy nieopodal podają te same pychotki? Czy na wielkim bazarze w Hanoi, czy w zagubionej wioseczce, podobnych sytuacji spotkamy mnóstwo i zawsze będziemy zaskoczeni.


2.

Kiedy zjedziemy z gór widzimy domy solidniejsze, już murowane. I dopiero teraz rozpoczyna się jazda. Trafiamy na urbanistyczny festiwal eklektyzmu, gdzie swoimi osiągnięciami popisują się przeróżne szkoły architektury. Jeśli ambitni Romowie postanowiliby poszukać inspiracji i rozwiązać wreszcie dylemat, jak ma wyglądać ich rodzinny pałac, koniecznie powinni pojechać do Wietnamu. Domy stawia się na wąziutkich działkach i przez to niektórym budowlom z wyglądu bliżej do... żyletki, są bowiem tak cienkie: na mniej niż 4 i długie na 15 i więcej metrów. Zdobi się wyłącznie fronton i na tej ograniczonej przestrzeni niezwykłym kunsztem wykazują się sztukatorzy, tralkarze i kto wie, jacy jeszcze dekoratorzy.

Jeśli u sąsiada występuje balkon z werandą, tuż obok spodziewajmy się dwóch, jeszcze bardziej zdobnych, plus jakieś loggie i attyki na dachu. Ceni się też fikuśne balustrady, koniecznie chromowane i nigdy w kolorze złota (tu bracia Cyganie mogą poczuć niedosyt). W dobrym guście jest gwiazda mercedesa zlokalizowana w centrum najbardziej reprezentacyjnego balkonu.
Zupełnie nieistotne, że w podzwrotnikowym klimacie z ekspozycji owych nie da się korzystać. W wiecznym tropiku najlepiej wyłożyć się przecież pod palmowym baldachimem na gołej ziemi. I tak w istocie się dzieje, ale przecież nie o to chodzi. Wykusze, balkony i loggie z milionem tralek mają cieszyć oko właściciela oraz przy okazji wzbudzać czyjś podziw. No i coś jeszcze: "żyletkowce" majętniejszych zwieńczają przeszklone wieżyczki.


3.

W Wietnamie buduje się naprawdę dużo, a końca budowy nie widać. Wietnamczycy to mrówki krzątające się pracowicie w ludzkim mrowisku. Każdy (bez względu na wiek, płeć i wyznanie) coś nosi, wnosi, podnosi, wynosi, przynosi, daje, wydaje, podaje, oddaje, czyści, ściera, wyciera, sprzedaje, kupuje, suszy, moczy, siada, wstaje... i tak bez bez wytchnienia. Jedno co te mrówy wyróżnia: nikt na nic - tak to wygląda z pozycji obserwatora - nie narzeka. Zwłaszcza na swój los.

Od świtu ktoś chce nam w czymś pomóc: gdzieś podwieźć; wypucować, a nawet na poczekaniu wyreperować buty; sprzedać papierosy, świeżą gazetę wraz z bułką, mapę, książki, chusteczki higieniczne, owoce, wachlarz, zimny napój, korale, portfel, mapę miasta, wykałaczki, aparat do masażu, los na loterię, etc. I co bardzo dziwne: cały ten mozół odchodzi w kucki, wprost na ziemi, a jeśli już na siedząco, to przy miniaturowym stoliku i na malutkim krzesełku. Tak jest! Jakby szło o nieprzeszkadzanie innym i zajęcie jak najmniejszej przestrzeni. Działanie odchodzi w uśmiechu, pogodzeniu, pokorze i przy pełnym zaangażowaniu.
Tylko pozornie mamy do czynienia z chaosem. A przecież tylko z pozycji człowieka mrowisko tak wygląda, więc lepiej się nie wymądrzać. To doskonale zorganizowana społeczność, zadziwiająco sprawna i świetnie funkcjonująca. Pamiętajmy, że mrowisko wietnamskie było wielokrotnie rozdeptywane, więc nieustająca aktywność wydają się być życiowym imperatywem. Może ów architektoniczny eklektyzm, te wszystkie zdobienia, to jakaś rekompensata za doznawane krzywdy?


4.

Wietnamska ulica to szkoła wyższej jazdy. W pierwszym momencie przeraża, ale nie jest na tyle źle, ażeby bać się bez końca. Po pierwsze, po drugie i po trzecie: skutery, skutery, skutery - niepoliczalne brzęczydełka, które na trwałe już zmarginalizowały azjatycki rower. Wszystkie mrówki na skuterach! Po trzech, czterech osobników na jednym pojeździe.
Skoro wcześniej przywołałem markę niemiecką warto zauważyć, że maszyn europejskich w Indochinach prawie się nie widuje. Rządzą "japończyki, chińczyki i koreańczyki" i niektóre, zwłaszcza wozy chińskie, o wiele bardziej od mercedesa wypasione.
Zmora współczesności, czyli przydrożna reklama, w znacznym stopniu została w Wietnamie uporządkowana i w całym kraju jest ujednolicona, co przy szokującym eklektyzmie zaskakuje in plus.

Co można robić jadąc na skuterze? Przewozić całą familijkę: żonę i troje maluchów na którymi rozpostarty jest parasol przed słońcem/deszczem, trzymany przez mamusię, kiedy tatuś prowadzi pojazd jedną ręką, bo w drugiej trzyma telefon i z kimś gawędzi. O tym, że skuter jest wysokowydajną ciężarówką - tylko nadmienię.
Teraz napiszę o mrówkach... wodnych, podróżując po Indochinach spotkałem i takie, może kiedyś o nich opowiem. Ruch uliczny to rozdział osobny. Autobus wcina się w poprzek ławicy (tak jest!) skuterów niczym rekin. A nikt nikogo nawet nie draśnie. Ławica pięknie się rozjeżdża, płynnie umyka, niczym w filmie o życiu w otchłaniach morskich. Podobnie jest z pokonywaniem jezdni przez pieszego. Po prostu wal do przodu biała mrówo... ławica cię oszczędzi. Wystarczy przełamać - bagatela - strach. Ufff...

A jak włączyć się skuterem do ruchu będąc po niewłaściwej stronie jezdni? To proste: należy wjechać po prąd kawalkady jednośladów, trzymać się krawężnika tak długo, aż nadarzy się szansa przejazdu na pas z pożądanym kierunkiem ruchu. Tylko pozornie jest to a wykonalne. Opisana "zasada" obowiązuje w niewyobrażalnie zatłoczonym Ho Chi Minh City, jak i w stołecznym Hanoi. Na wietnamskiej ulicy dziwienie się jest czymś dziwnym.

5.
Od świtu do nocy Wietnamczycy w ogromniej masie stołują się na ulicy, a ściślej na chodnikach. Plastikowe stoliki i krzesełka pozabierane ze wszystkich przedszkoli świata trochę tarasują ruch, ale mrówkom przecież to nie przeszkadza. Na stolikach króluje oczywiście ryż podany na milion sposobów. Takich "jadłodajni", prowadzonych przez przedstawicieli obojga płci, mamy naprawdę pod dostatkiem. I żeby nie było podejrzeń: żywienie odbywa się przy zastosowaniu indochińskich reżimów higienicznych, ale jedno jest niezmienną regułą: wszystkie produkty są zawsze świeże! Gdyby było inaczej, kto - pytam - napisałby te słowa? Już bym przecież nie żył. Za małe pieniądze można się porządnie najeść.

Obiadek po wietnamsku: trochę dziwny w smaku bulion z kładzionym jajkiem, czysty ryż, pałeczki rybne, sałatka z ziemniaków, bezsmakowy twaróg zapiekany (konieczne przyprawy - podaje się je rutynowo), kapusta pekińska z wrzątku, algi z owocami morza.

6.
Polska to Ba Lan. W Wietnamie jesteśmy mile widzianymi gośćmi i możemy liczyć na nieudawane dowody sympatii. Może dlatego nasza ambasada została zlokalizowana w najbardziej reprezentacyjnym kwartale Hanoi, w bezpośrednim sąsiedztwie mauzoleum Ho Chi Minha? A wódz ten jest czczony i szanowany tutaj autentycznie.

Pora na ciekawostkę. Na murze okalającym ambasadę wisi gablotka rozsławiająca nasz piękny kraj, gdzie pomieszczono „bardzo" polskie symbole, są to: F. Chopin, M. Kopernik, K. Wojtyła, M. Curie-Skłodowska, K. Kieślowski, T. Mazowiecki, W. Szymborska i L. Wałęsa. Fotki wielkich Polaków okala tatrzański landszaft. Czy to najbardziej reprezentacyjni Polacy, pewnie tak, ale wielu z nas ma prawo odczuwać ideologiczny dyskomfort. Zabrakło kogokolwiek z pogrzebanych na Wawelu i bynajmniej nie mam na myśli pochówku najświeższego. Być może o treści tablicy zdecydował miłośnik artystycznych dokonań Krzysztofa Kieślowskiego, jakiś propagator siły spokoju Tadeusza Mazowieckiego? W obecnych okolicznościach zawartość gabloty zapewne jest zgoła inna, albo - kto wie - została zlikwidowana.

Tak naprawdę Wietnamczycy nie za bardzo potrafią wymienić któregokolwiek z naszych rodaków. Choć aż tak beznadziejnie nie jest, bo najzagorzalsi fani futbolu znają... bramkarza Dudka. Ale za to Wietnamczycy wiekowi wciąż okazują wdzięczność za pomoc i wspieranie ich walki z amerykańską nawałą.
Wietnam jest do Polski podobny w jednym, znajdujemy tam sporo zbiorowych cmentarzy z rzędami identycznych nagrobków. To mogiły poległych żołnierzy, którzy walczyli z Amerykanami i Chińczykami. Wietnamczycy posiadający jakiś areał chowają zmarłych blisko domu, niekiedy w miejscu, w którym całe życie dany człowiek przepracował, np. na ryżowisku na małej wysepce. Groby też są trochę dziwne, bo z terakoty i ogromniaste, jakby Wietnamczycy byli wielkoludami.


7.

Wietnam to kraj długi na ponad 4 tys. kilometrów, co rodzi określone konsekwencje komunikacyjne. Stolica zlokalizowana na północy leży prawie 1700 km od drugiej metropolii Ho Chi Minh, znajdującej się na południu kraju. Miasta spina kolej i jedyna w zasadzie droga o dość w kiepskiej nawierzchni, biegnąca wzdłuż wybrzeża Morza Południowochińskiego. Niezłym rozwiązaniem są autobusy różnych sieci z biletami typu "open" w cenie ok. 40 $. Po drodze można wysiąść, np. w Hue lub Hoi An - pozwiedzać i zarezerwować bilet na dalszą podróż. Podczas naszej wędrówki korzystaliśmy z usług firmy Camel, dysponującej dosyć wysłużonym taborem. Ale warto wiedzieć, że firma Camel to jedna z wielu propozycji. Kursy odbywają się nocą sypialnym autokarem o zróżnicowanym standardzie.

W porównaniu z wietnamską komunikacją szosową PKS jawi się niczym autobusowe przedszkole. 


8.

Da Nang (Đà Nẵng) półtoramilionowe miasto leżące na słynnym 17 równoleżniku, który rozdzielał Wietnam Północny od Południowego. Dzisiaj teren po bazie lotnictwa amerykańskiego to szwarc, mydło i powidło, znajdziesz tam wszystko czego tylko zapragniesz. Na terenie zdemilitaryzowanej strefy, w sąsiedztwie nadmorskich slumsów, funkcjonują pola golfowe dla nowobogackich.

Od tego miejsca zaczyna się już inny Wietnam. Wspomniane "żyletkowce" trochę normalnieją, na tej zasadzie, że zatracają kiczowaty wystrój, choć to może kwestia oswojenia estetyki, nieuchronne odczucie w przypadku kogoś, kto od tygodni nic innego nie widzi. Wąskie budowle powoli ustępują miejsca zabudowie parterowej typu bungalow z otwartymi na całą szerokość werandami. Jak na wystawie, już w okolicy 18.00, kiedy gaśnie słońce i raptownie zapada ciemność, widzimy co w poszczególnych domach się dzieje. Oto cowieczorny rytuał, zarazem dowód, jak Wietnamczycy są "otwarci".


9.
Odeszli amerykańscy żołnierze i przyszła bieda, trzeba było na nowo się ułożyć. Można żyć z turystów, czymś ich tutaj przyciągnąć, choć samo ciepłe morze to za mało. Do Hoi An, nieopodal Da Nang, ściągają turyści z całego świata, w tym młodzi Amerykanie. Ci ostatni nie tylko dla wietnamskich zabytków, co w poszukiwaniu śladów swoich dziadków, a może i żyjących tu krewnych, zrodzonych z mieszanych związków.

Amatorzy militariów nie za bardzo mają już tu co szukać bowiem przez kilkadziesiąt lat teren rozminowano i do reszty przeczesano, a amerykański złom przetworzono na wojenne pamiątki. Kolekcjonerzy militariów mogą jedynie liczyć na chińskie podróbki.

10.
Końcowy cel podróży i miejsce skąd można ewakuować się do Europy. Sajgon - wielomilionowa metropolia przed wojną tak odmienna od innych miast północy - obecnie nazywa się Ho Chi Minh. Jednakże wszyscy operują naprzemiennie dwoma nazwami. Wraz z całym krajem metropolia przeżywa rozwojowy boom i coraz bardziej wkomponowuje się w jeden organizm. Przewodniki turystyczne charakteryzują Ho Chi Minh City vel Sajgon, jak kulturowy i architektoniczny patchwork, gdzie z francuską finezją, chińską szczegółowością i wietnamskim uporem, zszyto miasto przyprawiające o zawrót głowy. Tak jest w istocie - zapewniam. A zresztą, dla całego Wietnamu można stracić głowę.

Ażeby jakoś przeżyć kolejny dzień w mrowisku już o świcie rozpalamy kadzidełka ustawione przed wejściem do domostw i przed buddyjskimi kapliczkami. Kadzidełka, tak na wszelki wypadek, stawiamy też przed skuterem. Wszak bez skutera indochińskie życie nie istnieje.


Listopad 2011

Powrót do góry strony

Wietnam mobilny


Wietnamskie ulice (slajdy)


Hanoi, Hue, Da Nang, Nha Trang, Ho Chi Minh City, Sajgon

Laotańska przyroda


Przedsmak raju


Przyroda Laosu - dzika i nieokiełznana

Laos - Pakse - Vientiane - Luang Prabang


Wszystkiego smacznego


Laos, Lao, Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna, Sathalanalat Paxathipatai Paxaxôn Lao


Kambodżańska droga nagle się urywa, a granica z Laosem dopiero w budowie. Ale spokojnie, w kontenerach urzędują pogranicznicy i bez problemu wydadzą wizę.

Potem jeszcze zapytają, jak po polsku się dziękuje. Z entuzjazmem wymawiają trudne dla nich słowo i świetnie przy tym się bawią. Sytuacje z nauką języka będą się przydarzały jeszcze przy wielu okazjach. Widocznie Laotańczycy garną się do świata poprzez poznawanie "niewymawialnych" słówek. Tu ciekawostka: rosyjskiego prawie nikt nie zna, pomimo bratniej współpracy i potężnej rzeszy kremlowskich doradców, którzy w swoim czasie stanowili 20% populacji tego niedużego kraju.

W miejsce symboliki królewskiej wszechobecnej w Tajlandii i Kambodży, dla odmiany Laos eksponuje (przyznać należy, że niezbyt nachalnie) niesłuszne już gwiazdy, sierpy i młoty. Także w sąsiadującym Wietnamie socjalizm wciąż się trzyma ewoluując w niewiadomym kierunku.

Na dobrą sprawę komunizmu, jaki znamy z podręczników, nie widać w ogóle. Daremnie oczekiwać większych ilości mundurowych, jakichś kontroli, obserwacji i to jest miłe zaskoczenie. Z pozycji turysty laotański ustrój jest prawie niezauważalny. Może to kwestia egzotyki, która nas otacza i niezrozumienie realiów? Obecny Laos zdaje się odchodzić od ustroju komunistycznego na rzecz gospodarki rynkowej. Przykład dla krajów regionu poszedł z szybko rozwijających się Chin - giganta komunistycznego z nazwy, a z rozbuchanym kapitalizmem w środku.

Przy zwracaniu paszportów, już na pożegnanie, kambodżańscy urzędnicy "inkasują" po dolarze, a witający Laotańczycy (prócz standardowej opłaty wizowej), żądają 2 $ USA, dlaczego akurat tu two? Bo z miniaturowego okienka recholą się do ciebie - tak jest! - dwie laotańskie twarze.

Laos jeździ na skuterach i pedałuje na rowerach damkach (nie mam pojęcia dlaczego, ale "płeć" roweru to jakiś ważny wyróżnik) oraz chodzi w takich samych klapkach z gumy, doskonale sprawdzających się w tropiku przez okrągły rok! Bosonogich nie widać, no chyba że w częściach mieszkalnych i wioskach etnicznych. Przed pomieszczeniami sakralnymi i domostwami setki tutejszego obuwia. Tam wchodzi się na boso, a to, niestety, skutkuje specyficznym zapachem.

Do czego służy droga - wiadomo. Ale gdzieś trzeba też suszyć ryż! Miejsce nadające się do tego doskonałe: bo równo, bo sucho, bo przewiewnie. Maty porozkładane na skrajni i na nich zostawione ziarno, oczywiście pod czujnym okiem właściciela. Praktyka dość powszechna, także na najnowszych drogach. Kierowcy wiedzą, co trzeba robić i zręcznie suszarnie omijają.

Kto jeszcze jest pełnoprawnym użytkownikiem jezdni? Krowy, kozy, psy, domowe ptactwo oraz drobni handlowcy. Bynajmniej niespiesznie ustępują miejsca pojazdom, a nawet wcale, zwłaszcza, kiedy odbywają siestę na osi jezdni lub akurat coś komuś sprzedają. Zupełnie inaczej zachowują się bawoły, arystokratycznie trzymające się z boku i najchętniej zalegające w głębokim błocku.

Z okazji końca pory deszczowej - przypadającego w połowie października "święta wody" - w Pakse, Laung Prabang oraz w stołecznym Wientiane organizowane są festyny. Wszyscy rozkładają się nad Mekongiem. Czego tam nie ma? - zadziwia się człowiek. Żelaznymi punktami programu są wyścigi wieloosobowych załóg wioślarskich i przeróżne koncerty. A stoisk handlowych ze wszystkim - ilości wprost niewyobrażalne! Oszołomienia dopełnia fakt, że miasta Indochin są jednym wielkim bazarem działającym na okrągło, a uwzględniając wspomniane święto, śmiało możemy mówić o targowisku galaktycznym. Ważne żeby konkurencję przekrzyczeć, co ułatwiają najnowocześniejsze aparatury nagłośniające z potencjometrem ustawionym na full.

Już nazajutrz poziom wody w rzece gwałtownie opada, jakby natura nagle pootwierała niewidzialne zapory. Ale życie nie uznaje próżni i ustępujący żywioł ukazuje coś nader przykrego. Na nabrzeżu zastajemy pobojowisko: niewyobrażalne góry śmieci i fetor nie do wytrzymania. To samo w supermarkecie, gdzie odpadki unieruchomiły ruchome schody. Oto śmieciowy szok, który robi wrażenie jedynie na przybyszach ze świata, miejscowi bowiem za sprzątanie biorą się z niejakim oporem. Deszcz i tropikalny upał tylko potęgują grozę. Człowiek mimowolnie wypatruje "pełzających" choróbsk. Z drugiej strony można by pomyśleć, że im więcej odpadków, tym bardziej udane świętowanie.

Ale wielka feta mija i trzeba brać się do roboty. Po opadnięciu wody na osadach rzecznych zakłada się ogródki warzywne. Powstają wszędzie, gdzie to tylko możliwe, tysiące poletek rozsadowych na całej długości indochińskich rzek.

Prowincjonalne Wientiane z pozostałościami kolonialnego stylu francuskiego. Kafejki i bagietki to w Indochinach pofrancuskie klimaty. Specjały bardziej dla przybyszów, aniżeli tubylców, którzy za wypiekami mącznymi zwyczajnie nie przepadają. Menu tubylców, zwłaszcza z górzystych rejonów, znacznie różni się od europejskiego. Na przydrożnych kramach, prócz francuskich specjałów, czyli żab (jakichś ropuch ogromnych, gatunków w Europie niewystępujących) i ślimaków w przedziwnych muszlach, znajdziemy wszelakie stworzenia wodne. Te wijące się i pełzające (wszystko żywe i powiązane w pęczki niczym rzodkiewka i szczypior!) oraz całą zwierzęcą awionikę, np. szarańczę, jakieś chrząszcze i nawet nietoperze. Dodatkowo maleńkie ptaszki, o pająkach nie zapominając. Nie brakuje rybek akwariowych w ogromnych koszach i trudno odgadnąć, co jeszcze. Z pewnością wypatrzyłem ugrillowanego szczura (może chomika?), z kompletem zębów i pazurkami. Identyfikację utrudniał fakt, że nieszczęśnika przed rzuceniem na ruszt rozpięto, niczym latawiec, na drewnianym szkielecie. No i jeszcze coś na deser, proponuję... larwy szerszeni. Ach, zapomniałbym. Na dobre trawienie: wężówka albo od razu podwójna gadówka!

W samym centrum Wientiane po Amerykanach pozostał gigantyczny plac, gdzie stacjonowały B-52 bombardujące dywanowymi nalotami i zrzucające napalm na Wietnam. Obecnie to miejsce defilad zwieńczone z jednej strony największym zabytkiem Laosu - Złotą Stupą, a z drugiej podobną budowlą zawierającą akcenty... komunistyczne. Ot, zderzyły się dwie religie. Wieżę kontrolną bazy lotniczej zagospodarowano na trybunę honorową.

Innych Polaków w Laosie nie spotkałem. Z obcokrajowców dominują Francuzi z Francji i francuskojęzyczni Kanadyjczycy. Większość z nich odbywa podróż sentymentalną. Skąd to wiadomo? Prócz turystycznych przewodników Pascala i Lonely Planet, każdy z nich w plecakach poupychał i taska przez świat opasłe tomiska z powieściami. To dość nietypowy i troszeńku nawiedzony typ podróżnika, zaczytany w każdej możliwej sytuacji. Kluczą po, jak tego pewnie by chcieli, kolonialnym Laosie wiedzeni tropami literatury opiewającej epokę, kiedy Indochiny pozostawały pod protektoratem francuskim. Ale to se ne vrati...

Można by jeszcze sporo o Laosie napisać, szczególnie o klimatycznym Luang Prabang - historycznej stolicy z jej licznymi zabytkami i pagodami, gdzie żyje kilkuset buddyjskich mnichów. Niezwykły widok o poranku, kiedy 400 braci w pomarańczowych szatach, gęsiego w karnym szyku, przemierza uliczkami miasta po codzienną jałmużnę: jeszcze ciepły ryż, ciastka, słodycze, owoce, czasem pieniądze. W ceremoniale chętnie biorą udział turyści z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi. To już naprawdę rzadkie w świecie sytuacje.



Październik 2011

Powrót do góry strony

Laos szczodrobliwy


Codzienny rytuał w Luang Prabang (slajdy)


Louangphrabang, ຫລວງພະບາງ lŭaːŋ pʰā baːŋ, Luang Prabang

Wioska w Laosie


Etniczny los


Laos, Saravan, Prowincja Champasak

Samo białko


Indochińskie ucztowanie (slajdy)



Kambodża - Phnom Penh - Siem Reap


Kierunek Angkor


Kambodża, Królestwo Kambodży, ព្រះរាជាណាចក្រកម្ពុជា, Kâmpǔchéa, Preăhréachéanachâkr Kâmpǔchéa


Granica tajlandzko-kambodżańska. Ledwo zatrzymujemy samochód, a bagaże już lądują na wózku amatora szybkiego zarobku. Spod ziemi wyrastają usłużni Kambodżanie. Nie wiedzieć kiedy, a już mają w rękach nasze paszporty i natychmiast przystępują do załatwiania wiz wjazdowych do Królestwa Kambodży. Wyjątkowo namolnie zachęcają do posiedzenia w cieniu, to oni wszystkim się zajmą - objaśniają na migi. Odgadują każdą myśl, rozszyfrowują gesty przybyszów i czynią to z "profesjonalnym" wdziękiem. Dzieje się tak pewnie dlatego, że w opuszczonym gospodarczo rejonie granica państw daje okazję do zarobienia paru kipów. Porównując Kambodżę do krajów, które już za nami, a więc: do Singapuru, Malezji i Tajlandii, skaczemy w przepaść. Towarzyszący temu szok rekompensują napotkani ludzie, równie, jak i tamci życzliwi.

Wyłania się wszechobecna bieda z nieodłącznym anturażem - wielkim niedosprzątaniem. Drogi ze skrajnią z czerwonej ziemi fundują niespodzianki w postaci wyrw i pałętających się psich samobójców. Stosunkowo mały ruch i po obu stronach bezkresne nieużytki przechodzące w regularną dżunglę, miejscami wrastającą w asfalt. Mnóstwo drewnianych szop będących w rzeczywistości domostwami w śmietniskowej otulinie.

Sklepiki przydrożne z niczym. Dosłownie. Jakaś woda, chrupki, chipsy i pozostałe śmieci konsumpcyjne. Gdzieś podziały się bogate owocowe kramy z podzwrotnikowymi cudami. W tych budach mieszkają ludzie (mnóstwo dzieci), psy i koty. Tam też świadczy się całodobowe usługi o niepojętej specjalizacji: ktoś w świetle latarki naprawia alternator, ktoś uzupełnia płyn chłodniczy, ktoś jeszcze sprzedaje paliwo do skuterów i tuk-tuków, odmierzane w plastikowych butelkach i przytaskane na drogę w bambusowych nosidłach. Obsługa "stacji" to częstokroć matka ze sprytnym synkiem. Mama kasuje, syn "tankuje".

Rozczarowanie mija wraz ze świtem, kiedy już rozpoznajemy tubylcze twarze. W autobusie trochę speszona sąsiadka częstuje mango i papają. Mili i uśmiechający się ludzie, ale dopiero po dłuższej obserwacji. Jakby nie dowierzają w intencje obcokrajowców. Dotyczy to zwłaszcza ludzie starszych, młodzi reagują bardziej spontanicznie. Biedny naród wciąż liże rany po strasznych rządach Czerwonych Khmerów. Jak z głęboko upokorzonymi ludźmi mamy do czynienia wyczuwa się w ich ciszy i spokoju, w jakimś wycofaniu i w tych jakby zawstydzonych uśmiechach.

