Ameryka

SPIS TREŚCI



Z krainy danzón

Na meksykańską nutę


Pierwsze, co po wylądowaniu wieczorową porą w Mexico City uderza? Ciemności!

Ponad dwudziestomilionowe megapolis jest fatalnie oświetlone. Przybysza z grzesznie iluminowanej Europy szokują mroki, których nie da się wytłumaczyć napięciem w gniazdkach... 110 V. To rzeczywiście niska wartość, ale nie warto popadać w czarną depresję, zastane ciemności rekompensuje - co wyświetli się już za dnia - ogromna energia emanująca od lokalsów i wspaniałe słońce, którego na tej szerokości geograficznej mają w nadmiarze.

Pamiętając o ostrzeżeniach, że „po zmroku lepiej na ulice nie wychodzić“, meksykańska ciemność staje się jeszcze mroczniejsza. Niebezpiecznie jest ponoć w stolicy i w paru większych miastach, także w przereklamowanym i okupowanym przez turystów Cancún. Czym dalej od metropolii, na głuchej prowincji choćby, Meksyk łagodnieje oferując całą gamę latynoskich klimatów, to tam dostrzegamy jego prawdziwe oblicze, którym przyciąga turystów z całego świata.

Niekoniecznie ufamy policji - ostrzega pilotka. Policja jeździ (i stoi!) z włączonymi kogutami i jest wszędzie, dosłownie na każdym skrzyżowaniu. Z automatami gotowymi do wystrzału! Mundurowi w kamizelkach kuloodpornych i z długą bronią, także niepoliczalni ochroniarze oraz jacyś funkcjonariusze niezidentyfikowanych formacji. Poruszanie się po Mexico City po zmroku zalecane jest taksówkami, ale należy pamiętać, że funkcjonują taxi pirackie, które wywiozą nie wiadomo gdzie i za ile.

A ja natychmiast protestuję. Zagrożenia nie czułem nawet przez sekundę. W moim przypadku to zwyczajność, w każdym zakątku globu stosuję się do tamtejszych reguł, nie ryzykuję, nie szukam guza i ten patent się sprawdza. Jak dotąd, nikt nigdy nie zrobił mi krzywdy. Rekapitulując: w całkowicie zaciemnionym świecie jest bezpieczniej, aniżeli w rozświetlonym Paryżu, o czym Europejczycy przekonują się już po raz kolejny.



Nie zamierzam zbytnio rozwijać się w temacie państwa Meksyk. O tej fascynującej krainie napisano bardzo wiele. Nie dałem się zbałamucić przewodnikami, które należałoby przejrzeć «przed», a do których z porównawczej ciekawości zajrzałem «po». To ciekawy eksperyment poznawczy. Dysponuję paroma książkami opisującymi Meksyk, ich lektura doznanych wrażeń nie porządkuje, ani niczego nie odkrywa. Program wycieczki był wyjątkowo bogaty, mieliśmy też szczęście podróżować z profesjonalną pilotką, inną od tych, które po kilku sezonach popadają w rutynę i zbywają turystów banałami. To Donata - Polka uznająca Meksyk za swoją pierwszą ojczyznę, gdzie żyje od ćwierćwiecza. Narracja Donaty była na tyle zajmująca, że straciłem prawo do wymądrzania się na temat Meksyku.

Siedemnaście dni spędzonych na ziemi Majów jest okazją do złapania paru głębszych wdechów, dostrzeżenia ciekawej kolorystyki (choć w przypadku mężczyzn to bez znaczenia, bowiem rozróżniają dwa kolory - ładny i brzydki) oraz wsłuchania się w odgłosy egzotycznego świata. A po powrocie? Słoik typu twist: jedno wielkie zakręcenie, oszołomienie, które powoli przechodzi w zamorską nostalgię.

Długo zastanawiałem się jakimi wrażeniami podzielić się po powrocie. W czym Meksyk jest oryginalniejszy od państw, którymi zauroczyłem się wcześniej. Czy może przebić egzotykę Chin, Indochin albo przepastnej Rosji? Wszystko to widziałem.