Phnom Penh, 6.00 rano, po całonocnym monsunie. Gorąco. Miasto zaczyna hałasować niepoliczalnymi skuterami, które lawinowo wypierają azjatyckie rowery. Przejmujący widok zaawansowanego wiekowo rikszarza wypatrującego potencjalnego klienta. Bezszelestnie przejeżdża ulicami licząc na wczesny zarobek. Ulice zapełniają się powoli najdziwniejszymi pojazdami specjalnego przeznaczenia. Oto mobilna garkuchnia na bazie roweru lub motocykla, za chwilę obładowany ponad miarę wehikuł ulicznego sprzedawcy bagietek i owoców. Wszak dzień rozpoczyna się od posiłku. Potem trzeba gdzieś dojechać. Najlepiej tuk-tukiem. Miejscowa odmiana mocno różni się od tajskiej trójkółki. Motocykl z przegubem ciągnie czteroosobową, zadaszoną gondolę. Jakim cudem silnik radzi sobie z ciężarem pozostaje tajemnicą Hondy lub chińskiego substytutu.

Riksze i tuk-tuki to odrębna estetyka i swoisty styl. Jest ich więcej niż chętnych do korzystania z usług. W azjatyckim zgiełku taki transport wydaje się być najbardziej optymalny z uwagi na niskie ceny i pełną mobilność. Tuk-tuk (skuter, riksza) wjedzie wszędzie i w każdym momencie zmieni kierunek. Pojazdy posiadają oficjalne rejestracje i zezwolenia dopuszczające do ulicznego ruchu. Gdyby jeszcze coś zaradzić ze spalinami, byłoby super. Dla Azjatów jakimś wybawieniem są maseczki. Na pasażerów tuk-tukciarze polują z tabliczkami powitalnymi w języku angielskim, przy okazji przedstawiają oferty turystyczne z wizualizacją poszczególnych atrakcji.

Phnom Penh miasto kontrastów. Kurz, jak na polnej drodze i całkiem wystawne kwartały miasta na bulwarze wielkiej rzeki, będącej dopływem jeszcze potężniejszego Mekongu, która o tej porze, niczym Amazonka, niesie wszystko, co porwała wysoka fala i po której pływają ogromne statki. Nikt nawet tutaj nie myśli o zagrożeniu powodziowym, po prostu pod koniec pory deszczowej jest tutaj tak od zawsze. Ludzie z ogromną wodą umieją żyć. Monsuny, momentami przerażające, idą codziennie.


Phnom Penh to ciekawe, choć trochę chaotyczne i mocno zatłoczone miasto. Jak na stolicę państwa zajmuje niewielką powierzchnię. W wielu przewodnikach podkreśla się jego bajkowy klimat. To niezwykle bogate historycznie miasto zaskakuje nas swoją wyjątkowością. Jeśli angkorskie świątynie pozostawiły w turyście niedosyt, trzeba koniecznie odwiedzić Muzeum Narodowe, Srebrną Pagodę i Pałac Królewski. Na niepowtarzalny klimat wpływają niezliczone targowiska i bazary. Z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie na pamiątkę pobytu w tak egzotycznym miejscu.

Po dwóch dniach trzeba jednak ruszać dalej. Mijamy setki kilometrów osad na palach. Jedynym suchym miejscem pod koniec pory deszczowej jest droga, która jedziemy wraz z wąskim poboczem. Na gigantycznym terenie pod wodą droga owa jawi się, jako gigantyczna grobla. Tam gromadzi się bydło i resztę żywego inwentarza oraz przenosi się handel. Ludzie większą część roku żyją na wodzie i to bynajmniej nie jest stan klęski, takie po prostu są uwarunkowania geograficzne.

Oto codzienność Kambodżan, ciężko doświadczonych ludzi, którzy nie mają innego miejsca do życia. Bogatsi budują domy na wyższych palach, z solidniejszym zadaszeniem, krezusi stawiają domy murowane na usypanych wzniesieniach i posesje ogradzają zaporowym płotem, który teoretycznie powinien powstrzymać wielką wodę.
Nie ma akcji ratunkowej dla powodzian, nie ma amfibii, wojska, dzielnego starosty w strażackim hełmie, ani burmistrza w gustownych woderach. Pisząc nieco aluzyjnie chcę zaznaczyć, że Kambodżanie nie doczekali jeszcze, w porównaniu z nami, równie współczulnych włodarzy. A rodzina królewska jest mimo to honorowana na każdym kroku!

Ludzie brodzą po kolana, po pas, po szyję... porządkują, co idzie uporządkować. Dzieci zarzucają sieci na ryby, wędkują nawet w najmnieszym bajorku. Pluskają się w szlamiastej wodzie. Co dziwne wydają się być radosne i szczęśliwe. Chce się wierzyć, że uważają na niebezpieczne gady, które z pewnością czają się w czeluściach.

Podróżujący klimatyzowanym autokarem turyści już po 50 km nudzą się "powodzią" i życiem na palach. Chowają aparaty i zapadają w drzemkę. A do snu ich kołyszą, jak najbardziej współczesne, teledyski karaoke w estetyce lat 60-tych. Wykoafiurowane pieśniarki, takie kambodżańskie Kasie Cichopek, smętnie zawodzą o miłości i rozstaniu. Plan clipów wypełniają tańczące bezkontaktowo (lepiej byłoby rzec - pląsające) pary z przyszytymi uśmiechami. Estetyczny odlot. Ufff...


Do Angkoru jeszcze ze trzy godziny...


Październik 2011

Powrót do góry strony

Wydarte dżungli


Angkor Wat


Angkor Wat – największa, najważniejsza i najbardziej znana świątynia w kompleksie Angkor, położonym w prowincji Siem Reap w Kambodży.

Angkor Wat (slajdy)



Kambodża


Życie na wodzie

Tonle Sap – jezioro w Kambodży, w zachodniej części Niziny Kambodżańskiej; największe na Półwyspie Indochińskim. Bardzo zmienne pod względem stanu wody w zależności od pory roku; powierzchnia waha się od ok. 2,5 tys. w porze suchej do ok. 15 tys. km² w porze deszczowej. Głębokość wynosi od 0,2 m do 14 m. Jezioro jest połączone przez rzekę Tônlé Sab z Mekongiem. Znajdują się na nim pływające wsie rybackie i liczne osiedla na palach.


Cały świat zjeżdża do Siem Reap by podziwiać ruiny wydartego dżungli Imperium Angkoru. Nie wszystkim starcza czasu i ochoty na poznanie innej twarzy Kambodży. Chodzi o tzw. Floating Villages, czyli całkiem spore wioski pływające na jeziorze Tonle Sap. Jak tam dotrzeć? Oczywiście należy dopłynąć, oddalając się wiele kilometrów od linii brzegowej. Miejscowi touroperatorzy chętnie wszystko zorganizują, za niewielką odpłatnością - należy dodać. I tak wpływamy w niesamowity świat, oglądamy coś, czego w ogóle nie mogliśmy wcześniej wyobrazić, znowuż przekonujemy się że ludzie żyją wszędzie i w każdych warunkach.

Nie jest to jednak „Wodny świat", jaki światu pokazał Kevin Costner w raczej kiepskim filmie pod takim właśnie tytułem. Kambodżańczycy nie są aktorami popisującymi się przed turystami. To prawdziwi ludzie, którzy nie mają innego miejsca do życia.

Oto społeczność mieszkająca na wodzie w domkach na pływakach wykombinowanych z pustych beczek, łodziach mieszkalnych zacumowanych przy innych obiektach lub w stałych domostwach wyniesionych na palach. Architektura wodna poszczególnych miejscowości czasami znacznie się różni. Inny styl znajdziemy w Chong Kneas a jeszcze inny w Kompong Phluk. Przejmująca bieda przeplata się ze względnym dostatkiem, bywa kolorowo i nawet wesoło. Ludzie po prostu żyją: gotują, robią pranie, pracują łowiąc ryby lub wszystko co w subtropikalnym jeziorze może pływać.

Codzienność: dzieci chodzą (a raczej płyną) do szkoły, jeszcze inni modlą się w okazałej świątyni wspartej na wielkich palach. Policjanci urzędują w solidnym budynku wybudowanym na płytszej wodzie, a mobilne sklepiki na łodziach dostarczają mieszkańcom wioski niezbędne towary. Z ludźmi dzielą wodny los udomowione zwierzęta: koty, kury i kambodżańskie świnki. Widzimy przydomowe ogródki z nowalijkami i ukwiecone tarasy, gdzie ktoś w hamaku postanowił przeczekać dokuczliwy upał. Można również zasiąść w skromnej restauracji z plastikowymi krzesłami, która - jak się wydaje - lokalsom raczej nie służy. To miejsce relaksu dla ciekawskich turystów, którzy mogą sobie pozwolić na hedonizm.


Zapraszam na pokaz slajdów z jeziora Tonle Sap.



Tajlandia - Padong - Kanchanaburi - Bangkok


Tajski całusek


Tajlandia, ราชอาณาจักรไทย, Prathet Thai, Muang Thai, Królestwo Tajlandii


O Tajlandii napisano tak wiele, że zabranie się za rajski temat musi skończyć się tekstem banalnym. O wiecznym słońcu, o boskim morzu i nieziemskich orchideach. Spróbuję trochę inaczej.

Polacy "wyspecjalizowali się" w Egipcie. Znam takich, którzy bywają tam rokrocznie, jeszcze inni, czyli wypasiona wersja turystycznych leni, siedzą tam po 2-3 turnusy. Niestety, w cieniu piramid osobiście jeszcze nie schładzałem się i do Egiptu mi nie spieszno.


O czym mógłbym napisać po powrocie, skoro Jurek, Irenka, Ziutek i Ela tam już byli po parę razy, a Wiktor grilluje łysinę tygodniami? Zaziewałbym się na śmierć, gdybym znowu musiał oglądać kolejne zdjęcia Sfinksa i zmanierowanych poganiaczy wielbłądów, tym razem napstrykane przez siebie.

Tajlandia miała być przerywnikiem w podroży po sześciu krajach Indochin i z przyczyn "egipskich" miałem o niej nie pisać. Nie dlatego, że turystyczna stonka z Polski zadeptuje ten cudny kraj, bo na szczęście jeszcze tak nie jest. Do Indochin strasznie jednak daleko i z tego względu o wiele drożej niż w Hurghadzie.

W trzech słowach: czym jest Tajlandia? Jednym Wielkim Uśmiechem! Wszyscy do ciebie, białasie, się uśmiechają. I jeśli w pierwszym momencie sobie kombinujesz, że rechocą się do twojego portfela, bardzo szybko przekonujesz się, że zgoła o inny uśmiech się rozchodzi. Uświadomiłem to sobie w sytuacji niezwykłej i zarazem banalnej. Jadąc na pace przedziwnego wehikułu, świadczącego usługi taxi, obserwowałem ruch uliczny. Niepoliczalne skutery ujeżdżane przez 3-4 pasażerów! Typowe tutaj obrazki: trzy wyfiokowane piękności z uśmiechami od ucha do ucha, tuż obok matka z dwójką dzieciaków. Za nią nastoletnia córka, przed - kilkuletni syneczek. Cała trójka macha powitalnie rozdając uśmiechy przybyłym z zimnej Europy gościom, a malec dodatkowo "posyła" całuska. Komu, jak komu, ale dziecku musimy uwierzyć!

I tak na każdym kroku. Starzy i młodzi w geście pokory, eleganckiej grzeczności bez fałszywego uniżenia. Tajowie to nacja uśmiechnięta ponad normę. Chociaż nic nie rozumieją, co chcesz im powiedzieć, z ogromną cierpliwością odgadują twoje oczekiwania. Zero zniecierpliwienia i maksimum uśmiechu. Taj i Tajka (zwłaszcza ona!) rozbroją największych ponuraków.

Miejscowi ludzie są wyjątkowo pracowici. Uwijają się na ryżowiskach, plantacjach trzciny cukrowej i manioku. Mimo naprzemiennego żaru i monsunu ciężko harują na codzienną miskę ryżu. Każdy skrawek kraju jest zagospodarowany, a ilość i różnorodność oferowanych usług wprost niewyobrażalna.

Długo zastanawiałem się skąd ów Jeden Wielki Uśmiech się bierze. Tłumaczenie, że z całorocznego ciepła, to za mało. Osobiście sądzę, że mamy do czynienia z efektem kruchości tutejszego życia. Trzeba cieszyć się ulotną chwilą i radością zarażać innych. Tajowie doświadczyli wiele nieszczęść. Nie tylko od natury przynoszącej im trzęsienia ziemi i w konsekwencji straszliwe tsunami.

Kraj był wielokrotnie łupiony przez Khmerów - najeźdźców z północy i przez lata wyzyskiwany przez Anglików. To oni zostawili Tajom ruch lewostronny i mnóstwo regulacji administracyjnych. Dzisiaj wracają tutaj w charakterze turystów leczyć angielski spleen. Przy okazji podciągają się w historii.


Z dala od turystycznych szlaków, w 2,5 godziny autobusem od Bangkoku, w położonym niedaleko granicy z Birmą mieście Kanchanaburi, znajduje się owiane złą sławą miejsce. To o nim opowiada film z 1957 r. "Bridge on the River Kwai". Brytyjscy żołnierze, wzięci do niewoli przez Japończyków, mają zbudować most. Ich dowódca, pułkownik Nicholson, postanawia udowodnić wyższość moralną i techniczną Brytyjczyków i osobiście pilnuje przebiegu prac. Nie obchodzi go, że most będzie służył wrogowi. Tymczasem nad rzekę Kwai przybywa grupa żołnierzy, by zniszczyć most, którym ma biec główny szlak transportowych wojsk japońskich...

"Most na rzece Kwai" to legendarny film i legendarna piosenka. Obraz łatwo znaleźć w Internecie, a piosenkę każdy może sobie zaśpiewać lub zagwizdać. Daleko stąd do wybrzeża i jedyną atrakcją jest ów most, banalny żelaźniak, ściągający Anglosasów z całego świata. Zarabiają na tym Tajowie pieczołowicie opiekujący się wielkim cmentarzem, gdzie spoczywają polegli.

Trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera wystąpiło 26 grudnia 2004 r. na Oceanie Indyjskim w pobliżu wybrzeża Sumatry i w jego następstwie potężne fale tsunami zabiły ponad 200 tys. ludzi w południowym i południowo-wschodnim rejonie Azji. Potężne fale sięgające trzech pięter, spustoszyły wybrzeża Sumatry, Tajlandii, Malezji, Indii i Sri Lanki. Wśród ofiar tragedii dwie trzecie stanowiły kobiety i dzieci. Zabitych i zaginionych było też około 7 tysięcy zagranicznych turystów, spędzających okres świąteczny w nadmorskich kurortach regionu.

Po tej tragedii Tajowie nie prosili o koce, wodę. To akurat jest w tym klimacie najmniej potrzebne. Zapraszali - oczywiście z uśmiechem - znowu do siebie: przyjeżdżajcie do nas odpoczywać, jesteśmy wystarczająco pracowici, szybko sami sobie pomożemy.

Kończąc "antyegipskie" rozważania tradycyjnie już spróbuję znaleźć w Tajlandii analogie z Polską. Podobieństw nie ma żadnych, zwłaszcza jeśli pomyślimy o niegasnącym słońcu i Jednym Wielkim Uśmiechu. Tylko w jednym jesteśmy drugą Tajlandią. Ten buddyjski kraj jest maksymalnie zakapliczkowany. Z tym, że i te miejsca są od naszych odpowiedników radośniejsze...

Już na zakończenie. Cūb xỳāng h̄nạk, czyli krótko mówiąc: จูบอย่างหนัก (całuję mocno).


Wrzesień 2011

Powrót do góry strony

Tajlandia w kwiatach (galeria)



Malezja - Kuala Lumpur


W cieniu Petronas Twin Towers


Petronas Twin Towers – bliźniacze wieże w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Wysokość 452 m. Są to jedne z najwyższych budowli (wież) świata. Wieżowce z Malezji zachowały tytuł najwyższych bliźniaczych wież świata i budowli zbudowanych przed końcem XX wieku. Wieże Petronas Towers były najwyższymi budynkami świata (nie licząc iglicy) od roku 1998 do 2004. Dwa drapacze chmur są połączone mostem o długości 58 m na poziomie 41. i 42. piętra. (źródło: Wiki)

XXV wiek


Majulah Singapura


Singapur, Singapore, 新加坡 Xīnjīapō, Singapura, சிங்கப்பூர Cingkappūr


Kto marzy o Chinach, Indiach oraz Japonii i za jednym zamachem chciałby zwiedzić te miejsca, a przy okazji zahaczyć o parę pozostałych krajów Azji, powinien wybrać się do Singapuru. Znajdzie tam wszystko.

Singapur to miasto-państwo położone na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego, 137 km na północ od Równika. Po Monako plasuje się na drugim miejscu w kategorii najgęściej zaludnionych państw świata. Obecnie liczba ludności oscyluje w granicach 5 mln.

Nazwa pochodzi od dwóch sanskryckich słów: singa (lew) i pura (miasto), stąd niekiedy bywa stosowana nazwa Miasto Lwa.

Wizerunek posągu Merlion jest znanym symbolem Singapuru i pielgrzymują doń wszyscy, a znajduje się on na terenie urządzonego z ogromnym rozmachem parku rozrywki, który znajdziemy na wyspie Sentosa. Dojeżdża się tam super nowoczesną kolejką gondolową i wagonikami naziemnymi.

Ultranowoczesne city to kamienna pustynia, odhumanizowana i zdawałby się wyludniona. Człowiek zamienia się w drobinkę i zatraca w labiryncie tarasów, zaskakujących podejść, niezliczonych schodów i mega wysokich budowli. Wszędzie panuje idealny porządek. 1000 singapurskich dolarów wręczam każdemu, kto znajdzie choćby ślad po graffiti, nie mówiąc o śmieciach z premedytacją wyrzuconych! To pewnie jedyne takie miejsce na świecie. Przykładów barbarzyńskiej twórczości nie widać nawet w dzielnicach "dla ludzi", czyli w kwartale Chinatown i Małych Indiach. To tam warto zamieszkać, w warunkach może skromniejszych, ale z pewnością za mniejszą kasę. Roi się tam od ludzi i wreszcie można poczuć klimat wielokulturowej Azji. Co rusz napotykamy świątynie wszelkich wyznań z rozmodlonymi wyznawcami hinduizmu, a kilkadziesiąt metrów dalej muzułmanów i buddystów. Spotkać też można kościoły katolickie. Najważniejsze, że nikt nikomu nie wchodzi w drogę. Oto ekumenizm praktyczny.

Na wąskich ulicach od świtu roznosi się zapach modlitewnych kadzidełek i orientalnych przypraw. Rozpalone tropikalnym słońcem Małe Indie budzą się powoli, by pod wieczór zapełnić się ludźmi różnych ras, zachwycającej urody i orientalnych strojów.

Singapur to państwo bardzo zróżnicowane pod względem etnicznym. Największe grupy ludnościowe mają pochodzenie chińskie, malajskie i hinduskie. To prawdziwa Wieża Babel, gdzie słyszy się przeróżne języki. Za "ojczyste" uważa się: mandaryński, angielski, malajski, hokkien, kantoński, teochew, tamilski oraz pozostałe dialekty chińskie. Nikogo nie dziwi grupka uczniów w jednakowych mundurkach, dzieci przeróżnych ras, pod opieką nauczycielki w chuście muzułmańskiej.

Singapur leży w strefie klimatu równikowego wybitnie wilgotnego. Średnia suma wysokich, rozłożonych równomiernie w ciągu roku opadów wynosi 2500mm. Temperatura powietrza jest prawie cały czas taka sama – w styczniu wynosi średnio 25 stopni Celsjusza, a w czerwcu 27. W czasie zimowego monsunu wiatry wieją z północy i północnego wschodu, a podczas letniego odwrotnie – z południa i południowego wschodu. Jak podają przewodniki standard życia Singapurczyków jest na niezwykle wysokim poziomie. Rządząca partia postanowiła także, iż wszyscy mieszkańcy w ciągu najbliższych lat będą mieli dostęp do bezpłatnego Internetu finansowanego z podatków. Singapur jest czwartym finansowym centrum świata po Londynie, Nowym Jorku i Tokio. Port w Singapurze przeładowuje drugą największą ilość kontenerów na świecie, po porcie w Szanghaju.

I na koniec podróżny (naprawdę przyśniony!) sen. Podczas dwunastogodzinnego lotu z Monachium do Singapuru wyśniłem, że nasz Airbus A 340 300 "Görlitz" musiał awaryjnie lądować i załoga gładko posadziła go na szosie w okolicy... Świebodzina. Dlaczego tam? Dobre pytanie na które nie ma prostej odpowiedzi, bo to przecież zaledwie sen. Z miasteczkiem tym wiąże się moje dzieciństwo i być może właśnie nadszedł czas odwiedzenia starych kątów? Sen, jak na sen przystało, ma jeszcze drugie dno. Dzisiejszy Świebodzin zasłynął w świecie posągiem Chrystusa wyższym od tego z Rio de Janeiro. Niestety, do Rio jeszcze nie dotarłem. Czyżby sen proroczy wskazywał bezsens ewentualnej podroży? Być może w tym coś jest, no bo skoro Singapur jest pigułką Azji? Hm...

Świat ma wiele pępków. Singapur z pewnością jest jednym z nich, obok wielu równoprawnych, np.: Paryża, Moskwy, Waszyngtonu i właśnie brazylijskiego Rio. Nie wierzcie zapyziałym politykom, tym prawdziwie prawdziwym patriotom, głęboko wierzącym, że pępkiem świata jest Warszawa, albo jakiś inny Licheń.

Majulah Singapura! - oto singapurskie motto i hymn, co oznacza "Naprzód Singapurze". Trawestując - wołam: Naprzód Polsko! Majulah Świebodzinie!


Wrzesień 2011

Powrót do góry strony

Uzbekistan


Okruchy Orientu


Uzbekistan, Oʻzbekiston, Republika Uzbekistanu – Oʻzbekiston Respublikasi


Airbusem A 321-200 Aerofłotu z Warszawy, ze śródlądowaniem w Moskwie, przenosimy się do Taszkentu – miasta stołecznego Uzbekistanu. Podczas rejsów odbywających się z precyzją godną uznania zapewniona jest aprowizacja w postaci gorących dań, wszystko w cenie biletu. Widać, że przewoźnik dba o swoją reputację, co wyraża się także w perlistych uśmiechach załogi. Spodziewam się, że nawet niedoszły premier z Krakowa, wraz ze swą oryginalną małżonką, nie miałby powodu do rozpętywania międzynarodowego skandalu. Choć ogolić się za to nie dam, bo przecież z punktu widzenia zakompleksionego polityka lądujemy na terenie wywołującym czerwonkę.


U celu początku podróży

W taszkenckim porcie lotniczym, mimo pory nocnej, mnóstwo „łapaczy” turystów, którym oferuje się różnorakie usługi. Głównie transport i noclegi. Pierwsze mocniejsze wrażenie: na ulicach szarogęszą się lanosy, nexie, tica i matizy. W ilościach zgoła niepojętych! Generalnie – mnogo maszyn koncernu Daewoo, który w Uzbekistanie rozpanoszył się na dobre, a teraz pyszni się pod flagą Chevroleta. Widać to po nowych modelach, u nas w ogóle niespotykanych. Maszyn europejskich i japońskich prawie się nie widuje.

Gostinica „Ał-Xosiłot”, taki niby Dom Chłopa. Wewnątrz, jakby to określił literat Andrzej Stasiuk: rozpierducha postindustrialna. Połamane łóżka na korytarzu, zdekompletowane sanitariaty, złuszczone lamperie i sypiące się tynki oraz wszystkowidzące etażowe, doglądające porządku na poszczególnych kondygnacjach. Pilnujące ładu szeroko pojmowanego, także państwowego.

W „Ał-Chosiłot” wrobił nas Rahman, bardzo życzliwy w sensie, że sobie absolutnie źle nie życzy. Zaoferował nocleg za 15 $ + 5 $ transport. Na dokładkę odkupił dolary po kursie bankowym za 1 500 so’m z zastrzeżeniem, że u konkurencji może być o wiele gorzej, która wprawdzie zaoferuje po 1 900 so’m, ale z pewnością będzie to niedobry interes, wiadomo dla kogo.

Sto dolarów to tutejsza bieda-pensja, 190 000 so’m – góra pieniędzy i to w sensie dosłownym, bo w Uzbekistanie najwyższym nominałem jest banknot 1 000 so’m. Trzeba zobaczyć z jakim talentem Uzbecy liczą te papiery, cyrkowa maestria, aż strach zazdrościć…

W stronę uciekającego brzegu

Z Taszkentu do Nukusu lecimy wysłużonym Tu 154B, smokiem paliwożernym i hałaśliwym. – Jest stary, ale jeszcze dobry – objaśnia asystujący przy samolocie milicjant. – Latał nim Islom Karimov!, samyj xaroshyj prezydent Uzbekistana – dodaje. Nie wolno maszyny fotografować, ale za moment jest pozwolenie, wystarczy… uśmiechnąć się i nie czynić tego nazbyt ostentacyjnie. Uzbecy generalnie bardzo otwarci na obcokrajowców, ale respekt wobec władzy jest wielce zalecany.

Pędzimy nocą lanosami ku Morzu Aralskiemu. To morze, którego nie ma, uciekające jezioro, które tak naprawdę wyschło. Zmierzamy do Mujnaku, który jeszcze w latach 60-tych leżał na półwyspie i kwitł, jako ośrodek nadmorski. Po drodze krótki popas w zajeździe uzbeckim dla kierowców. Pełno tutaj TIR-ów i odpoczywających kierowców, drzemiących, czy konsumujących w kuckach „po turecku”, na specjalnych platformach i dywanach, po uprzednim zdjęciu butów. Trochę przykry zapach nieświeżych skarpet, zbliżony do tego, jaki spotyka się w meczecie. Uśmiechnięci Uzbecy raczej zdziwieni, że ktoś z dalekiej Europy podąża do nieistniejącego jeziora.

Furorę robi moje nakrycie głowy. Wszystkim podoba się, że „niewierny” obnosi się z ich tradycyjną tiupitiejką. Większość Uzbeków czegoś takiego w dzień powszedni nie zakłada i wybiera bejsbolówki. Moja czapeczka jest raczej „ogólnoazjatycka”, jak zawyrokował jeden z rozmówców, ale i tak jest oczień okiej.