Świat poznajemy wieloma zmysłami. W przypadku Meksyku ważny jest... słuch. Meksyk to dźwięki. Bynajmniej nie mam na myśli hałasu III świata do którego Meksyk onegdaj zaliczano. Ulice Mexico City, Puebli czy Campeche w niczym nie przypominają miast typu Kair, New Delhi czy Ułan Bator, gdzie uszy atakuje niewyobrażalny hałas, nieustający ryk silników i klaksonów. W godzinach szczytu stolica jest zakorkowana, ale nikt nie trąbi i nikogo nie pogania. Wszyscy mają czas - to jest mañana. Co najwyżej od czasu do czasu słychać syrenę przemykającego pogotowia lub policji.

Wspominałem o dźwiękach, ale nie chodzi o uliczny zgiełk, coś zwyczajnego w ogromnych skupiskach ludzkich, ale o fenomen pod nazwą música mexicana. Jest wszechobecna i nie da się od niej uwolnić. Esencją meksykańskich klimatów jest oczywiście legendarna salsa, która szturmem podbiła świat, stając się rytmem globalnym. Z kolei w barach i barrios królują: danzón, son, cumbia oraz quebradita. Uwodzicielski danzón szczególnie upodobali Meksykanie dojrzali, którzy na balety wybierają się ekstra wystrojeni i tańcują w rytm szlagierów lat 20. poprzedniego stulecia.


Música mexicana to konglomerat stylów i tradycji całego świata, słyszy się w niej klimaty Kuby, Kolumbii, Argentyny, Brazylii, oczywiście Hiszpanii i Afryki. W zasadzie każdy utwór, nawet w wykonaniu ulicznego grajka, jest wpadającym w ucho przebojem, a nogi same rwą się do tańca. Spacerując ulicami meksykańskich miast nie należy się dziwić, że napotkamy nagle kogoś z gitarą, kto za kilka peso koniecznie zechce nam umilić spacer.

Absolutnym fenomenem są mariachi - rodzaj orkiestr, w których występuje od 3 do 12 muzyków. Dysponują imponującym instrumentarium: trąbki, gitary, skrzypce, flety, marimby a nawet pianina i harfy. Są też instrumenty perkusyjne: bongos, tumbas, güiros oraz wymyślne grzechotki. Fiesta z muzyką mariachi odbywa się na Plaza Garibaldi w Mexico City i trwa bez ustanku, nasila się pod koniec weekendu, kiedy na placu gromadzą się wieczorami ciekawscy turyści. Mariachi w pełnym składzie popisują się nawet przed pojedynczą parą zakochanych, wystarczy zamówić romantyczny utwór i zapłacić 100 peso (ok. 6 $ USA).

Nazwa mariachi swój rodowód wywodzi z języka francuskiego od słowa mariage (ślub). Współcześni mariachi występują także na chrzcinach, imieninach, z okazji osiemnastki lub walentynek, zagrają także na pogrzebie, jeśli zmarły w ostatnim słowie zażyczył oprawy muzycznej.

Jak zamówić muzykantów? Nic prostszego! Efektownie wystrojeni stoją wzdłuż ulicy w rejonie Plaza Garibaldi, oferując swoje usługi. Można się o tym przekonać oglądając poniższą galerię oraz filmik, który pokazuje, z jaką łatwością mariachi porwali do tańca polskich turystów.



Między niebem a wodą

KARAIBY

LISTOPAD 2015 r. - Plaża publiczna w rejonie Puerto Juárez, naprzeciwko Isla Mujeres - Cancún - Yucatán

KUBAŃCZYKIEM BYĆ...


Kubańczycy są jak ogień
Nie pochodzą z małej wysepki na Karaibach, ale są Perłą Antyli
Są rodzajem wybranym ... przez samych siebie :)
Są ciągle między nami, ale nie są z nami
Kubańczycy piją w jednym kieliszku radość i smutek
Robią muzykę ze swojego płaczu i śmieją się ze swojej muzyki
Bardzo poważnie biorą sobie żarty, a żartują sobie z poważnych rzeczy
Nie wierzą nikomu ale wierzą we wszystko
Nigdy nie dyskutuj z nimi! Oni się rodzą z mądrością. Nie potrzebują czytać, gdyż wszystko już wiedzą. Nie pragną podróżować, już wszystko widzieli!


Foto: LJT

Kubańczycy charakteryzują się ogromną pasją do wszystkiego co robią i hałaśliwie to okazują kiedy są w grupie. Każdy z nich ma w sobie iskrę geniusza, a geniusze nie lubią się między sobą, często więc dyskutują.
Nigdy mu nie mów o logice, oj nie, bo to pociąga za sobą rozumowanie i myślenie miarowe a Kubańczycy są przesadni i hiperboliczni.
Dla przykładu: jeśli zaproszą Was do restauracji na obiad, nie zabierają nas do najlepszej restauracji w mieście, ale do najlepszej na świecie.
Kiedy się kłócą, nie mówią: „Nie zgadzam się z Tobą" ale „Absolutnie nie masz racji!"
Mają tendencje antropofagicznych, tak więc: „Zjadł ją!" jest wyrażeniem podziwu, a „Zjeść kabel" to znak w sytuacji krytycznej. Zresztą oni nie jedzą tak jak reszta...
Kubańczycy tak kochają sprzeczności, że na piękne kobiety mówią „potwory" a na uczonych „barbarzyńcy".
Kubańczyk poda Ci rozwiązanie, zanim pojawi się problem
Dla nich problemy nie istnieją. Każdy Kubańczyk zna rozwiązanie na walkę z terroryzmem, jak rozwinąć Amerykę Łacińską, jak skończyć z głodem w Afryce, jak spłacić dług narodowy, kto powinien zostać prezydentem i jak dany kraj może stać się potęgą światową.
Oni nie mogą pojąć jak reszta świata ich nie rozumie, kiedy ich pomysły są tak proste i łatwe do zrealizowania. I jeszcze trudniej im ogarnąć czemu ludzie nie chcą nauczyć się mówić po hiszpańsku tak jak oni...

Ach Kubańczycy...

Nie można za długo z nimi żyć, ale nie sposób przeżyć bez nich
Kochaj ich i szanuj!
A przede wszystkim: Pozwól im być KUBAŃCZYKAMI


Autor: Sahara08


Powrót do góry strony


Typowy nie-Kubańczyk


Kubańczycy − to wieloetniczny naród pochodzenia głównie europejskiego i afrykańskiego, jednak obecnie liczni są mieszańcy obu tych grup - mulaci.


Szukając informacji podróżniczych łatwo natrafić na magazyn Traveler, ukazujący się pod szyldem National Geographic Polska. W jednym z wydań roku 2008 znaleźć można tekst zatytułowany „Kuba - podróż życia", który na okładce zareklamowano: Kuba najlepsza na zimową depresję. Anna Siwek napisała naprawdę porządny reportaż.
Ludzie wybierający się na Karaiby powinni go sobie przyswoić obowiązkowo. Niestety, byłem leniwy i dopiero na wyspie dowiedziałem się, że taki materiał opublikowano.

W Hawanie na Placu Katedralnym rezyduje człowiek, który ze jedno peso chętnie pozuje do zdjęć z turystami. Należy przyznać, że model wyróżnia się z grupki jemu podobnych, zarabiających w ten sam sposób na kubański chleb. Zaskakuje, bo jest najmniej kubański spośród pozostałych. Nie nosi uniformu model Che Guevara, na niczym nie bębni, nie usiłuje śpiewać Guantanamery, ani tańczyć salsy. Nawet nie epatuje rewolucyjną symboliką za którą na Kubę ciągną turyści z całego świata. Osobnicza oryginalność to siwe, wyjątkowo krzaczaste bokobrody (à la cesarz Franciszek Józef I, któremu właśnie zmarł fryzjer) i nic więcej. Klimatycznym gadżetem może być monstrualne cygaro, mocno już oślinione, od biedy mogące robić za egzotyczny rekwizyt gwarantujący odjazdową fotkę.
Trudno zatem się dziwić, że większym wzięciem cieszy się konkurencja ucharakteryzowana na „typowych" Kubańczyków: sobowtóry El Comandante, bezzębne prostytutki, klony Hemingwaya, że nie wspomnę o ulicznych grajkach, tancerzach i prestidigitatorach.
Specjalnie nie zdziwiłem się że ktoś tak mało kubański żyje z turystów. Cóż, każdy orze jak może, widocznie człowiek nie załapał się do polityki i nie dane było mu robienie kariery w Komitecie Obrony Rewolucji (Comites de Defensa de la Revolucion). W modelu dostrzegłem coś swojskiego, był nachalny jak ten radny z prowincjonalnego miasteczka. Dlaczego? W końcu zaprzedał się i z ceną zszedł poniżej opłacalności strojenia min do obiektywu. Po siedemnastym muchas gracias zorientował się, że ma do czynienia z Polakiem i sięgnął po tajną broń. Zza pazuchy wyjął sfatygowany numer Travelera (6/2008) z własną... podobizną na okładce. Bez wstydu przyznaję: uwiódł mnie! Takiej okazji przepuścić nie mogłem! Odżałowałem zachomikowanego dolca i oryginała sfotografowałem. Efekt. powyżej.