Morze, które umarło

Już u celu nocnej podróży. Jedyna gostinica w Mujnaku, którą zarządza Kazach o imieniu Baha. Warunki w „hotelu”: doba 10 000 so’m, standard nieporównywalny z czymkolwiek. „Ał-Xosiłot” może robić za Hiltona! To tak, jakby zamieszkać na strychu, od dawna niesprzątanym, gdzie wszystko się popsuło i pourywało, zabrakło farby i w ogóle entuzjazmu. Wyobraźmy sobie, że ktoś komuś zabrał coś najcenniejszego, choćby… morze…, całkowita depresja…

Mujnak to dawny nadmorski kurort i port rybacki z uwięzionymi w pustynnym piachu kutrami i statkami. Mieszkam nieopodal tego cmentarzyska. Morze Aralskie cofnęło się o 200 km stąd. W holu gostinicy wiszą marynistyczne obrazy, co w tych okolicznościach ociera się o schizofrenię. Teraz nie dziwię się, że górale ozdabiają swoje kapelusze muszelkami stworzeń morskich. Pewnie ich prapraojcowie mieszkali nad morzem!

Mujnak umiera. W miasteczku niemożebnie wieje. W powietrzu unosi się pustynny pył, przywiany od… morza? Horyzont za wydmami wciąż jakby nadmorski, ale już nie słychać krzyku mew ani szumu fal. Tylko ten pustynny, upiorny sztorm-nie-sztorm, zabijający nozdrza piach z mikroskopijnymi kryształkami soli. Nad urwiskiem, gdzie kiedyś musiała być wielka głębina stoi teraz monument w kształcie żagla, upamiętniający dawne Morze Aralskie. Z jednej strony uwieczniono akwen z roku 1960, z drugiej zaś jego resztki z roku 2008. Z całości pozostało ok. 10% i to głównie po stronie Kazachstanu. Mówi się, że jezioro się odradza i rocznie przybywa 15 cm wody. W takim tempie potrzeba kilkuset lat cierpliwości. Oto cena półwiecznej gospodarki rabunkowej.

Coś się tli

Mieszkańcy pouciekali do Taszkentu, albo nawet gdzieś dalej. W Mujnaku zostało ok. 6 tys. ludzi, nieliczni młodzi i starcy, którzy chorują na nowotwory przewodu pokarmowego. Morze zbiera ludzkie żniwo, pewnie za to, że ktoś je zamordował z egoistycznej chęci zysku, dla upraw bawełny. Nic tutaj się nie buduje, przeciwnie – burzy i rujnuje. Stoi jeszcze zamknięta na cztery spusty fabryka, dawna przetwórnia ryb.

Baha sprząta otoczenie gostinicy, wyrywa jakieś chabazie i odkłada wszystko na pojutrze. Robi to bez serca i raczej dla zabicia czasu, asystuje mu sympatyczna suczka-znajda wabiąca się Nayda. Starcy, dzieci i kobiety, każdy na czym popadnie: na nosidłach, w bagażniku rozdygotanej łady, na zmyślnej platformie doczepionej do motocykla marki ural, taczkami lub wprost gołymi rękoma – pozyskują gruz ze świeżo rozwalanego budynku. Wszystko na doraźne podłatanie lichych domostw.

W Mujnaku odchodzi akcja stawiania płotów z glinianych bloczków pomieszanych z trzciną, które potem będą pobielone wapnem. Wieść niesie, że to na przyjazd prezydenta Isloma Karimova. Nawet dwunastoletnia Swietoczka mówi, że nic by się nie działo, gdyby nie zapowiedziana wizyta. – A nam i tak wsio rawno – konstatuje rezolutnie.

- Kak tut było morie, było nam xarasho. Była ryba, ptitzy, wsio było.Teraz bieda. Nawet w czasie wojny w Uzbekistanie było dobrze – wspomina leciwy Shaxmatt, przypadkowo spotkany na ulicy. – Uzbecy to dobry naród – przekonuje. – Prijeżajtie k’nam snova – zaprasza. Ludzie w Mujnaku życzliwi, podzielą się lepioszką, podadzą wody.

Szaro i buro dookoła, a szkoły zadbane. Dzieci zmierzają tam ubrane odświętnie, trochę jakby nie z tej ziemi. Dziewczynki z wielkimi kokardami upiętymi na rosyjską modłę. Młodość to przyszłość i nadzieja na odmianę przeklętego losu – możnaby skwitować.

Skarb w glinie

Chiwa od 20 lat pozostaje pod opieką UNESCO. Bajeczne miasto z gliny zlokalizowane tuż przy granicy z Turkmenistanem. Okalające starówkę mury w nieustannej budowie, bo materiał z jakiego się składają jest wyjątkowo nietrwały: mokra glina pomieszana z sianem, nakładana kolejnymi warstwami. Taka technologia powoduje, że umocnienia są bardzo specyficzne. U podstawy monstrualnie szerokie i zwieńczone strażniczymi galeryjkami.

W obrębie glinianych obwarowań ogrom zapierającej dech w piersiach orientalnej ceramiki: pałace, medresy, meczety, łaźnie, domy nietuzinkowych obywateli i… harem. Taki Uzbekistan w pigułce, z dala od podróżniczych szlaków i częstokroć pomijany w ofertach oszukańczych biur turystycznych.

Wystarczy przekroczyć granice starego muru, by zetknąć się z autentyczną biedą. Nikt tam jednak o nic nie prosi i bynajmniej nad sobą się nie użala. Wszyscy są bardzo kontaktowi, pozdrawiają i zapraszają do skromnych domostw. Staruszka wynosi kawałek miejscowego chleba – lepioszkę i wręcza nieznajomemu.
Warto się zadumać: życie jest bardzo kruche. Gdyby w tym rejonie świata padały europejskie deszcze Chiwa pewnie spłynęłaby z nurtem Amu-darii, która gdzieś niedaleko rzeźbi swoje koryto.


Dobrze być Polakiem

Kobiety, mężczyźni i dzieci pozdrawiają turystów pytając skąd przybyli. Dorośli uśmiechają się złoto i to w sensie dosłownym. Dzieci zagadują po angielsku „hello”. Dużo w tym wdzięku i zero nachalności. W ogóle nie widać żebractwa typowego dla naszych parkingów przy supermarketach. Uzbecy pytają, jak nam się żyje po wstąpieniu do Unii. Wzbudzamy wyłącznie pozytywne emocje. Wygodnie być Polakiem w Uzbekistanie! Jeśli ktoś ma narodowościowe kompleksy – powinien tam pojechać…

Warto. Zwłaszcza dla tamtejszych cen. Dobre piwo kosztuje 1 300 so’m, a 0,5 l. wódki od 2 000 wzwyż. Koniecznie trzeba zboczyć z turystycznych szlaków i wstąpić do prawdziwie uzbeckiej knajpki na gorący, pieczony w tradycyjnym piecu, placek z warzywami i baraniną. Zamówić jakąś zupkę, np. lag mon (kabaczki, papryka, uzbecki makaron, cebula, regionalne przyprawy i wszystko w świeżutkim rosole z baraniego mięsa). Nieziemsko smakują również: belyashi oraz pierożki somsa w zestawieniu z powszechnie oferowanym zielonym, niesłodzonym czajem (jedyne 300 so’m za czajnik).

Za 5 000 so’m spokojnie można się posilić, czyli przyzwoity posiłek mieści się w kwocie 10 złotych! Do tego dochodzi niepowtarzalny klimat Orientu: zapachy i wszechobecna muzyka w wykonaniu współczesnych gwiazd Uzbekistanu: Ozody, Alihana Samedou i Yulduz.

Coś dla dietetyków. Ludzie w Uzbekistanie w zdecydowanej masie bardzo szczupli. Grubasów modelu amerykańskiego nie spotkałem. Turyści w Chiwie: Hindusi, Hiszpanie, Francuzi (w zdecydowanej przewadze), Japończycy, jacyś Niemcy i Nowozelandczycy, raczej nieliczni Rosjanie, absolutnie pojedynczy Polacy i Szwajcarzy. Co ciekawe - w ogóle nie widać Amerykanów, którzy w tym kraju mają niezłą pozycję polityczną. Może to kwestia amerykańskiego żarcia, które jeszcze nie zamachnęło się na środkowoazjatycką baraninę?

Wrocławianka z Uzbekistanu

Urgencz. Stotrzydziestotysięczne miasto położone nieopodal osławionej Chiwy. Obie miejscowości łączy trzydziestokilometrowa linia trolejbusowa. Urgencz jest miejscem urodzenia Anny German, którą tutaj wciąż się wspomina. Nawet główna ulica miasta nosi jej imię, ale pamiątek po pieśniarce nie ma już żadnych. Może nie do końca. Taksówkarz z łatwością „odnalazł” pomniczek przedstawiający… książkę, sugerując, że to pamiatnik po słynnej wrocławiance, znanej z tego, że śpiewała w siedmiu językach.

W miejscu, gdzie Anna German przyszła na świat stoi teraz brzydki wielkopłytowiec. Niestety, upamiętniających napisów zabrakło, może ktoś je skradł? Na przekór muzycznym modom w tym rejonie świata nasza rodaczka jest wciąż obecna. Telewizja pokazuje filmy biograficzne jej poświęcone, to fakt autentyczny, który miał miejsce pod koniec października. Niesamowite – prawda?!

Piosenki Anny German są słuchane tutaj o wiele częściej, aniżeli w Polsce. Nawet Sahida i Zarina, dwudziestolatki z Taszkentu, kojarzą nazwisko naszej rodaczki. Puentując: zaśpiewajmy „Człowieczy los” w języku uzbeckim w pięciu oktawach, wszystko na chwałę Allaha.


Ujarzmienie nieujarzmionej

Na każdym kroku usługi „taxi”, pojazdami nieoznakowanymi, a więc prywatnymi nexiami, lanosami i matizami. Nierzadki widoczek: Jedzie Uzbek z rodziną i widzi chętnych do podwiezienia. Co w takiej sytuacji czyni? Wystawia familijkę i zabiera łebków. Powszechność tego typu usług wynika z przyczyn prozaicznych. – Każdy musi dorobić do mizernej pensji – zauważa Samidyn.

Wszechobecna milicja na rogatkach miast i granicach poszczególnych wilajetów wita się z kierowcami podaniem dłoni. Bynajmniej nie w geście przyjaźni. Kierowca przygotowuje misternie złożony banknot 500 so’m, który „niezauważanie” ląduje w łapie łaskawcy. – Bierze – mówi właściciel daewoo damas lux Ormianin Amo. – U niego też jest rodzina… - puentuje filozoficznie.

Milicja pilnuje przepraw rzecznych. Ilość i dziwaczność łat na pontonowym moście Amu-darii przekracza artystyczną wyobraźnię kowala awangardzisty. Ale przejechać idzie. W rejonie rzeki plantacje bawełny i chmara żniwujących, wśród nich mnóstwo dzieci.

Do Buchary przebijamy się poprzez pustynię Kyzył-kum, obok Amu-darii, która majestatycznie rozlewa się po pustynnych piachach. Żegluga jest tutaj niemożliwa, bo rzeka nieuregulowana i kapryśna, bezwzględnie korzystająca z miałkiego podłoża, z którym robi co chce. Tworzy wyspy, półwyspy i niewyobrażalne zakola, jakich w Europie nie zobaczymy. Nie dziwią gigantyczne rozlewiska przypominająca wielkie jeziora.

To rzeka kosmiczna, jakby z innej planety. Ale nad wodą, pozbawioną trawy, czy choćby pojedynczej trzciny, widać wędkarzy. Ciekawe, za jaką rybą wyglądają? Żeby utrzymać przeprawę non stop muszą pracować pogłębiarki. Amu-daria cały czas ewoluuje, zmieniając linię brzegową. Jak to się stało, że nieujarzmiony nurt został ujarzmiony ku zatraceniu Morza Aralskiego?


Buchara i Samarkanda

Buchara z początku rozczarowuje. Dlaczego? Pośród biednej zabudowy wyłania się nagle zachwycający zabytek. To doznanie szokujące i zarazem mistyczne. Tutaj biedna ulica (a raczej jej brak, bo stąpamy po niewybrukowanym dukcie) i znienacka wyrasta monumentalna budowla. Niesamowite medresy – szkoły koraniczne. Niektóre zaniedbane i czekające na lepsze czasy, choć czas ich rozkwitu dawno przeminął. Pozostałe zabytki w jakimś stopniu przypominają Chiwę, którą nazbyt już się nazachwycałem.
Wszystkie obiekty są miejscem bazarowego handlu. Dominuje ceramika, złoto i srebro. Sporo tkanin, jedwabiu i bawełny. Resztę pamiątek można sobie darować. Bazary, na których we wszystko, co potrzebne do życia zaopatrują się miejscowi, zaskakują chińskim chłamem i… czeską porcelaną. To pokazuje, z jaką globalną wiochą mamy do czynienia.

Wyludniony bazar na 10 dni. Młodzi sprzedawcy poszli zbierać bawełnę (ros. „chłopak”; uzb. „pahta”) w przededniu spodziewanych deszczy. To akcja trochę przymusowa i za półdarmo, za jedzenie i mikry zarobek, pozwalający na zakup 2 pudełek zapałek. Wydaje się, że ludzie „chłopaku” nie popierają i trochę z akcji kpią. Choćby Yułduz (uzb. gwiazda) – studentka 3 roku anglistyki z Buchary, którą na „pahtę” nie posłano. Korzystając z zawieszenia zajęć uniwersyteckich udaje się koleją do starszej siostry mieszkającej w Samarkandzie.

Samarkanda to miasto Amira Temura (Timur, Tamerlan) - pradawna stolica jego imperium. Tak się złożyło, że mój hotel był zlokalizowany nieopodal mauzoleum rodowego tego władcy. A jest to zabytek, obok monumentalnego Registanu, sztandarowy dla epoki Timura. O budowlach Chiwy, Buchary i Samarkandy możnaby opowiadać bez końca. Wszystkie są niezwykłe, oszałamiają i zachwycają. To po prostu trzeba zobaczyć. Zainteresowanych odsyłam do galerii: brzeg.com.pl – można tam znaleźć sporo zdjęć.


Dobrze być Polakiem

Życzliwość Uzbeków wobec obcokrajowców obezwładnia, o tym już wspominałem. Polacy mają dodatkowy powód do dumy. Pamięta się tam o naszych rodakach. Jeśli pozbawiony jest popularności papież Polak (kraj muzułmański i w znacznym stopniu zlaicyzowany), to bardzo często wymienia się nazwiska piłkarzy: Zbigniewa Bońka, Kazimierza Dejny, Grzegorza Lato i ich trenera - Kazimierza Górskiego.

Z rozrzewnieniem wspomina się aktorkę Barbarę Brylską i niezapomniane seriale: „Stawkę większą i życie” oraz „Czterech pancernych i psa”. Nikt nie jest w stanie przypomnieć kim byli Cyrankiewicz z Gierkiem, za których „wspaniałe” filmy nakręcono, ale za to Stanisław Mikulski jest rozpoznawalny. A o współczesnych polityków lepiej nie pytać. Owszem, nadmienia się o braciach Kaczyńskich, ale wyłącznie w niekorzystnym kontekście. Nawet tam wiedzą, że to ludzie mało zgodliwi, którzy niepotrzebnie podszczypują rosyjskiego niedźwiedzia. Pewnie za jakiś czas i ich nazwisko przepadnie w mrokach uzbeckiej niepamięci, jak dajmy na to Władysława Gomułki, który nikomu z niczym się nie kojarzy.

Wiele ciepłych słów można usłyszeć o Angeli Merkel i o innych politykach europejskich. Uzbecy doskonale orientują się w naszych realiach i formułują sądy bardzo wyważone. O swoim prezydencie wypowiadają się z uznaniem, choć nie bezkrytycznie. Pytani, czy nie jest on aby dyktatorem, odpowiadają wymijająco, że ów polityk nie ma dla siebie konkurencji i na te czasy jest najlepszy.

Islom Karimov pochodzi z Samarkandy, gdzie w latach 1950-55 uczył się w jednej ze szkół. Budynek szkolny jest pięknie utrzymany, zdecydowanie lepiej od innych uczelni, które i tak są bardzo zadbane. W prezydenckim gimnazjum mieści się izba pamięci, gdzie eksponuje się zeszyty i ołówki małego Isloma. Eleganckie otoczenie to reprezentacyjna aleja spacerowa, bezustannie sprzątana. Ale to nie wszystko. Naprzeciwko szkoły stoi nietuzinkowy obiekt, wybudowany w stylu orientalnym, gdzie działa klinika kardiologiczna córki pana prezydenta.


Złoto

Uzbecy żyją po swojemu. Na ulicach dominuje… złoto. Kobiety stroją się kolorowo, wszystko musi błyszczeć i nie ma mowy o obciachu. No i te niepoliczalne złote zęby. U młodych i starych, u kobiet i mężczyzn. Złote uzębienie w Uzbekistanie wciąż jest stomatologicznym hitem. Spotkałem sporo młodych i pięknych Uzbeczek z kompletnym garniturem złotego uśmiechu. Niektórzy przyznają, że kruszec ów powoli wychodzi z mody i bywa zastępowany porcelaną.

W muzułmańskich domach niepodzielnie rządzą kobiety. Przekonałem się o tym na przykładzie hosteli, w których pomieszkiwałem. Były to przedsięwzięcia rodzinne: dom mieszkalny z pokojami hotelowymi. Mężczyźni działają, jakby w cieniu kobiet i oddają prym seniorkom. Pewnie dlatego wszystko jest dopięte na ostatni guzik.


Uzbecy organizują wesela z wielką pompą. Turyści, jeśli tylko znajdą się w pobliżu, są mile widziani na przyjęciu. Jako niewierni mogą zasiadać do stołu zarówno z kobietami, jak i z mężczyznami. Ale sami muzułmanie ściśle przestrzegają segregacji płciowej, która bywa naruszana w… tańcu.

Z rozmachem obchodzą różne rocznice: urodzin, obrzezania i śmierci. Przypadkowo byłem świadkiem pogrzebu dziecka. Kondukt składający się wyłącznie z młodych mężczyzn w szybkim przemarszu zmierzał do miejsca pochówku. Żałobnicy przekazywali z rąk do rąk złote zawiniątko (nie było trumny!), od przodu do tyłu i z powrotem. Kobiety w tym czasie pozostały w domu, by na cmentarz udać się w swoim gronie nieco później. Nekropolie muzułmańskie szokują. Bogatsze groby to czarny marmur w doskonałym gatunku, z obowiązkowym wizerunkiem zmarłego, którego przedstawia się w rozmiarach gigantycznych, nierzadko całą sylwetkę w skali 1:1.


Spadkobiercy Timura

Symboliki sowieckiej w Uzbekistanie już nie uświadczysz. Zniknęły gwiazdy i monumenty ku czci jedynie słusznych wodzów. W Samarkandzie stoi wielki pomnik Amira Temura (Timur na ogromnym tronie!) wokół, którego buduje się tożsamość narodową. Taki sam Timur znajduje się w miejscu swego urodzenia, w niewielkim miasteczku Shahrisabz. Tam Amir stoi na cokole, natomiast w Taszkencie posadzono go na koniu, jakby w obecnej stolicy znalazł się przejazdem. Wszystkie trzy monumenty są celem pielgrzymek oraz służą za plener dla fotografujących się nowożeńców.

Ulice już dawno przemianowane. W Bucharze dawna A. Puszkina, co można odczytać z przeoczonej tabliczki, to dzisiaj M. Anbar Ko’chasi. Ale o ZSRR wielu starszych Uzbeków wypowiada się z rozrzewnieniem. – Była robota, na czas zapłata, darmowa nauka i młode kobiety nie musiały prostytuować się w Emiratach – gorzko kwituje Shafkat.


Domy muzułmanów od ulicy są pozbawione okien. Życie toczy się wewnątrz, w zacisznym patio, tam się odpoczywa i chroni przed upałami. Poruszanie się po takiej dzielnicy może niektórych przyprawić o klaustrofobię, ale zupełnie inny świat istnieje za wysokimi bramami i murami „bez okien”. Jeśli komuś zdarzy się zajrzeć na takie podwórko, może być pewnym zaproszenia do stołu. Gość w dom, Allah w dom.


Ajdar-kul i registracja

Słone jezioro, które pojawiło się przed dziesięcioleciem nieoczekiwanie. Jest już ogromne i wciąż zalewa pustynię. Kartografowie nie nadążają z kreśleniem map. Kto wie, może to matka natura zaprowadza równowagę ekologiczną po nieroztropnym wysuszeniu Morza Aralskiego, które dogorywa kilkaset kilometrów stąd?

W pobliżu tego fenomenu działają Kazachowie z kiszłaka „Saribeł”: Dusya, Konis, Nurbek i Farxat. W przededniu zimy składają karii. To kazachska wersja jurty z baraniej wełny, nazywanej kigz. Obiekt ów jest mniej zaawansowany technologicznie i nie zapewnia takiego komfortu, jak odpowiednik mongolski, który uchodzi za szczyt doskonałości budownictwa stepowego.


Stado wielbłądów i osiołków, wypożyczanych przez turystów pod wierzch, będzie teraz wypoczywało w kiszłaku. Kazachowie żyją niby u siebie. Nie ich wina, że ktoś wytyczył granice sąsiadujących państw „pod linijkę”.

„Registrowka” to karteluszek w rozmiarze większego znaczka pocztowego, dokument pobytu obcokrajowca w danym miejscu. Uzasadnienie istnienia wielu niepotrzebnych etatów. Kto i jak weryfikuje zbierane informacje? Przecież mamy do czynienia z gmatwaniną polskich nazwisk i imion zapisanych cyrylicą. Widać, że urzędnicy gubią się w tym wszystkim, ale w najmniej spodziewanym momencie (np. przed wejściem do samolotu) mogą durnego kartelucha zażądać. Bo w Azji wciąż liczy się pieczątka, najlepiej niech będzie duża i wyraźna.


Taszkencka woda

Bizantyjski rozmach w rejonie senatu i obiektów rządowych. Marmur, szkło, pomniki i tryumfalne łuki oraz mnóstwo fontann. Woda w suchym klimacie jest skarbem, a kto ją posiada jest syty i bogaty, a tylko ktoś taki może sprawować najwyższe urzędy. Wszędzie pełno milicjantów pilnujących spokoju władzy. Ów kwartał Taszkentu robi niesamowite wrażenie. Oto azjatyckie pokazanie się. W niektórych miejscach eleganckie tablice ze złotymi literami, sławiące „inicjatywy pierwszego prezydenta Uzbekistanu”. W dwóch językach: po rosyjsku i po uzbecku. Co ciekawe, pisownia imienia prezydenta jest niejednakowa. Raz jest to Islom, drugi raz Islam. Jednie sam Allah potrafiłby ową zawiłość rozwikłać.

Zwykły śmiertelnik może przyjść i wszystko sam zobaczyć, wtedy na pewno nabierze rezonu przed tymi, którzy wspięli się na sam szczyt. Obiekty polskiej władzy na taszkenckim tle robią wrażenie przygnębiające. Za mało fontann, sam pot, jako skutek zaharowania, to o wiele za mało. Już lepiej nie wypominajmy rodzimym politykom tej odrobiny luksusu: pozłacanych klamek, które dla nich i tak są umiejscowione za wysoko.


Listopad 2011

Powrót do góry strony

Uzbekistan, Chiwa


Perła Jedwabnego Szlaku (slajdy)


Chiwa (uzb. Xiva) – miasto nad rzeką Amu-Darią w wilajecie chorezmijskim Uzbekistanu w Azji Środkowej

Katastrofa ekologiczna


Morze, które umarło... (slajdy)


Jezioro Aralskie, Morze Aralskie, Арал теңізі, Arał tengyzy, Аральское море, Aralskoje morie, Orol dengizi, Aral tenʻizi

Uzbekistan - Karkałpacja - Mujnak



Film Bartka Sabeli - recenzja jego książki "Morze wróci" - TUTAJ (O książce, której nie napisałem)


Buchara


Korespondencja z Uzbekistanu


Żeby wybrać się akurat do Uzbekistanu zadecydowały względy dość prozaiczne. To tutejsi ludzie i ich jedzenie. W jednym i drugim rozsmakowałem się przed rokiem, kiedy podróżowałem po... Kamczatce.

- Gdzie Krym, gdzie Rzym, gdzie Hupawska Cerkwa? - żartował mój ojciec, kiedy chciał podkreślić jakieś geograficzne niedorzeczności. Kamczatka to przecież sam koniec świata, a Uzbekistan raptem środek Azji, trzy strefy czasowe od Polski. Dlaczego Uzbekistan pojawił się na Kamczatce? Cóż, spotkałem tam rodzinę Uzbeków, która prowadziła w Pietropawłowsku Kamczackim jadłodajnię z uzbeckimi specjałami. Potrawy przez nich serwowane były na tyle niesamowite, ze postanowiłem przy najbliższej sposobności zwiedzić ich kraj. Teraz, kiedy już tutaj jestem, wiem, że pomysł był trafiony. Zwłaszcza w październiku, kiedy w Polsce temperatury oscylują w okolicy 5 st. C, a tutaj mamy ciepełko w granicach 25-30 stopni.


Jeszcze nie tak dawno w naszym kraju karierę robiło słowo "Ubekistan", będące nazwaniem Polski infiltrowanej przez tajne służby. Ów neologizm szczególnie namiętnie eksploatowali politycy z tzw. opcji prawicowej, którzy jedynie sobie przypisywali prawdziwy patriotyzm. Większość z nich to już polityczne nieboszczyki, choć paru jeszcze gra jakieś rólki, ale poziom ich artyzmu (i wzrostu) jest mikry i sięga wysokości zaspy śnieżnej, która zaskoczyła rodzimych drogowców już w połowie października.

W określeniu "Ubekistan" kryje się ewidentna pogarda dla, nie tyle skompromitowanych służb, co dla Allaha winnego narodu Uzbeckiego wobec którego ma zabarwienie pejoratywne. A wiem co piszę, bo obecnie pomiędzy Uzbekami żyję i nadziwić się nie mogę ich życzliwości. Teraz wyraźnie widzę, że przypomniany koszmarek językowy jest przejawem skretynienia niektórych bieda-prawicowców i niech im Allah odpuści...

Moje zwiedzanie Uzbekistanu to 3 tysiące kilometrów po tym fascynującym kraju: samolotem, rejsowym autobusem, taksówkami (dla nas taniocha), marszrutkami i przyzwoitym pociągiem (jest czego zazdrościć). Sporo już widziałem, bo za mną część Taszkentu, port widmo - Mujnak, Nukus, bajkowa Chiva (gigantyczna babka piaskowa) i legendarna Buchara. Oczywiście nie pominę Samarkandy i na koniec znowuż wyląduję w stolicy Uzbekistanu, by zobaczyć to, czego jeszcze nie zdążyłem.