Teraz mam same dylematy. Na zasadzie jakiego klucza ów nie-Kubańczyk, a przecież zwyczajny przebieraniec, wylądował na okładce prestiżowego wydawnictwa? Gdybym nie był leniem i dokopał się do „Kuby najlepszej na zimową depresję" miałbym ogromne pretensje do autorki za reporterską profanację. Naprawdę świetna relacja - PRZECZYTAJ - w zestawianiu z inkryminowaną okładką to - oj, niestety - poznawczy dysonans. Koronny dowód, jak prasa potrafi zbałamucić. Nam, w zimnym Brzegu, też próbują osładzać wizerunek pewnego bufona, który ze słodyczą już dawno nie ma nic wspólnego i napompowuje się niczym Zeppelin. Twarze wyspiarzy są przeróżne, ale za kubańskiego Pana Boga nie potrafię uwierzyć, że gwiazda Travelera to wypisz-wymaluj Kubańczyk. Przyjrzyjmy się pokazanym w galerii poniżej.

Nawet tak różnorodne typy ludzkie nie do końca oddają klimat Kuby. Nie miałbym odwagi wskazać kogokolwiek, jako najbardziej reprezentatywnego. Redaktorom National Geographic gratuluję fantazji, że tak „niekubański" model im przypasował. Zachodzę teraz w głowę, dlaczego ktoś taki i ile za sesję zainkasował?

Czymś trzeba koleżanki reporterki usprawiedliwić. Sądzę, że to kubańska mañana, przypadłość zaraźliwa i w jakimś sensie bardzo przyjemna. Czymże owa mañana jest? Byle do jutra..., jakoś to będzie..., po co się męczyć? Czyli: co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze.

Przeciwieństwem mañany jest moje życiowe „credo", które oswoiłem u wschodnich przyjaciół: Co masz wypić pojutrze - wypij dzisiaj, wcześniej zaczniesz leczyć kaca.

Powyższy tekst napisałem po wytrzeźwieniu, kiedy ostatnia flaszka rumu Havana Club pokazała smutne dno.



Powrót do góry strony

Koniec takiej wyspy


Sen z Fidelem


Kuba, República de Cuba, Republika Kuby


Istnieje tysiąc powodów dla których na Kubę trzeba polecieć. Że ciepło zimą - to po pierwsze. I w zasadzie ten jeden pretekst wystarczy. Pozostałe powody, a zostało ich jeszcze 999 (spokojnie, tak długo ględzić nie zamierzam), są równe temu pierwszemu, jeśli nawet nie ważniejsze. Pamiętajmy: reżim familii Castro powoli kruszeje i trzeba się spieszyć by „odchodzącą" Kubę zobaczyć.


1


Może się zdarzyć, że już po wylądowaniu, bez specjalnej wyobraźni, zobaczymy kraj zalany turystami, jakieś kolejne Cancún czy Acapulco. Takie odczucie grozi przybyszom przetransferowanym prosto z lotniska do któregoś z wydzielonych resortów. Ale wyhamujmy, prawdziwa Kuba jest tuż obok.

Warto wiedzieć, że przybywamy "stamtąd", z punktu widzenia człowieka z Karaibów, z lepszego świata, i niech - broń nas Panie Boże - nikomu nie odbija palma. Takich drzew akurat na wyspie spotkamy całe lasy. Odizolowanych od świata wyspiarzy powinniśmy wesprzeć skromnością, ale też moralnie, politycznie i w jakimś sensie materialnie. Oczywiście na turystach pasie się głównie reżim, jednakże zwykli Kubańczycy poprzez obcowanie z ludźmi „stamtąd" wiele zyskują, dowiadują się mianowicie prawdy o świecie. Nie dziwmy się. Kuba to kraj bez telewizji satelitarnej, ze ślamazarnym Internetem i dopiero od roku legalnymi komórkami na które zresztą mało kogo stać.