W mojej cyfrówce noszę całe mnóstwo fotografii, które kiedyś opublikuję w galerii portalu brzeg.com.pl. Powoli rodzi się też reportaż o tej niezwykłej części świata dla nas bardzo orientalnego. Pamiętać trzeba, że Uzbekistan ma prastarą kulturę i był kluczowym miejscem Jedwabnego Szlaku. Klimat tamtych czasów spotyka się niemal na każdym kroku.


Kończąc krótki wpis konstatuję z radością, że my Polacy wzbudzamy tutaj wyłącznie pozytywne emocje. Warto (i łatwo, jeśli zna się język rosyjski) być Polakiem w Uzbekistanie! Jeśli ktoś ma narodowościowe kompleksy powinien koniecznie tutaj przyjechać. Moje kubki smakowe nie zwiodły!

Do kraju powrócę, kiedy wreszcie się ociepli, zwłaszcza w polityce. Może w grudniu po południu?


Październik 2009

Powrót do góry strony

TASZKENT - BUCHARA - SAMARKANDA



Daleki odlot


Wczasy na Kamczatce


Kamczatka – półwysep w azjatyckiej części Rosji. Rozdziela Morze Ochockie i Morze Beringa. Jego powierzchnia wynosi około 370 tys. km² (wraz z przylegającym fragmentem części kontynentalnej i Wyspami Komandorskimi i Karagińskimi – ok. 470 tysięcy km²). Zamieszkany przez około 400 tys. osób. Ludność stanowią głównie Rosjanie, Koriacy i Itelmeni. Głównym miastem jest Pietropawłowsk Kamczacki


No cóż, dzisiaj do Egiptu nikogo nie zabiorę. Ale spokojnie, na słoneczne luksusy poczekamy zaledwie dekadę, do roku 2020, kiedy w krainie płaczącej wierzby znowuż zapanuje prawo ze sprawiedliwością. Póki co zapraszam na Półwysep Kamczacki. Do ziemi przez wielu przeklętej, która robi za koniec geografii.

Welcome to Kamchatka! Jakiś czas temu zapędziłem się na sam krajuszek Kamczatki, wylądowałem mianowicie w punkcie daleko wysuniętym na południe, gdzieś nieopodal Wysp Kurylskich, z majaczącym w oddali Krajem Kwitnącej Wiśni (oczywiście w wyobraźni, wszak przez wielopiętrowe chmury widać niewiele). Częstokroć jeszcze zaciąga mgła, gęsta niczym śmietana, która po rosyjsku nosi wdzięczną nazwę - „tuman". Będący na miejscu człowiek nagle sobie uświadamia, że gdzieś tam rozciąga się Japonia, państwo roszczące wobec Kuryli prawa własnościowe. Mutnowka, bo niej mowa, to stara kaldera wulkanu, dawno już wygasłego, ale nie na tyle, by nie móc przeżyć coś „gorącego", co potem skutkuje wracającym wspomnieniem.

Wyobrażając Mutnowkę pomyślmy o trudno dostępnym kosmosie, o czymś niezwykłym, co w kategoriach fizyczno-geograficznych lokuje nas na prawdziwym końcu świata. Pogoda tam szalona i niepodobna do tej sprzed pół godziny. Na przemian prażące słońce i niespodziewany tuman od Pacyfiku, a potem urywający głowy tajfun. Aura nieokiełznana i nieprzewidywalna. Roślinność przykurczona i przyziemna, ale zarazem niepospolicie rozkwiecona, niezważająca na zalegające tuż obok jęzory śniegu, korzystająca z chwili krótkiego lata, jakby wiedząca, że jeżeli w tym momencie nie rozkwitnie, to na następną okazję będzie musiała czekać pod kilkunastometrowymi zwałami śniegu. A śnieg pojawia się z końcem września i pada już bezustannie, wypełnia głębokie kaniony po same krawędzie, czyniąc z okolicy zupełnie płaską przestrzeń ponad którą dominują majestatyczne stożki wulkanów. Na tym końcu świata istnieje życie i jawi się ono wyjątkowo prawdziwe, jest przede wszystkim nieudawane. Na Mutnowce sporo się dzieje. Japończycy wspomogli Rosjan w postawieniu elektrowni geotermalnej, która zasila w prąd stolicę prowincji - Pietropawłowsk Kamczacki. Załogę przedsiębiorstwa stanowią ludzie spoza półwyspu: Ukraińcy, Kazachowie, Baszkirzy i Rosjanie. Wszyscy przybyli tam za chlebem, mamieni legendą o solidnych zarobkach. Nadzór techniczny sprawują młodzi, porządnie wykształceni Rosjanie. Trudno byłoby oddać kierownictwo komuś przypadkowemu, skoro urządzenia elektrowni napędza moc czerpana z wulkanu. Na Mutnowce zaskakuje hałas, ale są to efekty naturalne i w pełni ekologiczne bowiem dobywają się z czeluści Ziemi. Znajdujemy się mianowicie w Małej Dolinie Gejzerów, od jakiegoś czasu dostępnej dla ruchu turystycznego. Dookoła wszystko świszcze, bulgocze, wystrzeliwuje parą w niebo i momentami zalatuje siarką.

Spokojnie, nie jesteśmy w piekle! Właśnie w takiej scenerii rozbiłem swój niebieski namiocik, licząc na moc wrażeń. Z grupy kilkorga globtrotterów tylko dwie osoby zdecydowały się na owo ekstremum. Jeśli pierwsza noc przebiegła bez wrażeń (zmęczenie i krople nasenne zrobiły swoje), to kolejny nocleg okazał się wielce emocjonujący. Po północy przeżyłem coś, co w zasadzie trudno opisać. Operując skrótem myślowym: tuż obok mojej niebieskiej pałatki wykoleił się zdezelowany tramwaj... Zatrzęsło, zazgrzytało i silnie „zapachniało" siarką! Przetrwałem do rana z mnóstwem pytań do lokatorów sąsiednich namiotów. Jeden z nich, człowiek wiekowy, wolał długo nie wydobywać się z kokonu śpiwora, a utrzymująca się do południa bladość jego twarzy i następująca potem ewakuacja z terenu zagrożonego okazały się wielce wymowne. Wyjaśniło się niebawem, że właśnie przeżyliśmy trzęsienie ziemi. Takie malutkie, ot, zjawisko na Mutnowce zwyczajne. Ale bez paniki. Namiot na terenie sejsmicznym stanowi całkiem solidne schronienie. Czyżby?

Następny poranek przyniósł sensację zgoła szokującą. Po całkowitym osuszeniu tropiku wydobyłem się za potrzebą na pobliską łachę śniegu, a tam? Świeżutkie tropy niedźwiedzicy z dwojgiem maluchów, których wieczorem nikt tutaj nie widział! Zdaniem miejscowych nie należało się bać, wszak „Paliaki niewkusnyje". Bardziej smaczni mieli okazać się japońscy geologowie, których przed paroma dniami rozszarpał, o czym doniosło kamczackie radio, rozjuszony po zimowym wybudzeniu miszka. Ja to mam farta: jestem Polakiem!!! Narodowość ma znaczenie przeogromne, co ugruntowałem sobie już nazajutrz. Z kolegą Krzyśkiem postanowiliśmy połazić po pobliskich wzniesieniach i dla widokowych doznań skierowaliśmy się ku granicy karłowatej roślinności, do wulkanicznego tufu, gdzie już niedźwiedzi raczej się nie spotyka. Po wyczerpującym marszu zdobyliśmy widokową półkę z panoramą na wulkany Goriełyj i Wiluczyński. Niejako u stóp mieliśmy miejscową infrastrukturę. Całą elektrownię ujmowaliśmy w obiektywie aparatu, czyli trzymaliśmy ją w „garści". Odsapkę dość niespodzianie przerwało dwóch młodych Rosjan pokonujących stromiznę wzniesienia na szybkobieżnym quadzie.

Nie było wątpliwości: chodziło o rozpoznanie, kto w tym pustkowiu z lotu ptaka obfotografuje strategiczny obiekt. Nieproszeni goście okazali się nad wyraz sympatyczni, zaszczycili nas bowiem inżynierowie: główny technolog i kierownik zmiany! Po zorientowaniu się, że mają do czynienia z nieprzejawiającymi szpiegowskich inklinacji turystami, bardzo szybko przeszli do luźnej rozmowy w stylu: jak Słowianin ze Słowianinem. Nie obyło się bez krzepiących organizm kropli. Trzeba było grzecznie wysłuchać opowieści o otwarciu Kamczatki (i Rosji) na świat oraz dyplomatycznej mądrości Putina. Gospodarzy żywo interesowały nasze poglądy, usytuowanie w Europie i polityczne sympatie. Po zaprezentowaniu się, jako nieskonkretyzowani ideologicznie „bratia ze słowiańskoj duszoj" poznaliśmy autorską opinię Rosjan o naszych rządzących. A był to czas, kiedy na czele Polski stali sławetni braciszkowie: „praklatyje Kaczynskije"... skwitował inż. Denis Antonowycz Mojzych.

Nic to, radujmy się! Rozpoznawani jesteśmy nawet na samym krajuszku świata. Zawczasu uczmy się egipskiego!

Powrót do góry strony

Rosja - Kamczatka


Koniec geografii



Podróż na Kamczatkę obfituje w paradoksy. Z jednej strony bowiem uczestniczymy w wyprawie na sam koniec świata, z drugiej zaś w ekspedycji do prapoczątku Ziemi, do czasu, kiedy nasza planeta nabierała obecnego kształtu.


1


Jeśli pomyślimy o tamtejszych mieszkańcach mamy obraz opanowywania niegościnnej Ziemi. Ludzie na Kamczatce żyją szczególnie, jak pionierzy-zdobywcy. Stając oko w oko z nieokiełznanym żywiołem, dzień w dzień borykając się z trudami życia i mimo przeciwności losu, znajdują tam swoje szczęście. Dla mnie to wielkie odkrycie.


Dotrzeć na Kamczatkę

Możliwości są bardziej niż ograniczone. Wariant drogowy w ogóle nie wchodzi w grę. Nie ma pewnie takiej maszyny, która by cało i bezpiecznie tam dotarła, poprzez nieoznakowane szlaki dalekiej Północy, wydeptane przez ludy korzenne i ich zwierzęta. Kamczatka jest półwyspem większym od naszego kraju (370 000 km², Polska – 312 685 km²), oblanym przez Morze Ochockie i Morze Beringa. Najprościej i najszybciej, ale za to kosztownie, dostaniemy się samolotem z Warszawy do Moskwy a potem, przesiadając się na Aerofłot, jednym szusem (bagatela – tylko 9 godzin lotu!) do Elizowa na Kamczatce. Można też wybrać wariant naziemny – Koleją Transsyberyjską, co jednak wiąże się z ponadtygodniową podróżą przez całą Rosję, aż do Władywostoku a potem statkiem, przez kolejnych parę dni, do portu w Pietropawłowsku Kamczackim.

Miłośnikom podróży kolejowych podpowiem, że z Warszawy odjeżdża wagon do Moskwy, który następnie dołączany jest do transsybirki i dociera do Irkucka na Syberii (okolice Bajkału). Stamtąd również można dolecieć do celu lub kontynuować podróż koleją via Władywostok. Mozołu owego doświadczyłem przed dwoma laty jeżdżąc kolejami rosyjskimi dwa tygodnie! Ale – zapewniam – warto było, z perspektywy – niczego nie żałuję, ba, wciąż o tym myślałem, stąd zamysł wyprawy na Kamczatkę.

Dwunastoosobowa ekspedycja, w skład której wchodziłem, zdecydowała się na rozwiązanie mieszane: kolej + samolot. Trudność polegała jednak na tym, że zamiast wybrać się do Moskwy „na skróty” (tylko… 17 godz.) przez Białoruś, pojechaliśmy przez Ukrainę i przez to kolejowa podróż wydłużyła się do 42 godzin. A wszystko przez dyktat strony białoruskiej, żądającej wygórowanej opłaty za wizę tranzytową. Nie wliczając kilkugodzinnych przerw w oczekiwaniu na połączenia i lotniskowe odprawy dotarcie do celu trwa bitych 51 godzin. Uwzględniwszy zaś wymuszone postoje wyśniona Kamczatka jest osiągalna po trzech dobach!


Aerofłotem bliżej

Pomiędzy Polską a najdalszym krańcem Rosji różnica czasowo wynosi 11 godzin. W przypadku niemożności uzasadnienia sensu tak dalekiej wyprawy z reguły „argumentuję”, że chciałem być od swoich ziomków o 11 godzin do przodu. W praktyce polega to na tym, że ktoś się kładzie spać a ja już witam kolejny, nowy dzień. Jako pierwszy wiem, co jutro (sic!) się wydarzy. I coś jeszcze. Wracając 9 godzin z Kamczatki, już po wylądowaniu w Moskwie, okazuje się nagle, że podróż trwała zaledwie 20 minut. Zostawmy jednak infantylne dygresje i przejdźmy do brutalności świata dorosłych.

Przed korzystaniem z rosyjskiej floty lotniczej ostrzegali mnie wszyscy życzliwi. „Jeśli życie ci niemiłe – lataj ruskim IŁ-em”, słyszałem też o spawaczach na pasie na chybcika łatających poszycie latającego złomu. – Puknij się w czoło, po co ci te niedźwiedzie, zostań z nami – żarliwie radzili najżyczliwsi. Co oczywiste – „dobrze winszowali” głównie ci, którzy w Rosji nigdy nie byli!

Pomny doświadczeń z poprzedniej podróży, kiedy poznałem poziom organizacyjny Kolei Transsyberyjskiej zaryzykowałem, zakładając, że z Aerofłotem może być podobnie. Rozczarowania nie było. Trzeba pamiętać, że odbywamy lot międzykontynentalny, mimo że w obrębie jednego państwa, blisko 9 tysięcy kilometrów bez śródlądowań. Dystans taki może pokonać maszyna wyjątkowa a wszystkie warunki spełnia IŁ – 96-300 – rosyjski odpowiednik amerykańskiego Jumbo Jet’a. Wykupione ze znacznym wyprzedzeniem, codzienne rejsy z kompletem pasażerów to w Rosji rutyna. Trzeba przyznać, że z punktu widzenia turysty rzecz jest zaskakująca.

Profesjonalna i miła obsługa, dwa ciepłe posiłki na pokładzie, pledy i poduszeczki dla komfortu, osłony na oczy ułatwiające sen i nieograniczone ilości napojów (wszystko w cenie biletu, alkohol na życzenie i odpłatnie). Zapracowane stewardessy i stewardzi uśmiechnięci i chętni do pomocy.

Tak zwane tanie linie lotnicze, z wiecznie spóźniającymi się i rozklekotanymi samolotami, plus nasze koleje państwowe, w rzeczywistości szamba na szynach, to antypody przyjemnego podróżowania. Zaprzeczenie tego, co oferuje współczesna Rosja. Fakt ów konstatuję ze smutkiem, stając naprzeciw stereotypom o wciąż dzikim Wschodzie.


Lądowanie we mgle. Tuman

Mimo łagodnego lotu i perfekcyjnego położenia potężnej maszyny na płycie lotniska, lądowanie w Elizowie jest przygnębiające. Znika jasność i przepadają wystające ponad pułap chmur ośnieżone stożki sopek: Wiluczyńskiej, Awaczyńskiej i Koriackiej – domasznych, czyli domowych wulkanów, które otaczają Pietropawłowsk Kamczacki – stolicę regionu. Całą przestrzeń zajmuje mgła, po rosyjsku – tuman. Lepiej zapomnieć o moskiewskim upale bo Kamczatka wita temperaturą 15°C.

Człowiek zadaje sobie pytanie: po co komu owa ponurość? Stan przygnębienia wzmaga niepokój (co mnie tutaj czeka?), niewyspanie, zmęczenie kilkudniową podróżą, pomylenie dat i godzin. Każdy z kolegów ma inaczej ustawiony zegarek. Jakiś patriota zatrzymał czas warszawski, ktoś drugi przystanął w Kijowie, większość zatrzymała czas moskiewski, a więc są wciąż w Europie, a ci wyrywni, popychając wskazówki do przodu, postarzyli się o 11 godzin!

Powoli wraca równowaga. Myślę iż bierze się to z energii tubylców, którzy w tych niezwykłych warunkach żyją od zawsze. Ich uśmiechy, dyskretne spojrzenia i zainteresowanie przybyszami z innego świata robią swoje. I oto dzieje się cud. Niewidoczne dotąd kształty domostw, roślinność, ulice – stają się wyraźniejsze. Tuman rozwiewa się i nieśmiało przebija słońce.

Nienachlaną nadzieję wnosi zagadnięta w autobusie Irina (28 l.) – farmaceutka, zapewniająca, że jeszcze wczoraj było żarko a prognozy na jutro są raczej pomyślne. Ale nikt niczego nie gwarantuje, wszak to Kamczatka. Ona trochę się dziwi, co takiego przygnało nas do nich. Osobiście nie chce tutaj żyć i po 5 latach pobytu wyjeżdża do Woroneża. Zostawia chłopa lubiącego wódkę i dziewczyny, który na dokładkę lubi nie pracować.

Cierpliwość i wiara są siostrami Cudu. Warto było zaczekać i nie tracić wiary. Nowy dzień budzi się skąpany w słońcu. I oto okazuje się, że stolica Kamczatki została zlokalizowana niezwykle pięknie, na wielu wzniesieniach, tarasowo, nad Zatoką Awaczyńską, która jest oknem na Ocean Spokojny. Pacyfik, największy akwen globu – to on odpowiada za kapryśność kamczackiej aury, zazdrośnie (tuman jeden!) skrywa urodę miasta, któremu patronują święci: Piotr i Paweł.

Pomnik apostołów – symbol miasta jest dziś miejscem kultowym. Okalający go płot służy do przypinania kłódek z wygrawerowanymi imionami nowożeńców, którzy wyrzuceniem klucza w otchłań Pacyfiku przypieczętowują dozgonną miłość. Jest więc na tej ziemi i nadzieja i miłość i jakaś przyszłość! – stwierdzam z wyraźną ulgą.

To nie wszystko. Jest też i przeszłość. Nieopodal Piotra i Pawła stoi monument wodza rewolucji październikowej u stóp którego widnieje bardzo współczesne zapewnienie: „Plan Putina będzie realizowany!”. Na szczęście gigantyczny Lenin jest ledwie kamykiem na tle nieogarnionej potęgi Wulkanu Koriackiego, królującego w widokowej przestrzeni Pietropawłowska.

Zwrot w tył (Iljicz Uljanow musi być za naszymi placami, a jak ktoś mocno nienasycony – poniżej) i mamy panoramę Zatoki Awaczyńskiej, z majaczącym stożkiem Wiluczyńskiej Sopki. Oto południe Kamczatki, sam jej krajuszek, tam w końcu wylądowałem, rozbijając namiot w starej kalderze wulkanicznej. Ale zostawmy ów temat na osobną opowieść.


Gejzer niedoskonałości

Zejdźmy jednak na ziemię. Rosyjska prowincja o wiele lepiej wygląda z lotu ptaka aniżeli w kontakcie „organoleptycznym”. Bywałem w domach różnych Rosjan, u ludzi prostych, ale i u lekarzy i naukowców. Obejścia publiczne, klatki schodowe – rozpierducha niewyobrażalna, miejskie wykroty, pokradzione włazy studzienek, wyrastające z ziemi pułapki z drutu zbrojeniowego, krótko mówiąc – powszechna demolka. Mieszkania gospodarzy natomiast to perełki – oaza spokoju i estetyki. Niejednokrotnie za metalowymi drzwiami zabezpieczonymi sztabami i skomplikowanymi zamkami.

Nasuwa się refleksja: oto coś mojego, na złość kołchozom i kolektywizacji. W zbliżonych warunkach żyje znaczna część świata i tutaj jest to coś oczywistego. Po co się dziwić? Przecież jesteśmy w Rosji, w Azji i wszędzie, poza wypacykowanymi centrami wielkich metropolii, musi być podobnie.

No i coś jeszcze: kamczackie pawie! Miejscowe dziewczyny z modnymi fryzurami, z tipsami, umalowane i ubrane w zgodzie ze światowymi trendami, pokonujące bez chodnikową przestrzeń na wysokich obcasach, w obuwiu w tych warunkach odhumanizowanym. Dokonujące ekwilibrystyki z gracją, jakiej Europejki – mniemam – nigdy nie osiągną.

Kilka nocy spędziłem również w hotelach (Gejzer) i tańszych gostinicach (Junost), wszystko w Pietropawłowsku Kamczackim. Opłaty zróżnicowane i nieadekwatne do standardu oferowanego u nas, od 500 do 2500 rubli (10 r. = 1 zł), a więc bardzo drogo. Po co komu ciepła woda? Czy jest sens złorzeczenia na odpływ w wannie pod górę, nic niepasowanie do siebie, wyłącznik oświetlenia za drzwiami? Żeby zatem zapalić światło trzeba zamknąć się w ciemnym pomieszczeniu, potem wymacać urządzenie, nie wiadomo dlaczego zlokalizowane prawie pod sufitem.

Jeśli do tego dodamy kafelki zaciągnięte złuszczoną farbą, w kolorystyce schyłkowego Breżniewa i urządzenia sanitarne zamontowane w niepojętych dla polskiego hydraulika kombinacjach, w jakichś techniczno-ergonomicznych szaleństwach – mamy obraz rosyjskiego hotelarstwa. Napisałem o tym by nie wyjść na tępego bałwochwalcę Rosji.


Na północy cieplej!

Na początku wspomniałem o kamczackich paradoksach. Jadąc na północ możemy liczyć na ciepło! Po szutrowej drodze, rejsowym autobusem przez 11 godzin z krótkim postojami na posiłki, w przydrożnej „małej gastronomii” u babuszek, podążamy do Esso.

Esso to spora osada o drewnianej zabudowie. Bystrinskj Municypalnyj Rajon trochę przesadnie jest rozsławiany w folderach, jako Kamczacka Szwajcaria. Są tu niby termalne wody za które, póki co, nie trzeba płacić, ale standard usług i przesadnie wywindowane ceny są zdecydowanie „nieszwajcarskie”.

Esso zostało zlokalizowane w międzyrzeczu Bystrej i Uksiczany, pomiędzy sporymi wzniesieniami dorównującymi naszej Śnieżce. Miłośnik tej ziemi Walery Krawczenko jest autorem albumu zatytułowanego: Na Esso upadła tęcza… Przyznać muszę, że mimo wypatrywania żadnej radugi nie dojrzałem (może przez mgłę?, może przez niepogodę?, może przez watahy komarów?), ale potwierdzam: miejsce jest rzeczywiście niezwykłe, ciepłe w takim samym stopniu, jak spotkani w Esso ludzie. I o nich chcę teraz opowiedzieć.


Motyw polski

Pod konkretny adres w Esso skierował nas polski ksiądz i organista Krzysztof Kowal, od pięciu lat na Kamczatce, organizujący w Pietropawłowsku kościół, przy wsparciu stuosobowej wspólnoty parafialnej pw. św. Teresy. Trafiliśmy więc do rodziny z polskimi korzeniami, gdzie tylko jedna z wnuczek zmarłego przed rokiem Polaka uczy się języka polskiego, zna już parę słów oraz zaczątek Mazurka Dąbrowskiego. Polszczyznę chce szlifować po odwiedzeniu kraju swojego dziadka.

Stanisław Tracewski (Ottonowicz) urodził się w polskiej rodzinie we wsi Pokuti na Białorusi. Powołany do Armii Czerwonej trafił na Sachalin. Po zwolnieniu ze służby był rybakiem i kucharzył na statku pływającym po Oceanie Spokojnym. Mieszkał we Władywostoku a nawet w Japonii – snuje opowieść średnia córka – Jelena. Budował tajne obiekty wojskowe, był też drogowcem i niejako po drodze poznał Fainę Jewstropową (z Ewenów), z którą miał czwórkę dzieci: Nataszę, Jelenę, Dmitrija i Wiktorię. Wszyscy żyją w Esso. Są to więc w połowie Polacy o dość orientalnej urodzie – Metysi, jak siebie nazywają.

Naszą gospodynią była Natasza Wierigina, żona Borysa, z którym prowadzi hodowlę bydła. Rodzina marzy o założeniu turbazy, w czym perspektywę upatruje ich starsza córka Paulina – studentka turystki. Natasza to postać o ciekawym życiorysie. U schyłku Związku Radzieckiego przez 3 lata była członkiem Centralnego Komitetu Komsomołu. Jako pierwsza i ostatnia reprezentowała Kamczatkę w Moskwie. Potem rzuciła legitymację, obecnie jednak żałuje, że nie wykorzystała okazji i nie wstąpiła w Instytut. A znała tylu sławnych ludzi, kosmonautów…, miała do dyspozycji samochód służbowy i sekretariat! Na dowód pokazuje moskiewskie fotografie. Teraz musi doić krowy i czasami w kłótni wypomina Borysowi, że wziął ją za żonę w wieku 19 lat. – I gdzie jest ta miłość? – pyta Natasza.

Stanisław Tracewski wystąpił w filmie dokumentalnym TVP, zrealizowanym w roku 2006 przez Jadwigę Nowakowską, pt. „Polacy na Syberii”, w którym główną postacią jest ksiądz Krzysztof, w roli narratora przybliżającego kamczackie klimaty. W domu Wieriginów film jest pilnie strzeżoną relikwią.


Motyw(ik) brzeski

Że świat to wioska – powszechnie wiadomo. Internet, komputery, komórki , ale kontakty z żywymi ludźmi zawsze są niesamowite. Zwłaszcza, jeżeli w niewyobrażalnie dalekiej krainie spotykamy kogoś z kimś potencjalnie mogliśmy się już zetknąć i „coś” nas ze sobą łączy. Oto płk awiacji Wiktor Timofiejewicz (60 l.) z dwuletnim synkiem na ramionach. Sześć lat służył w Polsce, gdzie?, w Brzegu-Skarbimierzu! Był kwatermistrzem, odpowiadał za zaopatrzenie JAR w świeże pieczywo.

Obecnie jest nieźle sytuowanym emerytem i mieszka nieopodal Esso w pasiołku Nacziki 9/12. Adres ujawniam na specjalne życzenie. – A nuż odezwie się Irena z Brzegu…

- Ech, Jewropa… – wzdycha Wiktor.