To kraj bez reklam. Można jedynie propagować miejscowy raj - zaprowadzoną przez Fidela polityczną utopię. Jego rządy, o wiele za długie, przeminą szybciej niż się komu wydaje. Dobijający dziewięćdziesiątki starzec nie ma prawa decydować o przyszłości kolejnych pokoleń. Sukcesor Fidela, niewiele odeń młodszy - przyrodni brat Raul, jest podróbką El Comandante, usiłującym konserwować co się da. Trudno się dziwić, że zaczyna to i owo reformować (zalegalizował dolary, wycisza kretyńską propagandę i pomniejszył rolę Comites de Defensa de la Revolucion, czyli Komitetów Obrony Rewolucji). Hawańczycy powiadają, że braci Castro stolica już nie popiera, reżim popularny jest jeszcze na głuchej prowincji.

Rodzą się pytania: dlaczego porośnięty trzciną cukrową raj racjonuje obywatelom cukier, „rarytas" bez którego Kubańczycy nie potrafią się obejść? Dlaczego niegdysiejsza kawowa potęga reglamentuje kawę? Napój, obok rumu Havana Club, dla Kubańczyków niemalże narodowy. W ramach comiesięcznych przydziałów obywatele otrzymują produkt kawo-podobny, jakiś mix, który po zalaniu wrzątkiem przemienia się w okropną lurę. Trudno zatem się dziwić, że kelnerka poproszona o zaparzenie kawy przywiezionej z Polski, niosąc filiżankę, wręcz upaja się kawowym aromatem. Scenka żywcem wyjęta z salonu, gdzie pozwalają wąchać wyrafinowane perfumy.

Na Placu Rewolucji, z monumentalnym pomnikiem wieszcza Joségo Martí (ichniejszy Mickiewicz), Fidel Castro przekonywał tłumy hawańczyków do swoich racji. Snuł świetlane wizje, manipulował, właził w mózgi, złorzeczył na Amerykanów z USA. Wielogodzinne przemówienia uprzyjemniano rozdawnictwem kawy. Milionowy tłum był cierpliwy, racząc się gratisową kawą wsłuchiwał się w Fidela czarującego humorem i autoironią. Ale to se ne vrati, jak mawiają Kubańczycy studiujący w czeskiej Pradze. Fidel zaniemógł, Raul mówcą nie jest, a kawy... zabrakło.

Podczas naszego pobytu zdarzył się geriatryczny cud. Fidel ożył i przez 6 godz. (!) przemawiał na targach książki, co można było zobaczyć w telewizji. Cóż, wódz nie do zdarcia, ale już do siebie nie przekona. Na nic zapewnienia, że rewolucja nigdy się nie skończyła. Wszystkie billboardy w Hawanie wyblakły, a nowych nie widać: REWOLUCJA ALBO ŚMIERĆ, REWOLUCJA TO NIGDY NIE KŁAMAĆ I NIE ŁAMAĆ ZASAD MORALNYCH lub AMOR CUERDO, NO ES AMOR, w wolnym tłumaczeniu: Rozsądna miłość, nie jest miłością i... twarz Che Guevary. O, nie! Che obiektem miłości? On przecież nie jest już trendy, ani tym bardziej sexy, to co najwyżej ikona wykreowana przez Fidela, a w praktyce - kalkomania w sam raz na T-shirta dla turystów. Radocha do pierwszego prania...

Dwie waluty i cztery obiegi detaliczne! Kubańczycy mają swoje peso cubano, turyści swoje peso cuc, z tym, że waluta turystyczna jest równa dolarowi. Najniższa pensja wynosi 240 peso cubano i równa się 10 $ USA. Lekarz specjalista zarabia 25 peso cuc, przewodnik 15 cuc. Za puszkę znakomitego w tropikach piwa Bucanero turysta zapłaci 1 peso cuc, a więc dolara! Flaszka przedniego rumu - 8 peso cuc.

Niby rewolucja zagwarantowała wysoki poziom edukacji, ale bez szans na sensowne zatrudnienie, oraz darmową opiekę medyczną z nieosiągalnymi lekami. Jak to w komunie: sztuczne etaty i w oficjalnej propagandzie brak bezrobocia.