Cóż, nie zgłaszałem reklamacji za dojmujące hałasy dochodzące przed laty z awiabazy, wszak ten człowiek żywił bliźnich… Poinformowałem Timofiejewicza, że w Skarbimierzu zamiast lotniska rozkręca się gumowy interes. – Wot żizń… prawie załkał pułkownik.


2


Podróż na Kamczatkę obfituje w paradoksy. Z jednej strony bowiem uczestniczymy w wyprawie na sam koniec świata, z drugiej zaś w ekspedycji do prapoczątku Ziemi, do czasu, kiedy nasza planeta nabierała obecnego kształtu. Ludzie na Kamczatce żyją, jak pionierzy-zdobywcy. Stając oko w oko z nieokiełznanym żywiołem, dzień w dzień borykają się z trudami życia i mimo przeciwności losu, znajdują tam szczęście.


Kamczackie szczęście

Dla przeciętnego Polaka Kamczatka kojarzy się raczej niedobrze. To jakiś koniec i coś dramatycznego, zwłaszcza w kategoriach geopolitycznych. Wszak na wschodniej stronie półwyspu, za Morzem Ochockim, mamy Magadan – miejsce zsyłek i więzień, a w ogóle to przecież Syberia – i już wiadomo w co żeśmy się zamotali. Niewola. Słowo dramat i wytrych zarazem, zwłaszcza dla politycznych leniwców. Wszystko zatem jest jasne. Jeśli natomiast chodzi o mnie: na Kamczatkę pojechałem po klucze do rozumu, zechciałem zrozumieć tę wyklętą ziemię.

Wiem, że w poprzedniej części nie wyjaśniłem podtytułu „koniec geografii”. Nie uczynię tego i teraz. Nie znajdę też miejsca na napisanie o zwiastunach narodzin Ziemi, czyli o aktywnych wulkanach. Tymi tematami zajmę się dopiero w części końcowej, ale nic nie obiecuję, wszak nie wiem jak moja pisanina się skończy, może wcześniej się wykończę. Literacko.

No tak - ja tu o nieszczęściach a miało być o kamczackim szczęściu. Na dobry początek uwierzmy: Kamczatka - to nie zmarzlina i nie nieszczęście. Wbrew malkontentom i nieudacznikom, którzy rozpanoszyli się w politycznej przestrzeni i którzy chcą nas wszystkich zarazić antyruskim wirusem, postaram się swoją tezę jakoś uzasadnić.


Po co komu Europa?

Podpierając się klasykiem - zacznijmy od dodatnich plusów. Na Kamczatce zima jest zimowa i przez to przepiękna, północ przychodzi o północy a dzień się zaczyna w dzień. Po prostu. Bynajmniej nie przesadzam. Z tą zimą oczywiście trochę kombinuję. Opieram się na relacjach tubylców i troszkę papuguję, bo przecież nic o niej nie wiem. Kamczackie mrozy dopiero zamierzam przeżyć, kiedy w niedookreślonej przyszłości przezimuję w Esso, w miejscowości, której uroki opisałem w pierwszej części reportażu.

Zauważmy oczywistą oczywistość (znowuż lecę klasykiem): w Polsce około północny biesiadowanie bez oświetlenia grozi towarzyską katastrofą. W okolicach dziesiątej, nawet w czerwcu, musimy już teatr wydarzeń podświetlać, choćby po to, by wyeliminować naszą niezgrabność. Bez noktowizora nie widzimy kogo gościmy i komu co nalewamy. Na Kamczatce jest normalniej, bowiem do północy panuje jasność. I bynajmniej nie chodzi o białe noce, nie ten rejon świata. Potem - nagle! - nadciąga noc, a już po 3-4 godzinach budzi się ranek. Jeśli ktoś kiedyś przekroczył krąg polarny, pożył tam trochę – zrozumie o czym piszę. W przypadku Kamczatki owo wytłumaczenie jest jednak bez sensu. Półwysep leży na podobnej do naszej szerokości. Kiedy zakręcimy globusem – okazuje się, że pod względem geograficznym Polskę z Kamczatką łączy bliźniactwo. Po co zatem – pytam – tak się nadymamy? Niczym amerykański indor.

Po trąbach powietrznych rujnujących domostwa na Śląsku Opolskim, odebrałem z Kamczatki SMS-a: „Żyjesz? U nas w telewizji pokazywali tornado, które dopadło twoją ziemię”. Ludzie! – wołam – spasiba za troskę płynącą z krainy, gdzie tajfuny są codziennością, gdzie zaczęła się już jesień a niedźwiedzie gromadzą sadło i powoli rozglądają się za przytulną gawrą.


Życie campingowe

„Tanynaut”. Tatiana Kudriawowa – artystka w każdym calu, dama o perlistym uśmiechu i aparycji gwiazdy. Prowadzi niedrogi camping w Pietropawłowsku Kamczackim, z namiotami wzorowanymi na jurtach, choć ich komfort jest niższy niż u mongolskich nomadów. Są to raczej koriackie namioty (czum), pełne skór, zlokalizowane nad brzegiem jeziora. Camping działa na terenie powojskowym, gdzie wala się złom i panuje, jakby to ujął Andrzej Stasiuk: postindustrialna rozpierducha. W takim krajobrazie dierewnia Tatiany przypomina oazę ładu i porządku.

„Małaya strana” – song odśpiewany pod profesjonalny podkład muzyczny typu karaoke, dowodzi wrażliwości gospodyni, kobiety odczuwającej potrzebę pięknego powitania przybyszów z „dalokiej strany”. Chce nas ukołysać po trudach podróży, mimo deszczowej pogody i ziąbu. Dba o dobre samopoczucie gości, dwoi się i troi spełniając wszystkie życzenia. Przynosi owoce Oceanu Spokojnego, jakieś zupełnie niepojęte dziwactwa morskie, z których więcej mlaskania, aniżeli jedzenia. Częstuje syberyjskim czajem z kosówki. Dobre i to.

W „Tanynaut” prócz nas goszczą dwie pary z dziećmi i ociemniałym buldogiem, siostry (34 l. i 28 l.) lekarz kliniczny i nauczycielka, ich mężowie (38 l. i 30 l.) strażnik rybacki i inżynier. Rodzice strażnika przyjechali na Kamczatkę powodowani marzeniem, gdy miał roczek. I znaleźli tutaj szczęście. Bo co potrzebne do życia? – pytają retorycznie miłośnicy weekendowego biwakowania. Ciepły dom, kochająca się rodzina i dobry samochód…, koniecznie z napędem na cztery koła – dopowiadają panowie. A do wulkanów idzie przywyknąć...

Znawca ryb opowiada o przeróżnych łososiach. Zaproszony na degustację dowiedziałem się, że najsmaczniejszą odmianą jest czawycza, rodzaj łososia poza Kamczatką niewystępujący. W rankingu smakowitości, tuż za czawyczą, plasuje się nerka, potem daleko, daleko inne ryby.

„Chay-Chiv”. Koryakskoye Stoybishche (koczowisko) na rzeką Bystra w Esso. Camping z przystępnymi cenami i nieźle zorganizowany. Andrianowa Aleksandra Xaybawowna – szefowa – jest pełnokrwistą Koriatką. Propaguje kulturę korzennych narodów Kamczatki. Oto znakomity pomysł na przyciągnięcie turystów. Z okazji jubileuszu powstania „Chay-Chiv” zgromadziła na swoim terenie tłumy gości, którzy obejrzeli żywiołowy występ Ewenów, zatraconych w egzotycznych tańcach. Wszystko wprost na trawie, przy dźwiękonaśladowczych odgłosach kamczackiej flory i fauny wydawanych przez młodych artystów. Na moment koncertu widz przenosi się w tajemny świat ludów Północy, słyszy echo Indian i Eskimosów. Niesamowite! Na dokładkę „Chay-Chiv” serwuje czaj z lepieszkami, szurpę z jeleniny i rybią uchę.

Ucha to trzyskładnikowa zupa rybna: kartofle, zielenina z marynowanym czosnkiem niedźwiedzim, odrobina przypraw, no i sławna na całą Rosję (i Brzeg) czawycza lub nerka. Najsmaczniejszą uchę warzy się z rybim ogonem i oczami. Są to kąski dla wybrańców


Kamczackie smaki

W restauracjach odbywają się babskie imprezki z różnych okazji. Panie pięknie wykoafiurowane, w szpileczkach i w świetlistych kreacjach. Niektóre błyszczą szczerozłotym uśmiechem. Bawią się szampańsko bez mężczyzn, którzy „na rabotie w tajgie, bierut rybu, albo popils”. W knajpach sączy się zachodnie piwa (holenderskie, czeskie i niemieckie, polskiego nie uświadczysz), choć całkiem nieźle smakuje piwo kamczackie i nie dlatego, że jest relatywnie najtańsze (35 rubli = 3,5 zł).

Konsumentom ostrożnym i nietrunkowym sklepy oferują zabutelkowaną wodę: „Małkinskaya Nr 1” – uhonorowaną, niczym radziecki generał, dwunastoma medalami (1,5 l. = 25/35 rubli). Nikt z miejscowych nie zawraca sobie głowy takim wydatkiem – wodę czerpie się prosto z rzeki.

W lokalach gastronomicznych z pewnością nie bywa Wasilij Wsiewołod (68 l.), żyjący sam w lesie. Przyjeżdża rowerem do Esso po zakupy, głównie po chleb. W swoim życiu zabił 28 niedźwiedzi, ale od 30 lat już żyje z nimi w przyjaźni i żadnego nie skrzywdzi. Pije zioła i wodę z kamczackich ruczajów. Tabletek nigdy nie łykał. Miał dwie żony, ale najlepiej czuje się w leśnej samotni.

W rosyjskich restauracjach trzeba przestrzegać określonych kanonów. Dievushka – to zwrot grzecznościowy wobec kelnerki, ale również: ekspedientki, kasjerki, stewardessy i pani w pocztowym okienku. Tej formy używają nawet osoby nieletnie. Zabawnie są sytuacje, kiedy dievushka (ta prawdziwa) do starszej kobiety zwraca się per „dievushka”. To są zawiłości kulturowo-językowe, o czym nadmieniam dla oddania klimatu życia codziennego.


Komary

Na jednego mieszkańca Kamczatki przypada po miliardzie komarów i meszek. Przestraszeni Europejczycy wiedzą, że komarze watahy idzie przeżyć pod warunkiem zaopatrzenia się w tuby kremów i litry sprayów. Pomocne są też wymyślne kapelusze z siatkami oraz rękawice. Choć, jak wieść niesie, przed meszką obrony nie ma żadnej. Rozjuszony drapieżnik atakuje w bandzie, w przeciwieństwie do komara nie wpija się w ofiarę, a rozszarpuje skórę i jest w stanie zabić krowę. Przeciętny mieszkaniec Kamczatki zabezpiecza się przed fruwającym horrorem… spokojem i uśmiechem, z tym, że uśmiech pojawia się na widok spanikowanych turystów.

W tym momencie pozwolę sobie na autokreację. Mógłbym z krwiopijcami żyć za pan brat. Jako „niewkusnyj” – B Rh(+), nie miałem z nimi poważniejszego problemu. Podczas przemierzania tajgi jedno pacnięcie w łysinę powodowało istną masakrę. Cała dłoń czarna, usłana puchem komarzego trupa! Wzorując się na tubylcach, jako człowiek proekologiczny, zaniechałem masowego komarobójstwa. Wmawiałem sobie, że mam do czynienia z atmosferycznym opadem. O współtowarzyszach niedoli wolę się nie wypowiadać (w galerii: www.brzeg.com.pl – upubliczniłem wymowne foto).

Stosunek Rosjan do komarzej plagi objaśnia następująca anegdota.

„Putin i Bush poszli na ryby. Putin w skupieniu patrzy na spławik, a Bush nie może się skoncentrować na wędkowaniu, bo atakują go komary. Klepie się po karku, po nogach, po rękach, drapie się. A Putin siedzi nieruchomo i w skupieniu obserwuje spławik.

- Władimir, a dlaczego ciebie nie gryzą? – pyta w końcu umęczony Bush.

- Bo mnie nie wolno”.


Niedźwiedzie

Kamczatka jest ojczyzną 12 000 niedźwiedzi (1 zwierzę na 25 ludzi). Pisząc o niedźwiedziej ojczyźnie bynajmniej nie przesadzam. Nikt z tubylców nie wyrażał się o tym groźnym zwierzęciu z lekceważeniem. Przeciwnie, słyszałem głosy, że człowiek jest tutaj intruzem. Ursus arctos beringianus mieszka u siebie! Każdego roku na półwyspie „pozyskuje się” osobniki w klasie 8-10 stóp (3 metry wysokości w kłębie), przy długości czaszki do 70 centymetrów. Masa ciała dorosłych osobników dochodzi nawet do 600 kilogramów. Czego boją się niedźwiedzie kamczackie? Gwizdków. Wiadra odstraszających maści i beczki sprayów zdają się na nic. Wystarczy sobie pogwizdać…

Przez cztery tygodnie, po przejechaniu Kamczatki na przestrzeni 700 km, żywego niedźwiedzia nie widziałem. Spotkanie z maleństwem postury średniego psa i rankiem odkryte na śniegu tropy niezidentyfikowanej bestii nie dają mi, oj niestety, homologacji na heroizm.

W stanie niedosytu i z reporterskiej rzetelności musiałem zatem udać się do Muzeum Niedźwiedzia. Palcówka mieści się w niewielkim pomieszczeniu Rejonowej Biblioteki w Esso. Kustosz Natasza Litwinowa na ostatnim wydechu opowiedziała historię zwierzęcia symbolizującego Rosję. Póki co muzeum jest na dorobku i przypomina raczej izbę pamięci ku czci pluszaka. Na jego zbiory składają się misiaczki-przytulanki, ofiarowywane przez dorastające dzieci oraz parę kolorowych fotosów. Biblioteki – instytucji permanentnie niedofinansowanej, nie stać nawet na niedźwiedzią skórę. To rarytas „pozyskiwany” z pokładu helikopterów przez „Nowych Ruskich”, uzbrojonych w izraelskie sztucery nafaszerowane elektroniką.

No cóż, bolejąc nad muzealną mizerią, wielką nadzieję pokłada się w nowym prezydencie Rosji, który nazywa się - nomen omen - Dmitrij Anatoljewicz Miedwiediew. Kończąc, chcę zauważyć, że przywódców Rosji z naszymi władzami wszystko dzieli, ale coś też łączy – nienachlany wzrost, mianowicie. Rosjanie lubią i potrafią dowcipkować, bynajmniej nie oszczędzają najważniejszych osób w państwie.

„Miedwiediew prowadzi pokazową lekcję dla pierwszoklasistów:

- Kiedy byłem mały…

Nagle jeden z uczniów mu przerywa:

- A teraz jesteś duży?”.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć, czy polityk śmiertelnie obraził się na pierwszoklasistów całej Rosji. „Russkij Rieportior” z dn. 24.07.2008, z którego zaczerpnąłem anegdoty, w tym temacie nabrał wody w usta.


3


Rosja jest ogromna. W zasadzie nie wiadomo, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna. Na południu sporne kwestie graniczne, krwawe konflikty i wojny. Na Zachodzie niby spokojnie, ale w pamięci historycznej wciąż niezabliźnione rany powojennych „regulacji”.

O narodach, które zrzuciły sowieckie jarzmo nawet nie trzeba wspominać. Na Północy również terytorium niedookreślone, Arktyka przecież nie jest rozgraniczona ostatecznie. A któż byłby w stanie wytyczyć sprawiedliwą linię graniczną w wiecznej zmarzlinie, strzegącej niepoliczalnych skarbów Ziemi? Istnieje jednak spory kawał Rosji, który można uznać za jej definitywny kres. Myślę o bardzo dalekim Wschodzie tego gigantycznego kraju, miejscu, które od ponad 300 lat kojarzy się właśnie z Rosją. To Kamczatka - „koniec geografii”, jak mawiają sami Rosjanie.


Pijany niedźwiedź

Rosjanie są dowcipni, dowiadujemy się o tym co rusz. Oto pijany Ruski w skórze zdartej z niedźwiedzia, pod osłoną nocy robi sobie hard kabaret, strasząc Polaczków przybyłych do niedźwiedziej ojczyzny. Na porannym kacu wyjawia, że chciał się tylko zabawić, no i wypić „za wstrietchu i drużbu narodov”. Tak, jak Margarita (32 l.) od 6 rano piwkująca przy odprowadzaniu chłopa na avtovakzal, który wyrusza gdzieś hen, na rabotu. Dziewczyna od świtu wystrojona i w nienagannym makijażu ze szklistymi oczami, bynajmniej nie od łez rozstania. Już po odprawieniu męża chętnie nawiązuje dialog z turystami z Europy, częstując niedopitym piwkiem „Kuler”.

Turysta, także ten z Polski, może liczyć na bezinteresowne zainteresowanie. Spontaniczne przewodniczki trekkingu do starej kaldery wulkanicznej na każdym kroku okazują życzliwość i pytają o samopoczucie przyjaciół Słowian. Czuje się, że są dumne z faktu iż mogą komuś służyć pomocą. Dziewczyny skore do żartów i zabawy. Ewenka Ina obśmiewa mój„dierewny” (wiejski/stary) model Nokii. Przewodniczki non stop bawią się swoimi nowymi Samsungami, przechwalają melodyjkami, chichoczą ze śmiesznych filmików. Trudno na Kamczatce spotkać kogokolwiek bez aparatu telefonicznego, gdzie prawie wszędzie jest zasięg.


Życie na kołach

Oto kamczacka zasada – wszystkie autobusy dekoruje się wewnątrz fikuśnie udrapowanymi firaneczkami. Na drogach spotykamy samochody nadzwyczaj solidne, z napędem 4x4, generalnie to demobil japońsko-koreański. Modele w ogóle w Europie nieznane. No bo kto – pytam – widział samochód o nazwie toyota corsa, co na to koncern Opla?

Kierownice w 95% pojazdów po prawej stronie i kierowcy borykający się z problemem bezpiecznego wyprzedzania to tamtejsza norma. Rosja nie jest jeszcze drugą Japonią, tut kak v Evropie, wciąż obowiązuje ruch lewostronny. Manewr wyprzedzania ułatwiać mają strefowe lusterka posadowione na krawędzi lewego błotnika. Pomagają też miganiem światłami wyprzedzani kierowcy. Jak na standardy azjatyckie obowiązuje jakaś kultura jazdy. Osobiście odnotowałem parę sytuacji, kiedy kierowcy ustępowali pierwszeństwa pieszym. Nie to co w innych zakątkach Azji, Afryki i w pewnym kraju europejskim.


Drożyzna

Sklepy przyzwoicie zaopatrzone, ale ceny zdecydowanie nieeuropejskie, w niektórych asortymentach wręcz odrealnione. Dla przykładu: 1 kg pomidorów w przeliczeniu na złotówki kosztuje (w lipcu 2008 r.) 16 zł; chińskie jabłka – 40 zł; półlitrowy jogurt – 6 zł. A więc ceny dla Polaków horrendalne. Co mają powiedzieć miejscowi: emerytowany oficer armii – 16 500 rubli/miesięcznie; lekarka – 11 000 r/m; szefowa kuchni w szkole – jedyne 700 r/m. – Nada varovat’ – brzmi odpowiedź. Tylko gdzie i co można ukraść? – wypadałoby zapytać. Do dziś nie mogę sobie darować pomidorów. Dlaczego w kraju, gdzie tyle wody termalnej, bulgoczącej na każdym kroku, niemalże tuż pod stopami, nie można uprawiać tanich warzyw, z pomidorami na czele, zwłaszcza, że to owoc tak pięknie czerwony?

Ale żyć trzeba. Na szczęście rzeki kamczackie są wypełnione rybami. I to jakimi! Samice pełne ikry zmierzają w górę rzek, za nimi, podążają wściekłe i wygłodzone samce, będące w stanie przeobrażenia przed kresem swojego żywota. Pacany nocą ciągną rybę z pobliskiego mostu, by rano móc sprzedawać ciepły jeszcze kawior i dorodne łososie.

Ach tak! - rzeki kipią od ryb a w tajdze: grzyby, jagody i zwierzyna. Trwa wielkie wyczekiwanie na wielką rybę, która „uże idyot”, jeszcze tylko tydzień, może dwa. „Nasza ryba” opuściła już Ocean Spokojny i zmierza w głąb lądu – słyszy się zewsząd. Czekają ludzie, czekają też, choć jeszcze ukryte w gęstwinie nabrzeży, niedźwiedzie. Niedługo człowiek z miszką się zejdą, człowiek po jednej stronie Bystrej, niedźwiedź po drugiej, znowuż spojrzą sobie oczy. Jak co roku w lecie, kiedy zaczynają się rybne żniwa.


Radio

O tym wszystkim nie usłyszysz w miejscowej rozgłośni radiowej. Bo i o czym tu rozprawiać? To rytuał, zjawisko coroczne i już nudne. Kamczackie radio, niczym nieróżniące od naszych wrzaskliwych radiostacji typu FM, „nowocześnie” reklamuje usługi bankowe, proszki do prania i telefonię komórkową, wszystko poprzeplatane światowymi hitami, dość rzadko pomieszanymi kamczackim disco. Radiowo-komputerowy mix: byle głośno, byle szybko i – jak wszędzie na świecie – byle jak.

Ale nie, w wiadomościach dominują newsy z Kamczackiego Kraju: ktoś kogoś potrącił samochodem, albo historia domowego inwentarza podbieranego przez dzikie zwierzęta, czy news mrożący krew w żyłach – Paratunka: rozszarpanie kobiety przez niedźwiedzia, która jedynie na moment wyszła ze swojej daczy…

Informacja o śmierci szaleńca, któremu zachciało się zaliczyć jakiś wulkan newsem już nie jest, to w przypadku miłośników adrenaliny los przecież oczekiwany. Wiadomością dnia z pewnością może być informacja wulkanologów o wzmożonej aktywności Kluczewskiej Sopki i spodziewane trzęsienie ziemi.

Small biznes dotarł już na kraniec świata. Oto Nikołaj Pietrowicz Anochin (62 l.) przy ulicy Lenina 4 w miejscowości Esso podnajmuje turystom niedrogie kwatery o skromnym standardzie. Bywali już u niego przeróżni podróżnicy, także z Polski. Dodatkowo prowadzi nieduży warsztat wulkanizacyjny. Na brak zajęć nie narzeka, wszak kamczackie trakty dla kół są bezlitosne.

W Esso żyje z żoną Galą (70 l.), emerytowaną lekarką terapeutką. Na Kamczatkę przybyli dwadzieścia lat temu z Ałtajskiego Kraju. I już stąd się nie ruszą. Moskwa i inne miasta Rosji są im obce i niebezpieczne. - Eto drugaya strana, nie nasza! – zgodnie przyznają. Wciąż się kochają, wspierają jak mogą i życia poza Kamczatką w ogóle nie wyobrażają. Gala rzewnie wspomina czasy, kiedy przed wstąpieniem w instytut pracowała na rosyjskich kolejach w charakterze prowadnicy. Wtedy było jej najlepiej, także pod względem ekonomicznym. - To czas romantyczny – dopowiada Nikołaj Pietrowicz, drugi mąż Galiny, o 8 lat od niej młodszy.


Rafting

Okazuje się, że taką usługę turystyczną oferuje się nawet na Kamczatce. Niepotrzebne są więc rzeki Wenezueli, Brazylii, czy Nowej Zelandii. Kamczatka proponuje to samo z istotną różnicą – jej rzeki są lodowate, co gwarantuje wrażenia ekstremalne. Za „jedyne” 3500 rubli (odpowiednio: 350 zł, w cenie posiłki) uczestniczymy w dwudniowym spływie po dzikich rzekach i jest to przygoda niesamowita. Obcujemy z nieskażoną naturą i możemy zadumać się nad swoim losem w warunkach nieziemskich, choćby pod skałą o nazwie „Rozmowa z wiecznością” (Razgavor s vicznost’yu).

W pierwszym dniu spływ ma charakter lajtowy, czas upływa na nauce, a raczej wychowywaniu załogi, która musi porządnie wiosłować pod komendę sternika. Trzeba wpoić sobie, że komenda „tabań” oznacza: wiosłami mocno do tyłu, a jej przeciwieństwo to „wpieryod!”, częstokroć z okrzykiem: „bystriej, rabotayem!!!”. Warto usiąść po lewej burcie, częściej hamujemy (robimy tabań), aniżeli wiosłujemy. W zasadzie to cała wiedza, jaką w pierwszym dniu spływu należy posiąść. Ostra jazda zaczyna się dopiero nazajutrz, ale – zapewniam – wszystko jest do przeżycia, mimo strasznych wirów, wodnych kipieli i licznych progów skalnych.


Niedźwiedź trzeźwy

Nad bezpieczeństwem czuwa Paweł Iwanowicz Lipatow (58 l.), wraz z żoną Wierą Pietrowną prowadzący rodzinną firmę Ałtaj, oferującą, poza spływami, zakwaterowanie z wyżywieniem w porządnych warunkach. Paweł Iwanowicz to rosłe chłopisko (190 cm), jakby niedźwiedź, z tym, że o gołębim sercu. Szczyci się nogą numer 52 (jak to niedźwiedź) i zarazem chełpi synkiem Iwanem, liczącym zaledwie 15 lat, który chce przegonić ojca. Na ten moment musi szukać dzieciakowi obuwia w rozmiarze… 48.

Cała rodzinka zaangażowana w obsługę turystów i trzeba przyznać – z obowiązków wywiązują się na medal. Utrzymują ze sobą łączność za pomocą telefonu satelitarnego. Trudno pracować inaczej skoro oferują rozrywkę nietanią, porównywalną z cenami europejskimi. A jest to rzadka okazja do zarobku. Lipatowowie żyją na Kamczatce od 25 lat i już stąd nie wyjadą. – To naprawdę ich ojczyzna. Zimą, kiedy rzeki skuwa lód, Paweł Iwanowicz chodzi z turystami na „axotu”, tropi łosie, jelenie i niedźwiedzie.

Życie na tutejszej ziemi jest spełnieniem wszystkich marzeń. Eto son, eto mieczta.


Sierpień- wrzesień 2008

Powrót do góry strony

Ognista Ziemia


KAMCZACKIE WULKANY (slajdy)



Kraj ze snu


Mongolia


Mongolia (zmodyfikowana cyrylica: Монгол улс, trb. Mongol uls; nieoficjalnie pismo mongolskie: Monggol ulus. svg, trb. Monggol Ulus) – państwo w środkowowschodniej Azji, bez dostępu do morza. Od północy graniczy z Rosją, a od wschodu, zachodu i południa z Chinami. Stolicą i największym miastem jest Ułan Bator, gdzie zamieszkuje ok. 47% populacji całego kraju. Mongolia jest republiką parlamentarną. (Wiki)
 

Mongolskie reguły


Niecodzienna codzienność


Mongolia, Монгол улс, Mongol uls, Monggol ulus, Monggol Ulus


Po opublikowaniu reportaży z azjatyckiej podróży w mojej duszy utrwala się dziwny dyskomfort. W przypadku autora, który z pozycji laika zaledwie naszkicował parę idyllicznych obrazków o Mongolii i który sądzi, że ukazał sól tamtejszej ziemi - niepokój jest czymś nieuchronnym, a w przypadku pyszałka w pełni zasłużony. W mojej głowie umościły się tematy, które musiały się uleżeć, uformować i jakoś literacko ulepić. Myślę, że nadszedł czas podzielenia się wrażeniami bardziej przemyślanymi.

Nie będę udawał, że posiadłem pełną wiedzę o tym niezwykłym kraju, bo to przecież nieprawda. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem mongolistą z zauroczenia, dopiero odkrywającym ów magiczny świat. Poszukując w Internecie informacji o Mongolii niewiele znalazłem. Zdecydowanie najlepszą stroną jest witryna www.mongoluls.republika.pl, założona przez prawdziwych pasjonatów wśród których jest kilka osób pochodzenia mongolskiego, czy też powiązanych z tym krajem rodzinnie. Dzięki uprzejmości Gregbaatara mogę dzisiaj zająć się życiem codziennym Mongołów.

Orientalny koloryt

Bezczynne rezydowanie w Ułan Bator (Ulaanbaatar) zaczyna nużyć już po kilku dniach. Taki czas wystarcza do złapania orientalnego klimatu miasta, przez wielu podróżników ocenianego, jako nudne i brzydkie, a dla mnie sympatycznego, mimo,że trochę hałaśliwego. Stolica Mongolii w żaden sposób nie oddaje prawdziwego klimatu kraju, który spotkamy dopiero w interiorze.
Ze szkolnych czytanek znamy Mongolię, jako kraj rozległych stepów z rzadko rozsianymi jurtami. Niestety, taki jest schemat prowincjonalnego rozumowania usprawiedliwiony niedouczeniem. Wcześniej nie przypuszczałem, że Mongolia to również góry z wiecznymi śniegami i lodowcami, ogromne jeziora i rwące rzeki o skandynawskim stopniu czystości, dziewicze lasy i nade wszystko ogromna pustynia, surowa i dla człowieka nieludzko straszna. Całości obrazu dopełnia wiecznie błękitne niebo rozświetlane słońcem przez okrągły rok, niezależnie odpory roku. Mieszkańca zatłoczonej i zabetonowanej Europy uderza coś jeszcze: nieskazitelnie czyste powietrze, nietknięta przyroda, rzadkość zaludnienia i brak komunikacyjnej infrastruktury.

Egzotyka

Mongolia szczyci się bogatą wielowiekową historią, z której wywodzi się oryginalna i niespotykana gdzie indziej kultura. To ziemia odwiecznych wędrowców - nomadów, podążających w ślad za swoimi stadami, w rytm przyrody i bez rachuby czasu. Rozsianych na ogromnym obszarze (ponad pięć razy większym od Polski) nielicznych Mongołów (2,8 mln) wyróżniają i zarazem scalają narodowe święta, związane z nimi tradycje, praktyki szamańskie i buddyjskie, typowo mongolskie potrawy i niezwykłe ubiory. Wszystko co nas zadziwia podporządkowane zostało koczowniczemu trybowi życia tamtejszej ludności. Jestem przekonany, że prosty człowiek ze stepu, jak mało kto na świecie, pojmuje kruchość życia i pewnie dlatego, w przeciwieństwie do nas, nie otacza się cywilizacyjnymi gadżetami. Wszystko to sprawia, że Mongolia jest krajem niepowtarzalnym, egzotycznym i w żaden sposób niepodobnym do znanej nam cywilizacji.

Szata zdobi Mongoła

Narodowym strojem Mongołów jest Deel, czyli długa tunika ze stójką, której przednie poły zachodzą głęboko jedna na drugą, w pasie przepasuje się ją jedwabnym pasem (bus) w kontrastowym kolorze o długości nawet do 6-7 m. Czasami na wierzch Deele zakłada się bogato haftowany bezrękawnik. Ciepłe Deele noszone zimą szyte są na futrze. Ten rodzaj ubrania jest bardzo praktyczny. Noszą go kobiety, mężczyźni i dzieci nawet na co dzień, w głębi kraju ale i także w miastach. Górna części Deeli do pasa, tzw. pazucha, służy mężczyznom niby kieszeń do noszenia tytoniu, tabakierki oraz innych osobistych drobiazgów, z której nic nie wypada nawet przy szybkiej jeździe na koniu. Kolorystyka szat jest wprost niezwykła a zestawienie barw bardzo harmonijne, co na tle z pozoru monotonnego krajobrazu daje niesamowity efekt. Nawet w stolicy, obok ludzi w jeansach, spotykamy Mongołów w różnym wieku wystrojonych w Deele.

Imię to jest coś

Imiona Mongołów to kopalnia wiedzy dla językoznawców badających rodowód i znaczenie poszczególnych słów. Tak zwana Tajna Historia Mongołów zawiera około 400 imion. Ludzie noszące niektóre imiona, jak to zostało dowiedzione przez uczonych, rzeczywiście żyli w odległych czasach. Stare imiona mongolskie zawsze mają jakiś sens. Dla przykładu: Czuluu - kamień, Altan - złoty, Munch - wieczny. Od drugiej połowy XVI w. wraz z wpływami buddyzmu zaczęły pojawiać się imiona tybetańskiego i sanskryckiego pochodzenia: Dagwa - sława, Luwsan - mądry, Sambuu - dobry. W obecnych czasach dominują imiona mongolskiego pochodzenia: Tuja - promień, Ceceg - kwiat, czasami te imiona mają złożone znaczenia, np. Naranceceg - słoneczny kwiat, Erdeneczimeg - drogocenna ozdoba, Sarandzul - księżycowy ogień, Mönchdzul - wieczny ogień, Czuchalchuu - ważny syn itp. Osoba życzliwa, która zupełnie bezinteresownie oprowadziła mnie po Ułan Bator i której zawdzięczam niezapomniane wspomnienia z pobytu w Mongolii, nazywała się: Narantuya - słoneczny promień. Zwracając się do starszych wiekiem lub chcąc wyrazić szczególny szacunek dodaje się po imieniu „Guaj" - czyli szanowny.

Stepowy statek

Mongolska jurta (Ger) jest tradycyjnym mieszkaniem koczowników, mimo to dość licznie występuje nawet w stolicy, tuż obok nowoczesnych budowli. Jurta zbudowana jest z drewnianej kraty pełniącej rolę szkieletu, pokrytego wojłokiem i brezentową tkaniną. Mongolskie domostwo to prawie trzytysięczna historia. Plemiona zamieszkujące mongolską ziemię od niepamiętnych czasów prowadziły koczowniczy tryb życia, w związku z tym potrzebowały domów o prostej konstrukcji, które szybko dałoby się złożyć i rozebrać i które gwarantowałaby schronienie w surowym klimacie. Tym wszystkim wymaganiom sprostała jurta. Dzisiejszy wygląd jurty sformował się w procesie długoletnich doskonaleń.
Okrągła forma pozwala racjonalnie wykorzystać całą przestrzeń, rozmieszczenie wszystkich mebli i przedmiotów w jurcie jest z góry ustalone. Wejście zawsze znajduje się od strony południowej, piec - tagan zawsze znajduje się w środku,w południowo-zachodniej części znajduje się uprząż, siodło i skórzany worek na kumys z kijem do mieszania fermentującego napoju, a w północno-zachodniej skrzynie na ubranie, w północno-wschodniej łóżko, a we wschodniej części szafki i naczynia kuchenne. W dawnych czasach także miejsce dla gości było z góry oznaczone w zależności od płci i stanowiska. Mężczyźni zasiadali w prawej - zachodniej części a kobiety w lewej. Gość, czym dostojniejszy, sadzany był w bardziej północnej części mongolskiego domostwa. Jurta jawi się, jako kosmiczny statek samotnie płynący po zielonym morzu - rozległym stepie z dalekim horyzontem.

Zawsze w drodze

Rozmiary jurty zależą od ilości w niej żyjących osób. Zazwyczaj ma ona od 4 do12 ścian. Drewniany szkielet i inne elementy są lekkie i wygodnie w montażu i w transporcie. Waga średniej wielkości jurty wynosi około 240 kg. Składanie i rozkładanie odbywa się w określonym porządku. Najpierw układa się podłogę, potem na podłodze ściany, które składają się z drewnianych kratek, poszczególne sekcje łączy się jedną z drugą i razem z drzwiami, potem całość obwiązuje się sznurem. W środku na dwóch kolumnach ustawia się toono (okrągłe okno) i łączy się z konstrukcją szkieletową drewnianą. Całość pokrywa się białym cienkim płótnem a potem wojłokiem i opasuje trzema rzędami włosianego sznurka. Jurta jest dość wytrzymała na wiatry i nie rozwali się nawet przy trzęsieniu ziemi. W jurcie znakomicie rozwiązana jest cyrkulacja powietrza. Jeśli w murowanym domu w ciągu jednej godziny powietrze zmienia się 1-2 razy, to w jurcie 50-100 razy. Przysłanianie toono to rytuał i wielka sztuka gwarantująca doskonały mikroklimat. Osobliwością jurty jest też to, że może ona służyć za zegar słoneczny. Promień słoneczny wpadając przez wierzchnie okno i pełzając po kratkach ściennych daje możliwość dość dokładnie określić godzinę.

Powinności gościa

Życie koczowników toczy się bez żadnego pośpiechu. Ich tryb życia, standard jest niepodobny do europejskiego. Do dziś szczególnie poza miastami zachowane są stare obyczaje i tradycje. Jak stare mongolskie przysłowie głosi, że „jeśli wypiłeś ich wody, to zastosuj się do ich tradycji". W interiorze nieuniknione są spotkania z miejscowymi ludźmi. Zanim wyruszymy w step winniśmy zapoznać się z tradycjami i zwyczajami bo ich przestrzeganie zapewni nam szacunek i lepsze traktowanie. Warto pamiętać, że nie przystoi:
- gwizdać w jurcie ani w mongolskim domu;
- stawiać stopy w kierunku ołtarza podczas siedzenia w jurcie;
- nadepnąć na próg przy wchodzeniu do jurty;
- opierać się o kolumny i ściany w jurcie;
- zadeptać ogień, polać wodą lub rzucać do niego różne śmieci, ponieważ ogień jest święty;
- chodzić przed starszą od siebie osobą;
- siedzieć tyłem do ołtarza lub innych religijnych przedmiotów;
- dotykać głowy lub czapki innej osoby;
- położyć nóż ostrzem w czyimś kierunku albo podać go ostrym końcem, trzymając za uchwyt;
- brać jedzenie z talerza lewą ręką;
- w przypadku poczęstunku trzeba skosztować chociaż troszeczkę jedzenia;
- nie należy protestować poprzez wymachiwanie rękawami lub wyciągać małego palca prawej ręki, co jest odbierane za przejaw lekceważenia.
Wchodząc do jurty, na znak szacunku dla gospodarzy, należy założyć czapkę. Wypada też poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara a po przypadkowym nadepnięciu na czyjąś nogę trzeba poszkodowanemu podać rękę.

Coś na ząb

Kuchnia mongolska składa się głównie z dań mięsno-mącznych i mlecznych, liczy ponad 200 potraw. Podstawą jest baranina, wołowina, rzadziej mięso końskie,kozie oraz drób. Ulubioną potrawą Mongołów jest bulion na mięsie z kością z kluskami, makaronem lub łazankami oraz buudz (pierogi z mięsem gotowane na parze), chuuszur (rodzaj pierożka z mięsem smażony na tłuszczu). Ozdobą mongolskiego posiłku jest cały zad barania wraz z boczkiem gotowany w całości. Podaje się go na wielkiej tacy podczas uroczystości Cagaan Sar (uroczystość Nowego Roku według starego kalendarza księżycowego) oraz na innych dużych uroczystościach. Najczęściej Mongołowie jedzą mięso gotowane, przeważnie wołowinę lub baraninę. Gotują je bardzo krótko i podają na stół wraz z kością. Tak przyrządzone mięso nie traci witamin i zachowuje soczystość.
Spożywa się również ajrag (kumys), kefir, ser biały, twaróg (bjaslag), aruł (aaruul - suszony twaróg), zsiadłe mleko, urum (gruby kożuch schładzanego gotowanego mleka). W dawnych czasach w sezonie letnim Mongołowie prawie wcale nie jedli potraw mięsnych. Czasem gotowali zupy z mięsa suszonego tzw. Borc. Borc przygotowywano późną jesienią z surowego uda wołowego tnąc w długie paski i susząc na mrozie i wietrze.
Niewątpliwie najciekawszymi potrawami których możemy spróbować tylko u Mongołów są boodog i chorchog. Boodog przyrządza się z całej tuszki kozy. Usuwa się tylko kości i wnętrzności a w ich miejsce wkłada się różne przyprawy i rozżarzone kamienie a następnie zawiesza się nad ogniskiem i opieka obracając co jakiś czas. Chorchog robi się na ogół z mięsa baraniego (całego lub pół barana w zależności od ilości osób) w ten sposób, że mięso dzieli się na kawałki wraz z kością, wkłada do dużej metalowej bańki (np. konew na mleko), dodaje się do tego przyprawy a następnie rozżarzone na ogniu kamienie. Zamyka się szczelnie bańkę i obraca nią przez 20-30 minut. Tak przyrządzone mięso jest bardzo smaczne. Zupę, która wytworzyła się w środku pije się w czarkach a gorące kamienie trzyma się w rękach lub przykłada do bolących miejsc. Według wierzeń mongolskich mają one uzdrawiającą moc.
Ryb starsi Mongołowie praktycznie nie spożywają. Z zasłyszanych informacji wiem, że młodzież, zwłaszcza mieszkańcy stolicy, zaczynają dopiero ryby odkrywać, które zamawiają w restauracjach.

Gość w dom

Surowe i pozbawione wszelkich wygód życie stepowe stawiało ludziom rozrzuconym na ogromnych przestrzeniach specjalne wymagania, szczególnie ważna była wzajemna pomoc i życzliwość. Rzadkie spotkania z dalszymi, czy bliższymi sąsiadami, czy nieznajomymi zawsze były radosne i pożądane. Mongolska mądrość narodowa głosi, że „Szczęśliwy ten gospodarz przy jurcie którego zawsze stoją konie wędrowców". Dlatego obyczaj gościnności zachował się do czasów obecnych.
Gościnność ta wyrażona jest wielkim szacunkiem i radością dla każdego gościa. Gospodarz jurty obowiązkowo dobrze przyjmie, nakarmi, napoi w myśl powiedzenia „czym chata bogata". Przy tym on nigdy pierwszy nie zacznie rozmowy, będzie czekać kiedy zacznie ją gość. Zgodnie z tradycją gość powinien przed wejściem do jurty na znak, że nie ma złych zamiarów, obejść ją jeden lub dwa razy w kierunku słońca, broń czy nóż zostawić przed wejściem. Nadepnięcie nogą na próg przy wchodzeniu do jurty czy domu uważane jest za brak szacunku. Jeśli gospodarz wita wyciągając przed siebie otwarte ku górze dłonie - co znaczy: "nie mam żadnej broni, której mógłbym użyć przeciwko tobie" - należy wyciągnąć swoje dłonie, ale tak, żeby znalazły się pod dłońmi gospodarza (szczególnie to jest konieczne podczas witania się z osobą starszą od siebie). Starsi ludzie przy powitaniu "obwąchują'' młodszego gościa, tj. dotykając twarzą jego policzka wciągają nosem głośno powietrze. Należy to przyjąć jako oznakę szczególnej życzliwości, potraktowania gościa jak syna. Na znak szacunku wobec gościa, gospodarz przed powitaniem go wkłada nakrycie głowy.

Mongolskie grzeczności

Po pozdrowieniach z domownikami gościa najważniejszego sadzają w części honorowej jurty, tj. północnej. Pozostali mężczyźni siadają po stronie zachodniej, zajmując miejsca od północy ku południowi według stanowiska i wieku - najmłodsi najbliżej wyjścia. Kobiety siadają we wschodniej stronie jurty.
Forma pozdrowień i gestykulacje różnią się w zależności od celu i charakteru wizyty. Pozdrowienie bywają codziennie, sezonowe, zawodowe i uroczyste. Po powitaniu gospodarz częstuje gościa tabaką ze specjalnej tabakierki, podając prawą ręką swoją tabakierkę, zabierając jednocześnie tabakierkę rozmówcy. Jeśli jest większa biesiada, jej uczestnicy podają obiegiem tabakierkę, przyjmując jednocześnie tabakierki innych.Tabakierka taka kiedyś była i jest teraz nadal przedmiotem dumy każdego Mongoła. Wykonana jest na ogół ze srebra zdobionego koralami lub z innych szlachetnych kamieni. W tradycji ojciec przekazuje tę tabakierkę najmłodszemu synowi. Zachowany do dzisiejszych czasów zwyczaj wzajemnego częstowanie się tabakierką jest wyrazem szacunku. Po tabakierce podaje się herbatę, mleczne produkty, a potem inne dania w zależności od czasu trwania i charakteru wizyty.
Tradycja gościnności bardzo ułatwia poruszanie się po stepie. Wędrowiec może być pewien, że w każdej jurcie znajdzie wszystko co niezbędnie: gościnę, nocleg, jedzenie, a często także konie czy wielbłąda na dalszą drogę. Takie jest niepisane lecz bardzo wzruszające prawo stepu.

Potrzeba dwojga rąk

Jednym z najbardziej popularnych obyczajów jest zwyczaj częstowania herbatą. Jeśli gość chociaż na chwilę zajdzie do jurty o dowolnej porze dnia czy nocy, gospodarz albo gospodyni obowiązkowo poczęstuje go zieloną herbatą, zabielaną mlekiem lub ajragiem (kumysem). Poczęstowanie napojem białego koloru od dawna uważane jest jako wyraz szacunku i czystości uczuć.
Podnosząc herbatę gospodyni na znak szacunku i uważania podaje gościowi czarkę dwoma rękami, a gość powinien ją przyjąć także dwiema rękami, tym okazuje szacunek dla gospodarzy i wyraża swoje podziękowanie. Zwyczaj dawania i przyjmowania prezentu dwoma rękami istnieje w Mongolii od bardzo dawna. Ten gest oznacza „proszę albo dziękuję". Dlatego nie dziwmy się kiedy Mongoł otrzymując od nas prezent nie dziękuje słowami, tylko przyjmuje go obydwoma rękami. Tym gestem wyraża swoje podziękowanie.

Do widzenia Mongolio

Gościa z jurty odprowadzają wszyscy biesiadnicy, najpierw wychodzi gospodarz a za nim pozostali. Gospodarz kropi mlekiem strzemię konia wędrowca i bryzga w niebo za nim, życząc tym samym szczęśliwej drogi i powodzenia.
A więc - Bajartai Mongolio!


Grudzień 2006


Powrót do góry strony

Mongolia


Sen o Mongolii


Mongolia, Монгол улс, Mongol uls, Monggol ulus, Monggol Ulus


Opuszczając Buriację, rosyjską republikę wchodzącą w skład Syberyjskiego Okręgu Federalnego, byłem przekonany, że nie spostrzegę momentu lądowania na terenie sąsiedniej Mongolii. Wszak tu i tam ludzie jednakowo orientalni i do siebie podobni, dlatego nie powinienem odczuć, że oto wjechałem do innego kraju. A jednak szok. Jak się w końcu okazało - wylądowałem na zupełnie innej planecie! Tak jest. W kolorowym świecie z dziecinnego snu.



Chiński jest łatwy

Pogranicze państw jest miejscem magicznym, to coś co zawsze mnie zadziwia. W zasięgu ledwie paru kilometrów niemalże wszystko się zmienia, dosłownie: kultura, język, obyczaje, no i ludzie. A granica to przecież tylko umowna linia, polityczna kreska rozdzielająca jakieś, sąsiadujące ze sobą, światy.
Wędrowców, którzy przemierzyli ogromne republiki, bezkresne kraje, nieogarnione obwody i autonomiczne okręgi, pokonali wiele tysięcy wiorst po to tylko, by wjechać do Mongolii i wreszcie (uff!) dotarli na kolejowe przejście graniczne w Nauszkach - Rosja oddaje jakby z zazdrością. I bynajmniej nie mam na myśli nieskrywanego przez Rosjan zdziwienia:
- Po co tam jechać? - W Mongolii nic nie ma!
Człowiek żegnający się z Rosją musi wypełnić mnogo karteluszków z milionem rubryczek, w których ujawnia posiadane walory pieniężne, materiały wybuchowe i wszelaką broń. Broń Boże nie powinien zapomnieć o narkotykach, niedozwolonych lekach i precjozach. Z pokorą musi wypunktować wszystko to co z Rosji wywozi. Szczęśliwym turystą jest ktoś, komu pogranicznik wręczy kartelucha w języku angielskim, albo z już, jako tako, oswojoną cyrylicą. O druczkach polskich lepiej nie marzyć, nie ta szerokość geograficzna.
Nie będąc aż takim farciarzem musiałem wgryźć się językiem, rozkminić bumażku objaśnioną, jasno i wyraźnie, po... chińsku. Fikuśne „krzaczki" z alfabetem łacińskim dały całkiem udany melanż. Chińsko-polskie dzieło, czyli szkic mocno abstrakcyjny, ktoś jednak rozczytał, bo żaden posiadacz ogromnej, jak lotnisko aeroklubu, czapy nie wyrywał autora do rewizji. Jakim cudem to wypełniłem? Prosto. Wszędzie powstawiałem zera i popodkreślałem chińskie niet. A jak stoi chińskie zaprzeczenie? Cóż, nie napiszę, gdyż wciąż nie nabyłem wystarczającej wprawy w posługiwaniu się pędzelkiem do chińskiej kaligrafii. Uporanie się z granicznymi procedurami może tylko człowieka umocnić i pozwala zrozumieć starą prawdę o kształcących walorach podróżowania. Wreszcie uwierzyłem, że byłbym w stanie przekroczyć nieprzekraczalną granicę Korei Północnej. Na marginesie: już o tym śnię, ale na razie sza, nie zapeszajmy, lepiej nie budzić Kim Dzon Ila.
I tak, po siedmiogodzinnych perturbacjach, nie wiadomo po co tak długich (poza deklaracjami nic od Polaków nie chciano) wjechaliśmy na teren państwa zwanego Mongol Uls, ze stolicą Ulaanbaatar.



Cisza

Mongolia to kraj ogromny, prawie sześć razy większy od Polski, ojczyzna kilku grup etnicznych: Mongołów (85%), Kazachów (7%), Tunguzów (4,6%) oraz innych, w tym Rosjan i Chińczyków (3,4%). Na tak rozległym obszarze żyje raptem około 2 800 000 ludzi, z czego ponad milion w wydzielonym administracyjnie, spośród 21 ajmaków (województw) mieście Ulaanbaatar - stolicy państwa, którą Polacy nazywają - Ułan Bator. W wolnym tłumaczeniu Ulaanbaatar znaczy „Bohaterski Rycerz".
Po „sforsowaniu" granicznych umocnień, zaoranej ziemi niczyjej (pasa śmierci) oraz płotów zwieńczonych drutem kolczastym - miłą niespodzianką okazała się mongolska cisza, niespotykany gdziekolwiek w świecie spokój. Cisza przejmująca, niesamowita i trudna do zdefiniowania. Początkowo sądziłem, że na stan wewnętrznego ukojenia wpłynęły uśmiechnięte twarze służb granicznych, reprezentowanych głównie przez nienagannie umundurowane (odprasowane, wyperfumowane i wyfiokowane) Mongołki, perfekcyjnie odprawiające podróżnych z dalekiego świata.

Echo

Już dwa kroki zagranicą, ni stąd ni zowąd, wyrosła pojedyncza jurta - okrągły mongolski dom. Kosmiczny stateczek z wojłoku płynący po gigantycznym zielonym morzu. Taki widok (naprawdę rzadki) będzie spotykany przez tysiące kilometrów. A gigantyczne odległości w Mongolii to coś zwykłego, o czym nawet się nie rozmawia i po prostu, krok po kroku, kilometr po kilometrze, pokonuje. Na koniu, na wielbłądzie, na jaku, pieszo, harleyem i land cruiser'em a głównie bliżej nieokreślonym wehikułem, zdezelowanym do bólu i cudem trzymającym się kupy, chyba dzięki wyjątkowej łaskawości mongolskiego Pana Boga. Samotny i z pozoru zagubiony jeździec w stepie to wyjątek i zarazem zasada. Im dalej od Rosji tym bardziej karłowacieje drzewostan, który po paru godzinach podróży, wraz z nastaniem nocy (po raz któryś spędzanej w pociągu), już o świcie, znika zupełnie. Mongolski kosmos ze swoją poetycką panoramą zniewala. Naprawdę. Z pewnością ten pejzaż determinuje tamtejszych artystów. Trudno się więc dziwić, że linia melodyczna wielu mongolskich pieśni opiera się na przestrzeni: Echo, echooo... (po mongolsku - ee xo, eee xo...) - rozbrzmiewa niczym potężny dzwon i niesie się,niesie, niesie... w niepojętą dal.



Niebiański zapach

Woń kwitnącego stepu jest oszałamiająca, różna w różnych miejscach. To aromat niepodobny do zapachów europejskich, szczególnie intensywnie odczuwany na postojach, po wyjściu z klimatyzowanego pojazdu. Doznania inne są w okolicy wodopoju przyciągającym mix zwierzęcy, w ogromnej masie i niepoliczalny: konie, krowy, owce, kozy, jaki i wielbłądy, a także różnorakie ptactwo: brodzące i drapieżne, z ogromnymi sępami włącznie. Mimo stanu pełnej anosmii i indywidualnej gruboskórności, powinniśmy paść na kolana. Choćby za możność wdychania niezwykle czystego powietrza i bezpośrednie odczuwanie „ciężkości" - tak jest! - planety Ziemia. Właśnie w stepie po raz pierwszy w życiu coś podobnego mi się przytrafiło.
Myślę sobie, że najcięższą karą dla migrujących nomadów byłoby odebranie im akustycznego efektu ciszy i echa, pozbawienie nieskazitelnego nieboskłonu, wysycanego błękitem najczystszym, jaki można zobaczyć wyłącznie w stratosferze. Z kolorystyką wcale nie fantazjuję, podpieram się opowieściami mojego przyjaciela śp. Krzysztofa, który nad chmurami spędził wiele godzin, jako pilot. Dopiero w dalekiej Mongolii zrozumiałem o co mu naprawdę chodzi. Jeśli istnieje w kosmosie jakaś planeta z cieniem szansy na przeżycie, najmniejszym ryzykiem byłoby wysłanie tam mongolskiego koczownika. Z pewnością by przetrwał! Wysnuwając takie przypuszczenie bynajmniej nie ironizuję. I mało mnie obchodzi, że ktoś pomyśli iż pozwalając sobie na te dziwaczne dygresje - zwyczajnie przesadzam.