Poza tym mamy reglamentowane przydziały towarów codziennego użytku i oczywiście czarny rynek. Wołowiny zwykły zjadacz nie dostanie, policjanci kontrolują przejeżdżające samochody w poszukiwaniu „nielegalnego" mięsa. Za zabicie krowy grozi 25 lat więzienia (za człowieka tylko 15), a wołowina mimo to jest towarem mocno poszukiwanym. Mleko jest rarytasem dla wybranych, tylko w proszku i dla dzieci do siódmego roku życia. Na miesiąc mniej niż kg mięsa mielonego i ćwierć kurczaka lub zamiennie ryba, 10 jajek na osobę. Na kartki ryż oraz cukier i kawa.

Coca-Coli w sklepach z reglamentowanymi produktami nie uświadczysz, trzeba się naszukać - znajdziemy w turystycznych zonach. Powszechnie dostępny jest erzac o nazwie tuKola, smakujący niczym peerelowska Polo-Cocta, czyli płyn orzeźwiająco-zamulający. Ostatecznie nadaje się do rozcieńczania białego rumu Havana Club. Tym czymś można ryzykować leczenie kaca, który pojawia się dopiero po wypiciu wiadra kubańskiego alkoholu. Tak, to cud...

Prócz rumu Kubę kojarzymy z cygarami. Nie zapominajmy o przecudnej urody Kubankach. Ich niewątpliwy czar i wdzięk jest efektem kompilacji genów wszelakich ras, różnych ludzi, którzy niekoniecznie dobrowolnie na wyspie wylądowali.

Po wytępieniu rdzennych mieszkańców - Indian, co zrealizowano zaledwie w 60 lat, Kubę zamieszkują ludy z całego świata w ilości ponad 11 mln. Nie sposób zatem mówić o jednolitym narodzie kubańskim. A zresztą po co ów dylemat roztrząsać? Przecież sam El Comandante jest hiszpańskim emigrantem. A Ernesto Che Guevara? To rewolucjonista i pisarz argentyński!


2


Kuba to amerykańskie limuzyny z lat 40, 50, i 60-tych. Takimi pojazdami wyspę zagracono niewyobrażalnie i dlatego bez specjalnej wyobraźni możemy znaleźć się na planie starego filmu, w którym gra Humphrey Bogart. Ale dlaczego wszystkie krążowniki przemalowano na zielono, różowo, niebiesko i fioletowo? W oryginale musiały być przecież czarne albo białe?

Dzisiaj, wzdłuż bulwaru Malecón, po wielopasmowej jezdni suną majestatycznie: Fordy, Buicki, Lincolny, Chevrolety i Plymouthy we wszystkich wydaniach. Kabriolety, szykowne limuzyny i jakieś niepospolite szosowe rakiety. Niesamowitej scenerii dopełnia atakujący falami Ocean, rozwiewający kłęby spalin dobywające się z rur bez katalizatora. W miarę ekologicznie jest w dniach, kiedy od morza wieje, a oszalały Atlantyk wali bałwanami w falochron spacerowego bulwaru. Właśnie na takim tle światowe telewizje nadają newsy z Hawany, wieści okraszone rozbijanymi o brzeg falami, których pióropusze sięgają paru pięter.

Nie przewieźć się muzealnym eksponatem (legalnie i półdarmo przecież) to zwyczajna wioska. Za parę peso można poczuć się po amerykańsku, niczym Orson Welles z Ritą Hayworth, zwłaszcza, kiedy na kolanach rozsadzi się ponadnormatywna, piąta pasażerka z targanym przez wiatr żółtym szalem. Przejażdżka nie do końca rozklekotanym Fordem (rocznik 1947) okazuje się podróżą w przeszłość i - wybaczcie naciąganą analogię - przez kubański IPN może być zakwalifikowana, jako kolaboracja z imperializmem.

Odrzućmy żarty i zajmijmy się czymś naprawdę poważnym. Hawańscy kierowcy jeżdżą szybko i bezpiecznie, są też znakomitymi mechanikami: na koła postawią każdego grata, a ideologię zwyczajnie mają gdzieś.

Z krążownikami konkurują zaprzęgi konne. One również świadczą usługi transportowe. Na ulicach widać pojedyncze Fiaty 125p, które na wyspie wyrobiły sobie markę i uchodzą za wehikuły kultowe, chwalone są za prostotę i niezawodność. Maluch z Bielska-Białej osiąga niepojętą cenę 5-6 tys. peso cuc!, a 15-letnia Lada nawet 15 tys.