Mongołowie nie gęsi

Szaleństwo prawdziwej przygody polega na niepełnym przygotowaniu się do podróży. Warto zapytać: - Kto uważający się za rozsądnego, wybiera się w te, tak rzadko przecież odwiedzane rejony świata, bez znajomości języka, dajmy na to, mongolskiego? Już po zatrzymaniu pociągu w Ułan Bator okazać się miało, że umiejętność posługiwania się językiem tubylców bynajmniej nie jest konieczna. Przed turystą z dalekiej Europy, jakby spod ziemi, wyrasta roześmiany od ucha do ucha, skośnooki przewodnik z ofertą noclegowo-turystyczną. Jaki język jest najlepszy do elementarnego porozumienia? Jak to jaki? - Wystarczy polski! Osłupienie. Czyżby człowiek dojechał donikąd? Jak to możliwe: mówię w ojczystym języku i jestem rozumiany - to po co ten cały podróżniczy mozół?
I tak już do końca, na każdym kroku spotyka się ludzi, z którymi można uciąć pogawędkę, jeśli nie w języku Mickiewicza, to z pewnością Sergiusza Jesienina albo i Bohumila Hrabala. Zwiedzając Gandan - zespół klasztorny z XIX wieku zamarzyłem sfotografować się w towarzystwie mnichów ubranych w barwne szaty. Prośba wyrażona po rosyjsku rozbawiła ich, powtórzona po angielsku spowodowała, że lamowie wymienili wymownie spojrzenia. Zdeprymowany wciąż nie wiedziałem, czy mogę liczyć na wspólną fotkę. W końcu najstarszy z mężczyzn, piękną polszczyzną zapytał: Po co się męczysz - poproś w swoim języku! Oto jak procentuje kształcenie mongolskich studentów w Polsce i w krajach sąsiednich. Absolwenci europejskich szkół trzymają się mocno i póki co opanowali turystykę. Mongołowie „polskojęzyczni" przyznają, że młoda inteligencja wykuwa się już zupełnie gdzie indziej. Zerka na Japonię, Korę Południową, Chiny, Indie i USA. Za parę lat znajomość polskiej mowy będzie rzadkością i stanie się pewnie lingwistycznym wyrafinowaniem.



Hałaśliwy rycerz

Ułan Bator zdecydowanie nie zasługuje na swoje imię bowiem nijak nie przystaje do tak przeze mnie wychwalonej ciszy interioru. Hałas przeróżnych toyot i zdezelowanych hyundai, modeli w Europie w ogóle nie spotykanych, jest zdecydowanie „niemongolski". Sporo aut ma kierownicę po prawej stronie, co rodzi podejrzenie dziwnego źródła pochodzenia danego pojazdu. To efekt rynku wtórnego samochodów produkcji japońskiej. Warto wiedzieć, że nie tylko w Anglii, ale i w Japonii obowiązuje ruch lewostronny. Część maszyn udekorowano swastykami, ale bez obaw, dla Mongołów swastyka jest symbolem życia, światła, płodności, zbawienia i słońca z jego ruchem na nieboskłonie.
Nie milknące od świtu do nocy klaksony aut wykonujących manewr wyprzedzania (taka zasada bezpieczeństwa) i pokrzykiwania obsługi busików zachęcających klientów do skorzystania z okazji - to dźwiękowy koloryt stolicy. Co szokuje nas niemartwi miejscowych, podróżni nie muszą śledzić rozkładów jazdy, których i takich nie ma, wystarczy, że czekając nasłuchują naganiaczy. Głosowa reklama (im głośniej, tym skuteczniej) w wykonaniu handlarzy oferujących nieopodal dworca wyroby mleczne, w tym z mleka kobylego i wielbłądziego - dopełnia obrazu Ułan Bator.

Milionowa aglomeracja składa się z nieciekawych zabudowań, powoli jednak wkracza nowoczesność ze szkła i stali. Na obrzeżach występują wielkie dzielnice jurtowo-slumsowe, gdzie można czuć się zupełnie bezpiecznie bowiem to slumsy nietypowe, zamieszkiwane przez ludzi relatywnie zamożnych. Niejedna jurta ma satelitarną antenę a obok stoi mercedes.

Ponad stolicą, na masywie Bogdo Uuł (2256 m npm), Mongołów strzeże wielki Czyngis-chan, usypany z białego marmurowego złomu i widziany ze znacznej odległości. Groźna twarz dowódcy Wielkiej Ordy, która 800 lat temu podbiła Wielki Step, jest niewzruszona i wydaje się być obojętna na harmider dochodzący z doliny rzeki Toły.


Świat to wiocha

Na kwaterze u Serge'a w Ułan Bator przy ulicy Enkhtaiwan, po 3,5 $ USA za dobę w całkiem przyzwoitych warunkach, spotyka się cały świat. Serge jest bardzo zadowolony, bo „złapał" grupkę Polaków, których tak kocha i z którymi koniecznie musi się napić czegoś mocniejszego! Z porozumieniem zero kłopotu. On ex student w czeskiej Pradze doskonale sobie rodzi, jest komunikatywny, sypie dowcipami i rozmarza się wspominając młodość spędzoną w Pradze, gdzie przyjaźnił się z wieloma Polakami. W Czechach zostawił żonę i dziecko, często do nich wraca myślami i być może kiedyś tam pojedzie. Z interesu zadowolony, dysponuje trzema lokalami na mieście a w pełni sezonu panuje ruch niczym w mrowisku. Ktoś wchodzi, ktoś wyjeżdża, inny ktoś przepakowuje się, ktoś wypoczywa, ktoś jeszcze bierze kąpiel. Dyskretnie nad całością czuwa, dorabiający w wakacje, osiemnastoletni student turystyki Baatur, brat aktualnej żony Serge'a - pięknej Chinki rodem z Mandżurii.

Kto przewija się przez kwaterę Serge'a? Globtroterzy i różni dziwacy. Ronald z Kanady od 12 lat w niekończącej się samotnej podróży i amerykański sinolog, wojażujący dookoła świata. Dwaj ortodoksyjni Żydzi, których po półrocznym poszukiwaniu odnalazł Joshua, co dopełniło się akurat w Ułan Bator, wszyscy już szczęśliwi wykonali dziki taniec radości. Trzej polscy etnologowie z Londynu, dokąd wyemigrowali za chlebem, bo w kraju zarabiali w skansenie po 700 złotych. Do Ułan Bator przywiodła ich - niewypalona przy zmywaniu angielskich garów - zawodowa pasja i doroczny Naadaam Festival, w tym roku wyjątkowo atrakcyjny. Bogaty program imprezy uświetnił 800 letnią rocznicę powstania ojczyzny Mongołów. Taką oto menażerię uzupełniła grupka szaleńców z Polski, w skład której wchodziłem ja, czyli ten, któremu w dzieciństwie przyśnił się kolorowy step.


Janek i Szarik

Polskie keczupy, koncentraty pomidorowe, konserwowe ogórki od Urbanka i mleko łowickie - to polskie znaki rozpoznawcze, wszechobecne w reklamach i na półkach w większych sklepach. Na jednej z ulic widziałem billboard z roześmianym góralem spod Giewontu, zachęcającym Mongołów do nabywania renomowanych polskich materiałów budowlanych. Polska to jest marka! - słyszałem po wielokroć.
Sporo Mongołów wymienia bezbłędnie (z właściwym akcentem!) bohaterów kultowego u nich serialu: Janka Kosa, Gustlika Jelenia, Grigorija Szakadżeszwilego i pięknej Marusi. Nie próbowałem rozwikływać politycznych pętli i objaśniać na czym polega tak zwane odkłamywanie historii, co akurat odbywa się w mojej dalekiej ojczyźnie.

No bo jak ze ściśniętym gardłem mogłem wypowiedzieć, że obecny prezes TVP, pryncypialny i ideowo nieugięty Bronisław Wildstein, pogonił z ekranu bohaterskiego Szarika? Jak psa! - trzeba dodać.


Wrzesień 2006

Powrót do góry strony

Rosja - okolice Bajkału


Podróż smakowita


Bajkał, Озеро Байкал


Rozciągający się na długości kilkuset kilometrów nieujarzmiony Bajkał stanowi naturalną przeszkodę w dotarciu jeszcze dalej na Wschód, aż do brzegów Oceanu Spokojnego. Dlatego jezioro oplatają torowiska umożliwiające komunikację w tych ekstremalnych warunkach. W rejonie północnego Bajkału przebiega Bajkalsko-Amurska Magistrala (BAM) na Południu zaś legendarna Kolej Transsyberyjska, z wyłączonym z ruchu towarowego najstarszym odcinkiem, nazywanym przez poetów „Złotą klamrą" Bajkału.

- A jak zabijają czas ludzie podróżujący wspólnie przez setki godzin, przez wiele, wiele dni a nawet tygodni? - Odpowiem posiłkując się maksymą Artura Rubinsteina: Grafomani rozmawiają o sztuce, artyści - o kobietach, jedzeniu i pieniądzach...

Przemierzając Rosję poznałem Nikołaja Żurawlewa Michajłowicza budowniczego kolei północnej, zapalonego gawędziarza, wspaniałego kompana i bez wątpienia poetę, któremu obiecałem, że o BAM, o tym - ze wszech miar spektakularnym osiągnięciu techniki radzieckiej - opowiem swoim rodakom. Nikołaj Michajłowicz był bowiem przekonany, nie bez słuszności zresztą, że Polacy niewiele widzą co tak naprawdę na Syberii można zobaczyć. Nikołaj to szczery entuzjasta kolei a BAM została w jego sercu (i w sumieniu) na zawsze. W tajdze zostawił młodość i wszystkie siły, wciąż się dziwi, że w tych nieludzkich warunkach, w nieprzebytych lasach można było coś podobnego zbudować.

Z rozrzewnieniem - gawędą, pieśnią i poetyckimi strofami - wspomina przyjaciół. Wielu z nich nie ma już wśród żywych, z niektórymi wciąż koresponduje a tylko z nielicznymi kiedyś się spotkał. Także z naszego kraju rekrutowano młodych i silnych ochotników. Polacy - nie wiedząc o tym - wspomagali Breżniewa materialnie, ale dla pociechy powiem, że nie tylko my, także i inne demoludy. Koleje rosyjskie są pełne dowodów internacjonalistycznej miłości. Do dziś z powodzeniem eksploatuje się wagony produkcji enerdowskiej. Solidną niemiecką robotę widać po jakości wykończenia i wciąż dobrym stanie technicznym taboru.



Pirożki
Jeśli ktoś myśli, że pirożki to to samo co polskie (ruskie!) pierogi- myli się. Obie potrawy łączy jedno: są czymś nadziewane. Poza tym reprezentują zgoła różne kosmosy kulinarne. Oszczędzę opisu ruskich pierogów,które - jak sama nazwa wskazuje - dla Polaków, tych z lewa i tych z prawa, są potrawą narodową, obok bigosu rzecz jasna. Pirożki są wyrobem z pogranicza drożdżówki i zwykłej bułki. Bułka daje kształt, drożdżówka zaś typ ciasta. Nadzienie nadaje się w zasadzie wszystko i zależy od twórczej inwencji babuszek, które serwują pirożki: z ziemniakami (s kartoszkoj), z mięsem (s miasom) i z kapustą (s kapustoj).Oczywiście wszystkie trzy składniki mogą stanowić całkiem udaną kompilację,częstokroć okraszoną jajkiem i czymś zielonym: szczypiorkiem lub natką pietruszki.Kiedy przemierzamy Rosję i zechcemy popróbować legendarnych „ruskich pierogów"poprośmy po prostu o „warieniki", które niekoniecznie będą przypominały ukochane polskie ruskie pierogi.

Kolej bajkalsko-amurska przechodzi przez wschodnią Syberię i rosyjski Daleki Wschód na długości 4234 km i biegnie około 680-840 km na północ od kolei transsyberyjskiej, stanowi dla niej nitkę alternatywną i równolegle zmierza do brzegu Pacyfiku. BAM rozpoczyna się w miejscowości Taiszek, jako odnoga kolei transsyberyjskiej, przekracza Angarę w Bracku, mija Bajkał przy jego północnym krańcu, przekracza Amur w Komsomolsku nad Amurem, a kończy nad brzegiem Oceanu Spokojnego w miejscowości Sowieckaja Gawań. Pierwszy odcinek BAM z Taiszeku do Bracka wybudowano w latach trzydziestych XX wieku. Część dalekowschodnią w końcowym latach II Wojny Światowej zbudowali więźniowie gułagów, głównie niemieccy i japońscy jeńcy wojenni. Nie do końca zweryfikowane źródła podają, że BAM pochłonęła około 150000 ofiar. Budowa stanęła w roku 1953 po śmierci Stalina i dopiero po dwudziestu latach Leonid Breżniew zadekretował,że kontynuacja budowy będzie wielkim wyzwaniem dla Komsomołu.



Orzeszki
W rosyjskich pociągach orzeszki są czymś oczywistym i wszechobecnym, choć - oj niestety-niestety - coraz bezczelniej wypierają je zapychacze typu czipsy i inne fast foody. Pojawienie się orzeszków jest sygnałem, że oto wylądowaliśmy w przepastnych syberyjskich lasach. Orzeszkowo jest już do końca transsyberyjskiej podróży, aż po granicę mongolsko-chińską. Zakupu dokonuje się wprost na peronie od bliżej nieokreślonego typu sprzedawcy (dzieci, starcy), a miarką jest szklaneczka (stakanczik). Orzeszki wcinają wszyscy, bez względu na: rasę, płeć, wiek, partyjną przynależność i wrażliwość wewnętrzną. O dziwo w wagonach nie uświadczysz walających się łupinek.


BAM była budową „pomnikową" i strategiczną politycznie, szczególnie ze względu na bliskość granicy chińskiej. Niektórzy z nas pewnie pamiętają gigantyczną akcję propagandową, prowadzoną także w peerelowskich mediach. Dziennikarze relacjonujący zakres robót do bólu eksploatowali przymiotniki: wielikaya, balszaya, xaroszaya. O BAM-ie poeci pisali poematy, kompozytorzy komponowali symfonie, malarze malowali pejzaże. (Politbiuro z egzekutywą obmyślało strategię i chlało).

Na jubileusz dziesięciolecia propagandowo „połączono" ze sobą część wschodnią i zachodnią. Wrogie media imperialistyczne nie dostąpiły zaszczytu uczestnictwa w owym historycznym wydarzeniu. No i dobrze. Władza musiałaby się gimnastykować z wyjaśnianiem, dlaczego robotnicy pracowali w skrajnie złych warunkach i z jakiego powodu budowa nie została ukończona. W rzeczywistości do użytku włączono jedną trzecią linii i po cichu, wykorzystując pracę przymusową więźniów, budowę sfinalizowano dopiero w 1991 roku.
Opowieść Nikołaja Michajłowicza o prowizorce breżniewowskich sukcesów wprawiła mnie w zadumę. Nastrój wagonowy wrócił raz jeszcze, już w Polsce, po kilkunastu dniach od powrotu z wielkiej podróży. Niedawno jechałem, oddanym w świetle fleszy i z propagandowym hukiem, odcinkiem autostrady pod Legnicą. Zrozumiałem, że Obywatel IV RP też wiele potrafi.Dowody? Z przyczyn w pełni usprawiedliwionych legnickiego odcinka nie otwierał towarzysz Leonid B., był za to ksiądz z pokropkiem i malutcy polityczni ważniacy. Nazajutrz jedną nitkę z ruchu wyłączono a autostradę - póki co - „się wykańcza".



Ryby
Kulinarną premią dla tych, którzy dotarli aż do Bajkału są ryby. Im bliżej jeziora tym więcej okazji do nabycia świeżutkiego omula (endemik tylko tam występujący) i lipienia syberyjskiego (charus). Lipień zadowoli smakoszy preferujących ryby o mięsie delikatniejszym i mniej tłustym. Rosjanie doskonale wiedzą na których postojach „połów" będzie obfity. Ażby nie przegapić wyjątkowej okazji posmakowania wyśmienitych ryb bajkalskich wystarczy obserwować współpasażerów we właściwym momencie ożywających i szykujących się do wyjścia z pociągu. Najbogatszą ofertę spotyka się na peronie w Sludiance przez całą dobę i przez okrągły rok. Opowieść o omulu w całej Rosji snują wszyscy smakosze i wywołują nasze - Europejczyków zdziwienie. Ci ostatni dopiero po uczcie zaczynają rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Babuszki proponują ryby (25-30 rubli szt.) wędzone na gorąco (goriacziego kopczienia) i na zimno (chołodnowo kopczienia). Zimnym omulem rozkoszują głównie Rosjanie i wciąż nie mogą osiągnąć konsensusu, która ryba jest lepsza. Jak zaobserwowałem: wojny z tego nie będzie.

"Złota klamra" Bajkału - kolej bajkalska, dla miejscowych po prostu Krugobajkalka - jest niepowtarzalnym na Ziemi pomnikiem budownictwa kolejowego końca XIX i początku XX wieku. Wyłączona obecnie z ruchu wielkotowarowego, około 90-kilometrowa stara kolej żelazna, stanowi harmonię naturalnych zasobów i ludzkiego rozumu. Przez znawców uważana jest za wielkie osiągnięcie sztuki inżynierskiej. Ogromny wkład w budowę Krugobajkalki mieli również Polacy, zatrudnieni tam zarówno w charakterze przymusowych robotników-zesłańców, jak i inżynierów, w tym byłych katorżników.
Ażeby wybudować kolej na każdy kilometr zużyto wagon dynamitu i dzięki temu wydrążono 39 tuneli, o łącznej długości 9138 metrów (najdłuższy ma 800 metrów, czyli 1/10 trasy przebiega w litej skale). Oprócz tuneli kolej wije się na 18 galeriach naturalnych, bądź usypanych specjalnie z pozyskanych kamieni i prowadzi przez niezliczoną ilość mostów i wiaduktów. Owe karkołomne konstrukcje wymusiły warunki naturalne.Skalisty brzeg jeziora zupełnie nie sprzyjał umiejscowieniu w tym miejscu kolei.
Decyzją Rady Deputatów Narodowych Okręgu Irkuckiego z grudnia 1982 roku na odcinku linii krugobajkalskiej, od stacji Bajkał do stacji Kułtuk, utworzono muzeum architektoniczno-krajobrazowe. Włączono do tego 172 obiekty znajdujące się na tym obszarze.


Czieburieki
Ów smakołyk bynajmniej nie jest osobliwością kuchni około bajkalskiej, choć przyznać należy, że jego nazwa brzmi trochę „po buriacku". W czieburiekach można się rozsmakowywać już po przekroczeniu granicy w Brześciu. Czieburieki to na wpół zamknięte niby-naleśniki, niby-bułeczki z zawartością mięsa siekanego lub mielonego, zasmażone w oleju. Marketingowo zaprawione babuszki zapewniają,że konkretnie ich towar jest z najświeższych składników, nie to co u konkurencji. Przed zakupem warto jednak smakowitą porcyjkę obejrzeć albo i zbadać organoleptycznie. Osobiście spożyłem niejednego czieburieka, organizm wytrzymał i wciąż żyję, czego dowodem są owe nostalgiczne wspomnienia, spisane już po powrocie. A więc niepotrzebnie kraczę.

„Złota klamra" spina Bajkał tuż nad lustrem wody i w wielu miejscach istnieje zagrożenie katastrofy budowlanej. Niespełna stukilometrowy odcinek specjalny pociąg pokonuje do... 8 godzin. Wszystko odbywa się nieśpiesznie, w tempie zdecydowanie spacerowym, w sam raz dla ludzi złaknionych piękna i bynajmniej nie mam na myśli wyłącznie poetów. To trasa o wyjątkowych walorach widokowych. Zjeżdżają się tam globtroterzy z całego świata.
W czasie swojej podróży, ze stacjami krańcowymi: Kułtuk - Bajkał, spotkałem troje Czechów, trzy Francuzki, kilkoro Niemców i turystów z Ameryki Północnej. O Sybirakach traktujących Krugobajkalkę, jako abyknawiennyj (zwykły) środek komunikacji tylko wspominam. Nie przyjechać się Krugobajkalką to tak, jakby być w Rzymie i nie widzieć papieża. Bez takiego doświadczenia nikt nie ma prawa rozgłaszać, że zaliczył Kolej Transsyberyjską. I nie ważne, że spędził w pociągu parę tygodni jadąc od Moskwy do Władywostoku, tam i z powrotem, zahaczając po drodze o Pekin i Ułan Bator.


Restauran
Zachodni obyczaj wdarł się już na Syberię. Dla europejskich estetów przeznaczone są wagony restauracyjne serwujące „normalne" dania. Dla mnie to żadna atrakcja, tym bardziej, że wszystkie potrawy są zdecydowanie przesolone... cenowo i zrywają z miejscową tradycją. Restauran to miejsce mimo wszystko potrzebne, zwłaszcza do spotkań towarzyskich pasażerów, którzy koncentrują się tam na degustacjach smacznych zakąsek do wódki. Niektóre babuszki też chcą być trendy, a te najbardziej przedsiębiorcze serwują kompletne zestawy obiadowe: np: kurczak z ziemniakami i sałatką (kurica s kartoszkoj). Obsługa restaurna ma zatem silną konkurencję.


Krugobajkalka - pozostałość po niegdysiejszym trakcie kolejowym Irkuck Port-Bajkał Slyudianka, w chwili obecnej ma znaczenie marginalne. Pociągi kursują nieregularnie. Co drugi dzień jeździ zwykły pociąg ze sklepem, w którym zaopatrują mieszkańcy nielicznych osad i ośrodków turystycznych (tzw. turbazy), pozostający w izolacji i nie mający innej łączności ze światem niż przez kolej. W pozostałe dni kursuje specjalny skład turystyczny.
Malowniczą trasę można do woli obfotografować wprost z rampy lokomotywy za jedyne 50 rubli. Pociąg zatrzymuje się w różnych, najbardziej atrakcyjnych, miejscach, staje nawet „na stopa" dla spieszonych turystów, umęczonych wędrówką po torach. Na całej długości organizowano sporo przystanków, gdzie można rozbić namiot albo rozgościć się w turbazie.


Na koniec muszę przekazać coś osobistego. Biwakowanie w takim miejscu to zdarzenie niezwykłe, nie wolno zapomnieć, że znajdujemy się nad brzegiem najgłębszego i najstarszego jeziora świata, u podnóża wielkich gór i w cieniu syberyjskiej tajgi. W jedynym takim punkcie na Ziemi, gdzie chmury zlewają się z mgłą a nad lustrem Bajkału nie sposób dostrzec linię horyzontu.


Październik 2006

Powrót do góry strony

Rosja - Buriacja


Bajkał - Morze Szamanów

Bajkał (ros. Озеро Байкал) – jezioro tektoniczne w Azji, zwane „syberyjskim morzem” i „błękitnym okiem Syberii”, położone na terytorium Rosji w Republice Buriacji i obwodzie irkuckim. Jest najstarszym i najgłębszym jeziorem na świecie, a ponadto – pod względem powierzchni – drugim jeziorem w Azji i siódmym na świecie.


Świat się skurczył i jest dostępniejszy. Wreszcie możemy realizować sny z dzieciństwa, spełniać marzenia przez wielkie „M", bywać w miejscach niegdyś dla nas zakazanych, oddzielonych kretyńskimi kordonami politycznymi. W najdalszy zakątek Ziemi docierają samoloty, które za często jednak zaliczają twarde lądowania. A zresztą, co to za frajda znaleźć się na krańcu świata w kilkanaście godzin? Ażeby dotrzeć do Bajkału zdecydowałem się na wielodniową podróż koleją transsyberyjską. O urokach pokonywania rosyjskich bezkresów zdałem relację w poprzednim reportażu. Dzisiaj odpowiem na najprostsze pytania wiążące się z celem mojej podróży.


Dlaczego Bajkał?

- Dlaczego tam i dlaczego tak daleko? Dobre pytanie. Głównie po to, by zrozumieć czas i przestrzeń. Tak jest. I żeby uprzedzić turystyczną szarańczę, która tam jeszcze nie wylądowała. A Bajkał chciałem zobaczyć przy okazji, bo to jezioro reliktowe,najstarsze ze wszystkich, zaczęło się tworzyć w oligocenie 20 - 30 milionów lat temu i jest najgłębszym (1637 m!) słodkim akwenem na Ziemi. To rezerwuar 1/5 wody ludzkości, wody wyjątkowo czystej, którą można pić bez przegotowania wszędzie, poza ujściem Selengi, jednej z 336 rzek zasilających jezioro. Ażeby było całkiem dziwnie nadmiar masy wodnej Bajkał oddaje dzięki jedynej rzece! Jest to wielka i wspaniała Angara, prawy dopływ Jeniseju.

Swoją długością (670 km) Bajkał wpędza w kompleksy większość państw europejskich. My ze swoimi bałtyckimi plażami do tej skali nawet się nie zbliżamy. Dorównujemy za to w jednym: latem Bałtyk jest równie zimny (8 - 14ºC).


Istnieje tam życie?

Głębiny jeziora zamieszkują endemity i zoologiczne ciekawostki, których nie ma nigdzie na świecie. Najsławniejszy jest omul, ryba będąca podstawą nad bajkalskiej kuchni, jadana w różnej postaci - omul wędzony, omul smażony i na surowo. Przyznaję, że pałaszowanie surowych ryb uznawałem dotąd za obyczaj barbarzyński. Po spróbowaniu omula łatwiej mi zrozumieć na czym zasadza się szczęśliwość starego Sybiraka albo, dajmy na to, Lapończyka (choć ten ostatni nie ma szans delektować się omulem i musi, biedaczek, wcinać surowego łososia).

Innym endemitem jest nerpa - foka bajkalska, która ponoć dożywa 60 lat a na jej podstawowe menu składa gołomianka, niewielka rybka, „pływający tłuszcz" (pamiętajmy: zimno!), która również jest endemitem. I żeby było całkiem dziwnie gołomianka zalicza się do nielicznych na świecie ryb żyworodnych. Bajkał mimo że słodki ma też swoje gąbki. To kolejna ciekawostka. Doprawdy nie sposób opowiedzieć o wszystkich bajkalskich cudach i dziwach.


Są warunki dla ludzi?

Okolice jeziora to wypiętrzone na 3000 n.p.m. pasma górskie (Góry Bajkalskie, Góry Barguzińskie i pasmo Hamar Daban), z wiecznie ośnieżonymi szczytami. Specyficzny mikroklimat wyraża się w huraganowych wiatrach. Niejeden rybak wybrawszy się po omula stracił życie. Zdarzają się też pojedynczy żeglarze ekstremalni, nie liczący się z nagłymi załamaniami pogody. Meteorologiczne przewidywania są mało skuteczne. Sam doświadczyłem jak Bajkał pomrukuje, huczy a potem strasznie wyje. Mimo intensywnego słońca, ni stąd ni zowąd, zaczęło niemiłosiernie dmuchać i natychmiast pojawiła się wielka woda. Miejscowi zapewniają, że jesienią fala dochodzi do pięciu metrów.

Od stycznia do maja jezioro skuwa lód. Fakt ów wykorzystywano w przeszłości do organizowania transportu na skróty, w poprzek (40 - 80 km) i polegało to na układaniu torów kolejowych. Rzekomo głębiny skrywają całe składy, których nie zdołano na czas ewakuować.


Można się dogadać?

Rdzenni mieszkańcy okolic Bajkału to zdziesiątkowani Ewenkowie oraz bardziej liczni Buriaci, ludność pochodzenia mongolskiego. - Jesteśmy Mongołami, ale rosyjskimi, dumnie i mocno akcentują, jakby chcieli przekonać, jak mocno różnią się od ludów żyjących za najbliższą granicą.

- Mongolia jest bardziej dzika - opowiada poznany w pociągu Buriat Nikołaj Michajłowicz, mąż atrakcyjnej Buriatki - Hody. Oboje posiadają rozliczne gadżety cywilizacyjne, jakieś walkmany i komórki, którym poświęcają sporo energii. Nie dowiedziałem się, czy wyznają szamanizm, czy też lamaizm - religie charakterystyczne dla tej szerokości geograficznej. Zachowanie i „europejskie nawyki" świadczyłyby jednak, że padli ofiarą przymusowej ateizacji, prowadzonej przez sowietów przez ostatnie 70 lat.

Dowody na odradzający się szamanizm są wszechobecne. Szczególnie w okolicy burhanu o nazwie Szamanka, niezwykłej góry na wyspie Olchon. W czerwcu każdego roku zjeżdżają tutaj szamani z całego świata pozostawiając ślady w postaci kolorowych, modlitewnych szarf, z dominacją niebieskich, zaplątanych na pniach drzew i krzewów. Wszędzie też spotyka się kopczyki, niektóre ogromne, usypane z kamieni i zwieńczone masztem obowiązanym różnokolorowymi skrawkami materiału.

Buriaci współżyją z Rosjanami, jak się wydaje, zgodnie. Nic też nie mają do ludności napływowej, która na Syberii wylądowała w ramach stalinowskiego „eksperymentu" - przymusowo.Widuje się mieszane pary z uroczymi dziećmi - Metysami. Śladów innych wyznań prawie nie ma. To skutek stuletniej chrystianizacji, realizowanej na siłę przez prawosławnych, a następnie rugowania przez komunistów jakichkolwiek przejawów religijności.


Ludziom żyje się ciężko?

Największą wyspą na Bajkale jest Olchon, o długości 72 km i szerokości 15 km, zabawiłem tam, w osadzie Chużir, prawie tydzień. Mieszkańcy dopiero od roku mają prąd. Na wyspę coraz liczniej zjeżdżają turyści z głębi Syberii. To amatorzy długich, romantycznych spacerów i smakosze omula serwowanego na trzy wcześniej opisane sposoby. Pojedynczy Europejczycy, zwłaszcza ci bez namiotów, z łatwością znajdują kwatery prywatne, gwarantujące przyzwoity poziom socjalny. Można też biwakować,w zasadzie wszędzie i bez większych obaw. Warto wiedzieć, że sklepiki na wyspie są nieźle zaopatrzone i oferują produkty globalne, z coca-colą oraz pizzą (hi, hi) włącznie.

Olchon położony na jezierze zawierającym 20 procent słodkiej wody na Ziemi cierpi na brak wody pitnej. Taki paradoks. Woda jest dowożona beczkowozami z rozróżnieniem: dopicia i do celów gospodarczych. Owa niedogodność bynajmniej nie przesądza o tym, że wyspiarze są brudasami. Przeciwnie. Ktoś znający fińską saunę, i zachwycający się klimatami skandynawskimi, powinien do kompletu zaliczyć rosyjską banię. Piekielnie gorące kamienie, lodowata bajkalska woda, rozgrzany syberyjski cedr, brzozowe witki i gigantyczne kłęby pary..., uff, jak gorąco i zdrowo. Czy muszę coś jeszcze dodawać?

Siedemdziesięcioletni olchończyk Jurij Maksymowicz Kamiencow, mieszkający od zawsze tuż przy na brzeżnym urwisku, wciąż i wciąż się obsuwającym się do wody, zapytany, jak tu się żyje, na przykład zimą, kwituje jednym słowem - prywykli!. Nigdzie indziej nie wyobraża życia, choćby dlatego, że wody do akumulatora nie musi kupować, ot, czerpie ją wprost z Bajkału.


A chcą do Polski?

Na każdym kroku można liczyć na szczere zainteresowanie. Wzorem wyluzowanych Amerykanów Sybiracy też potrafią czarować uśmiechem, naprawdę. Ja, Europejczyk przecież, odpłacałem tym samym. Nietrudno więc było o spotkania niezwykłe, choćby na daczy u Ludy Borgunos przy ulicy Woroszyłowa.

Oto pięćdziesięciolatkowie, małżeństwo - Irena i Igor z okolic Chabarowska. Ona jeszcze nigdy nie widziała żywego Polaka ani jakiegokolwiek mieszkańca Europy. Żeby to potwierdzić musiałem zgodzić się na uszczypnięcie. Mile zaskoczona, że tak łatwo można się porozumieć, nawet po rosyjsku. Ich towarzysze - 30-letni Andriej z 50-letnią Nataszą, para przyjaciół. Wyluzowana Natia konfidencjonalnie zdradza, że jest z Andrzejem dla seksu. Uważa się za kochliwą a poprzedni chłop pił, bił i w ogóle był do niczego.

Cała czwórka zaniepokojona losem kolejnej pary znajomych - Wołodii i Kseni, z którymi umówili się na wyspie u Luby w Chużirze. Rankiem wszystko się wyjaśnia. Wreszcie zadzwonili: wczoraj był Dień Rybaka, nie ma czemu się dziwić, obsługa promu świętowała, mużczyny popilis i prom nie rabotał. Normalne.

Wszyscy, już w komplecie, zasiedliśmy do stołu zastawionego rybkami i różnymi (także polskimi) przysmakami. Znalazło się coś do zaspokojenia pragnienia - i piwo i wódeczka. A tu niespodzianka. Po biesiadzie nikt nie zabrał do pokoju wiktuałów, została nawet niedopita flaszeczka. Całą noc i pół dnia spokojnie stała na dworze i nikt z postronnych, przechodzących obok letników, jej nie ruszył. Niebywałe, prawda?

Na wzmiankę zasługuje dwudziestosiedmioletni Roman Fiodorowicz Akulinin, z pochodzenia Polak,doceniany przez przełożonych frezer z fabryki samolotów w Irkucku, snujący opowieść o pradziadku Polaku, który - ya dumayu - nazywał się Olbinski. Niestety, poza wspominkami rodzinnymi po przodku nic nie zostało.


- Czy ludzie narzekają na ciężki los i trudy życia na Syberii? - zagaduję. - Kak kto... - my żywiom - zgadzają się ze sobą pięćdziesięciolatkowie: Luda, Ira, Natasza, Ksenia, Igor i Wołodia. Da, da... - przytakują aprobująco, pokoleniowo młodsi, Roman z Andriejem.


Nasi tam docierają?

Zdarzają się sytuacje, które litościwie określiłbym, jako dziwne. Oto grupka Niemców podróżująca klimatyzowanym busem z uzbrojoną obstawą. Może ich przestrach uzasadniają żywe (drapieżne przecież) nerpy i uzębieni smakosze surowego - mniam, mniam - omula? Pewnie tak,innych zagrożeń nie dostrzegłem. Liczne na wyspie suśliki, choć ciekawskie, na widok zbliżającego się człowieka zwiewają do swoich nor, po czym znów pokazują wesołe łebki a bezdomne psy są groźne do momentu, kiedy nie schylimy się niby za kamieniem. Jedyne niedźwiedzie, jakie na Syberii widziałem, występują nawet dość licznie w Irkucku. W przyrodniczym muzeum. Wszystkie inne, po sterroryzowaniu przez rozlicznych myśliwych, zaszyły się w niedostępnej tajdze.

Powiem tak: w środowisku syberyjskim uzbrojeni Niemcy są jacyś niehalo. Wiem, trochę przesadziłem. Ażeby załagodzić potencjalny polityczny skandal polsko-niemiecki oświadczam na gorąco: użyłem skrótu myślowego i liczę na rozgrzeszenie.

Do ulubionych rozrywek przybyszów ze świata należy rozjeżdżanie olchońskich bezdroży lśniącymi od chromu land cruiser'ami i niezdartymi gazikami. Patrzeć tylko jak przyfruną paralotniarze,przypłyną szaleni surferzy a z głębin wypłyną ekstremalni nurkowie. Taka elita z pewnością wymusi postawienie w stolicy Olchonu - Chużirze Mc Donalds'a.



Dlaczego szamańskie morze?

Nie zaliczam siebie do ludzi szczególnie uduchowionych. Jestem raczej chłodnym realistą. Przez cały czas miałem świadomość, że poruszam się po terenie niespokojnym, sejsmiczne aktywnym. Niczego się nie wystraszyłem (przecież nie jestem Niemcem). Klimaty bajkalskie jednakowoż mnie powaliły. Dosłownie. I wciąż sam sobie stawiam pytania - dlaczego?

Może dlatego, że wszystko non stop się zmienia i że znalazłem się w centrum niezwykłej dynamiki zdarzeń?
Może przez to, że po burzy słońce otacza gigantyczny pierścień pary wodnej, przechodzący w kulistą tęczę?
Może przez te okruchy lawy wciąż wypluwane z głębin i znajdywane w piasku?
Może przez przybrzeżne kamienie w kolorystyce tak wyjątkowej, że nigdzie podobnych nie znajdziesz?
Może dlatego, że chmury łączą się z lustrem jeziora bez zauważalnej granicy?
Może dlatego, że dla Ewenków Bajkał to Łama - nieokiełznane morze?
Może...


Wrzesień 2006

Powrót do góry strony

Uzbekistan


Lepioszka

Im staję się starszy tym mniej się dziwię, komukolwiek i czemukolwiek. Politycy już mnie znudzili na maxa i nie myślę wyłącznie o polskiej scenie politycznej. Coś w nich wszystkich (z nielicznymi wyjątkami) jest odpychającego, choćby wazeliniarstwo opakowane butą. Nie mam innych porównań i nawet nie chcę nic tutaj kombinować, bo ludzie nurzający się w polityce na to nie zasługują. Nie oznacza to, że powoli trącę wiarę w człowieka. Przeciwnie - widzę więcej i ostrzej. Ludzie są wciąż dobrzy. Oto, jakże piękny przykład.

Jesienią spacerowałem po biednej dzielnicy starożytnej Chiwy (Uzbekistan), pomiędzy lepiankami, o tej porze raczej wyludnionymi, bowiem mieszkańców zagnano na pachtę - na wpół przymusowe zbiory bawełny. W tych dość niezwykłych okolicznościach spotkany człowiek jawił się niczym kolorowy anioł. Napotkawszy po drodze staruszkę nie mogłem odmówić poczęstunku na który składał się spory kawałek urwany z całości lepioszki. To rodzaj chleba popularnego w Azji (m.in. w Kazachstanie, Kirgistanie i Uzbekistanie). Wyrabia się go na białym płótnie z mąki, wody i tłuszczu, bez dodatku drożdży. Na wyrobionym cieście odciska się wzór i przykleja się je do wewnętrznej części glinianego pieca. Po kwadransie pieczywo jest już gotowe. Jeśli nie - ciężko odkleić je od pieca.

To moment kosmicznie szokujący. Relatywnie bogaty przybysz został hojnie obdarowany. Za co? Za nic. Przechodził obok i może był głodny. Kto to wie? Ze staruszką nie było kontaktu, nie rozmawiała w żadnym zrozumiałym języku. Dzieliła się chlebem bez jakichkolwiek oczekiwań, niczego nie żądała. Podała lepioszkę ze złotym, dosłownie i w przenośni, uśmiechem.

Takie uśmiechy często-gęsto widuję u polityków, oni co prawda lepioszek nie rozdają, z rzadka serwują wyborczą kiełbasę i oferują... programy, bardzo dobre programy. Ale ich ułybka to wyrafinowany piar. Uśmiech wyuczony i wymuszony. Brakuje tylko złotego uzębienia.


Czerwiec 2010


Powrót do góry strony

Rosja (Moskwa - Irkuck)


Przez Azję do...

Dla leniwych i nielubiących czytać, a już na wstępie chcących wiedzieć o czym ów tekst będzie, oznajmiam: kolej transsyberyjska (Wielikaja Transsybirskaja Magistral - WTM) jest wizytówką Rosji, wizytówką rewelacyjną, a ja wpisuję się do grona fanów tej formy podróżowania.



WTM to najbardziej romantyczna trasa na świecie, wiodąca poprzez 8 stref czasowych, mająca prawie 10 000 kilometrów. Przez tajgę, stepy, góry, pustynie, rzeki tak szerokie, że większość mazurskich jezior musi im zazdrościć oraz przepastne mokradła, tak wielkie, że bardziej strachliwy pasażer zadaje sobie pytanie: jakim cudem czeluść bagienna nie wchłania kilkudziesięciu wagonów ciągnionych przez potężne lokomotywy, skoro wszystko, co za oknem, chyli się i zapada w grzęzawisku? Jest to instytucja bez mała doskonała: bezpieczna, czysta i sensowna. Prowadzi poprzez tak rozległe połacie Ziemi, że nie może być inna! – należy dla porządku zauważyć.

Zbudowana w latach 1891-1916 jest wciąż modernizowana. To efekt pracy wynajętych budowniczych z Chin, mozołu skazańców politycznych i więźniów, szczerego zaangażowania ochotników z całej Rosji. W historię kolei wpisuje się amerykański bankier Perry McDonough Collins, inicjator budowy, doświadczony w podobnych inwestycjach po wybudowaniu przez Amerykanów trasy Atlantyk – Pacyfik i Kanadyjczyków Canadian Pacific. Myśl amerykańskiego bankiera wcielił w życie car Aleksander III, a monumentalne dzieło kontynuują - z powodzeniem! - obecne władze Rosji.

Kolej spina gigantyczną Rosję, jej część europejską z azjatycką, sięgającą Oceanu Spokojnego. Biegnie od Moskwy przez Jarosław, Perm, Riazań, Samarę, Czelabińsk, Omsk, Jekaterynburg, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck, Czytę, Chabarowsk do Władywostoku. Rozgałęzia się w okolicy Bajkału i poprzez stolicę Buriacji - Ułan Ude prowadzi do Mongolii (linia transmongolska). Dowozi towary i ludzi nawet do Chin (linia transmandżurska). Dane mi było pokonać 2/3 tej trasy, z Moskwy do Irkucka, pobyć w okolicy Bajkału, a następnie udać się do Ułan Bator (Ulaanbaatar) – stolicy Mongolii.


To jest jazda!

Transsyberyjska podróż raz na zawsze rozprawia się z mitem ciemnej i bezludnej Azji. Warto sobie uświadomić, że mijane po drodze miasta to milionowe metropolie: Perm (1 000 000), Jekaterynburg (1 287 007), Nowosybirsk (1 419 007), Krasnojarsk (1 000 000), z dworcami-pałacami, lśniącymi od ładu i czystości. Wszędzie bezpiecznie, szczególnie z pozycji Europejczyka, który jest tam oczkiem w głowie, nie tylko obsługi wagonów, ochrony pociągu ale i... rosyjskich milicjantów. Obalam mit powszechnego pijaństwa, jako obyczajowa normy w tej części świata, a w WTM w szczególności. Takich doświadczeń nie zebrałem, owszem, widziałem upojonych współpasażerów, z tym, że byli zauroczeni zaokienną panoramą, cudami przyrody i nieziemskimi klimatami, jakie panują w przedziałach. Podróżni to ludzki mix: europejscy Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy, Sybiracy, Buriaci, Tadżykowie, Żydzi, Mongołowie, Chińczycy, Cyganie, wszelakie nacje europejskie i Bóg jeden wie, kto jeszcze. I nikt na nikogo nie patrzy wilkiem! Naprawdę.

Familiarna atmosfera udziela się wszystkim już po opuszczeniu Moskwy. To jakaś zagadka, której nie zdołałem rozwiązać. Podobnie jest w drodze powrotnej. Natomiast od Moskwy do granic Polski (17 godzin podróży) ludzie już się nie kochają, spuszczają wzrok, milczą i tracą rezon, wyraźnie pochmurnieją i popadają w melancholię. Chciałbym, że był to tylko skutek zmęczenia...


Kiedy granica Azji?

- Kiedy będziemy w Azji? – pytam Olega Feokistova, podróżującego z Moskwy do Krasnojarska (4 doby).

- Prześpicie się, minie dzień i pod wieczór będzie Ural – odpowiada - bez nonszalancji, aczkolwiek z ledwo zauważanym zdziwieniem - mój towarzysz podróży.



To jedno z pytań naiwnych, zadanych przez kogoś, kto swój kraj, w jego najodleglejszych krańcach, jest w stanie przemierzyć w kilkanaście godzin. Tylko Europejczycy wypatrują punktu granicznego, oznajmującego, że oto wkraczamy w bezkresną Azję. Tubylców wcale to nie obchodzi. Owszem, stoi postument abyknawiennyj, zwykły, biały słup z czarnym napisem cyrylicą Europa/Azja i z przeciwstawnymi strzałkami. Od jakiegoś czasu to miejsce zaczyna być modne, rozsławiane przez młode pary, fotografujące się tutaj tuż po ślubie. Pociąg jednakże zasuwa, jak gdyby nic, i trzeba się zdrowo nagimnastykować, by słup ów uwiecznić w pliku jpg. Już w drodze powrotnej, kiedy mieliśmy wystarczająco słoneczny dzień, zorganizowaliśmy TSGK „Turniej Sfotografowania Granicy Kontynentów". Bez skromności przyznaję, że moja fotka zwyciężyła wyrazistością obrazu. Cóż, największa w tym zasługa automatycznych ustawień kamery, jakiegoś azjatyckiego producenta.


Niecodzienne życie codzienne

Spędzając czas non stop w wagonie trzeba się odżywiać, dbać o higienę i sen oraz prowadzić życie towarzyskie. Wszystkim, mniej lub więcej, jakoś to wychodzi i to kolejna tajemnica. Może jest tak dlatego, że wszyscy (z naprawdę nielicznymi wyjątkami) są dla siebie mili i życzliwi? Mądry podróżny to ktoś, kto wyposażył się w super wygodną odzież i obuwie, zabrał owoce i trochę pieniędzy. Herbatę i kawę z łatwością można zrobić samemu korzystając z bezpłatnego wrzątku prosto z samowara, o który troszczy się dwuosobowy personel każdego wagonu (prowadnik/prowadnica), dbający o porządek i bezpieczeństwo pasażerów. Za niewielką odpłatnością otrzymuje się zafoliowaną, czystą pościel i koce. Wagonami zajmują się głównie kobiety, przez dwa tygodnie w pracy na zmianę, i są to osoby pryncypialne, zachowujące się niezwykle profesjonalnie. Nie znajdują kompromisu dla spóźnialskich, awanturników i wszelkich nietypowych. Z prowadnicą lepiej żyć w zgodzie, o co wcale nietrudno, wszak ludzie wschodu są przyjaźni i otwarci na innych. Zapewniam – obu stronom to się opłaca.



Najpotrzebniejsze zakupy robi się na planowych postojach, wynikających ze sztywnej rozpiski, upublicznionej na korytarzu wagonu. Jest to częsta lektura pasażerów niecierpliwych, którym doskwiera podróż. Na większości stacji działają kioski oferujące podstawowe produkty żywnościowe. Można też posilać się w wagonie restauracyjnym, gdzie jednak obowiązują ceny zdecydowanie europejskie.

W czasach gorących kubków, zupek chińskich i innych potraw typu instant, przy dostępnym wrzątku, pożywianie się w wagonie to fraszka. Na miłośników wielkiego żarcia, na niektórych postojach, czekają babuszki z domowym jedzeniem, sprzedające różnorakie pierożki, pielemienie, kartoszkę, gotowane jajka, smażone ryby i coś, w czym rybka lubi pływać. Syberyjskie babuszki częstokroć są jedynymi żywicielkami swoich rodzin, a biznes kręci się wyłącznie dzięki traanssybirce. Chłopy albo w gdzieś tajdze albo poumierali. Z wódki.

Także piwosze nie mają powodu do depresji. Piwo rosyjskie jest znakomite, łatwo dostępne i w dużym wyborze. Zapobiegliwi Polacy (mądrzy chytrością któregoś z wicepremierów) zabierają ze sobą, w ogromnych ilościach, wyłącznie polskie szynki, tuszonki i pasztety. Testują szerokie osie wagonów i sprawdzają możliwość zatopienia wagonów w przepastnych bagniskach. To patrioci troszczący się o kondycję fizyczną i udowadniający, jak mocne są ich cziemodany. Co najważniejsze: wspierają produkty polskie na niegościnnej rzekomo Syberii. Za to przez kilka tygodni mogą wcinać pasztety z polskiego indyka, identyczne z tymi, jakie z łatwością można nabyć za sporo niższą cenę, gdzieś na krańcu podróży, po przekroczeniu - dajmy na to - siódmej strefy czasowej.


Ludzie

Małżeństwo Buriatów - ona lekarz-pediatra, wracająca w asyście męża, kierowcy autobusu, przez 6 dni z Moskwy do Ułan Ude – stolicy Buriacji, z kursu doktoranckiego. Czytają od deski do deski kolorowe magazyny typu zachodniego, w kolejnych dniach po wielokroć je przeglądają i ciągle sprawdzają zasięg swoich komórek.

Cyganie - podróżujący za pracą czekającą gdzieś w głębi Syberii. Złoto na przegubach rąk, grube łańcuchy na szyi i niemało złotego uśmiechu. Zadziwieni grupką Polaków, których odbierają jako przybyszów z nieznanej planety.

Anastazja - bystra i inteligentna psychoterapeutka lecząca alkoholików, siedząca po uszy w klimatach portugalskich i zapatrzona w futbolistę Ronaldo, który dla niej pozostaje ideałem urody. Rozmiłowana w fado i we wszystkim, co portugalskie. Mogłaby żyć w Polsce, bo to przecież Unia Europejska i tak blisko do... Portugalii.

Tadżyk – Sasza, właściciel dwóch żon, starszej i młodszej, ojciec niemałej gromadki dzieci w przedziale wiekowym 4 – 27 lat. Posiadacz kompletu złotych zębów. Nauczyciel historii, wielbiciel Stalina, wożący jego portret w samochodzie, autor dwóch książek o tematyce historycznej. Wracający ze spotkania autorskiego w Nowosybirsku, gdzie rozdawał autografy przy okazji wydania nowej książki, napisanej w rodzimym języku. Niestety, nie miał egzemplarza demonstracyjnego. Nakład rozszedł się niczym ciepłe bułeczki. Podążający do Władywostoku w celach naukowych, a potem do domu, do gór Pamiru, do stęsknionych żon, do tej młodszej i starszej. Każda z nich ma odrębny dom, dla siebie i dzieci, a on, jak przystało na tadżyckiego mężczyznę, ma trzeci, swój. Bo w rodzinie musi być zgoda - doda.

Aniuta - drobna, śliczna studentka V roku prawa Uniwersytetu w Jekaterynburgu, podróżująca z gigantycznym misiem-przytulanką do Gusiewo Oziera (prawie 3 doby). Dom rodzinny odwiedza tylko dwa razy do roku i każdemu z bliskich wiezie skromną niespodziankę. Miszki nie odda nikomu, nawet najmłodszej w rodzinie siostrze Tani, bo to prezent od narzeczonego, chroni ją od zagrożeń czyhających podczas długiej podróży.

Opisani ludzie mają zegarki pokazujące czas obowiązujący w rejonie ich zamieszkania a zapytani o godzinę – podają czas moskiewski, dodając swój, wskazywany przez osobisty czasomierz. W takich momentach nie pozostawało mi nic innego, jak pomyśleć o oddalającej się ojczyźnie, która wciąż i wciąż opóźnia się w czasie.

Bez wyjątku wszyscy współpasażerowie są przyjaźnie usposobieni do nas - Europejczyków i radują się z faktu, że ktoś z tak daleka zdecydował się na trud odwiedzenia Syberii. Informacja, że docelowo zmierzamy do Mongolii przyjmowana była z niedowierzaniem, z zaskoczeniem i z iście syberyjskim zatroskaniem.

– Po co tam jechać, w Europie macie tyle pięknych miejsc godnych zobaczenia?


Stacja Irkuck

Wreszcie u celu I etapu podróży: Irkuck, 4 lipca 2006 r., godzina 6.45, w Polsce kwadrans przed północą dnia poprzedniego, temperatura +17 C, wieje suchy wiatr. Trudno sobie wyobrazić, że jeszcze niedawno, miasto było skute czterdziestostopniowym mrozem. Gdzieś niedaleko (to tylko kilka godzin podróży, co w transsyberyjskiej skali jest bez znaczenia) – Bajkał, najgłębsze jezioro na Ziemi. Wyjątkowy cud natury, ze swoimi tajemnicami, niesamowity akwen zawierający ponad 20 procent światowych zasobów słodkiej wody...


Lipiec 2006

Powrót do góry strony