Mieszkalny dom można wybudować o wiele taniej, bo już za 10 tys cuc. W porównaniu z samochodami - całkiem niedrogo. Przyjazny klimat pozwala na stawianie prostych budowli, jedynie z otworami okiennymi, ale koniecznie okratowanymi, liczą się przecież ściany i jakiś dach.

Transport na Kubie stanowi ogromne wyzwanie. Zarówno pociągiem (infrastruktura w ruinie), jak i autobusem. Na pokonanie 200 km potrzeba niekiedy dwóch dni. Autobusy Astro służą wyłącznie Kubańczykom i bilety należy rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem. Ażeby z nich skorzystać należy wylegitymować się dowodem osobistym. Kiedy nie zdobędzie się biletu trzeba czekać 2-3 dni na dworcu z nadzieją, że wskoczy się na miejsce przez kogoś zwolnione. Można ratować się darmowym „autostopem", który opiera się na osobliwych zasadach. Policjant zatrzymuje pojazdy państwowe, które wyróżniają się tablicami rejestracyjnymi koloru niebieskiego, i po wypytaniu dokąd auto zmierza, wyznacza osoby do wsiadania, ludzi wyczekujących karnie w kolejce. Oto przejaw społecznej sprawiedliwości w dziedzinie transportu publicznego.

Polaków na Kubie szanują. Powiedzenie "soy Polaco" wywołuje szczerą radość. Zdecydowanie nielubiani są Rosjanie, których w kurortach całe tłumy i z którymi jesteśmy myleni. Zostawili swój Tomsk z -30 i przylecieli na półwysep Hicacos do Varadero po kubańskie +30. Jeśli miejscowi nie lubią Rosjan, to z pewnością szanują zawartość ich portfeli. Bracia Moskale tak jak i my, są przecież ludźmi "stamtąd", z równie lepszego świata. Kubańczykom nadokuczali w okresie „bratniej współpracy" i dzisiejszym szarogęszeniem, stąd pewnie wspomniany brak sympatii.

Teraz uderzę się w piersi. Na Kubę wybrałem się z pobudek egoistycznych, chciałem mianowicie przejść się ścieżkami najsłynniejszego Kubańczyka. Chodzi oczywiście o Ernesta Hemingwaya. Bystrzejsi licealiści wiedzą, że większość dzieł noblisty powstało właśnie na rajskiej wyspie. Na Kubie pisarz używał życia, mieszkał na peryferiach Hawany w San Francisco de Paula, gdzie podejmował sławnych przyjaciół, choćby Gary'ego Coopera, i wspólnie z tarasu willi podziwiali panoramę najbliższej okolicy. Wzgórze Hemingwaya jest miejscem magicznym i dlatego ciągną tam fani z całego świata, znajdując trochę inną Kubę, oazę ciszy wypełnioną książkami i myśliwskimi trofeami. Niepowtarzalny klimat stworzyła ostatnia, czwarta z kolei żona pisarza, która ukochanemu chciała przychylić nieba.

Na terenie posiadłości znajdziemy słynną łajbę pisarza oraz cztery groby ukochanych psów.

Pisarz często wyrywał się do ulubionych miejsc, choćby do wioski Cojimar, powędkować i posiedzieć w którejś z knajpek ze szklanką Mojito, gdzie mógł pogawędzić o taaaaakiej rybie. W Cojimar nawet dzisiaj spotkamy rybaków uważających się za „pierwowzór" bohatera mikropowieści „Stary człowiek i morze". A za jedno peso mamy szansę uwiecznić się na wspólnej fotce...

Fidel, jak każdy Hiszpan, fascynował się wojną domową opisaną w powieści „Komu bije dzwon" i wielokrotnie bywał w San Francisco de Paula w odwiedzinach u Hemingwaya. Niestety, do rewolucyjnych idei gospodarza nie przekonał, musiał walczyć sam.

W Starej Hawanie w „Hotelu Obydwu Światów" (De Ambos Mundos) do dziś istnieje pokój, w którym Hemingway zwykł się zatrzymywać, nawet wtedy, kiedy na peryferiach stolicy posiadał już willę. Pomieszczenie pozostawiono w nienaruszonym stanie, jakby pisarz wciąż tam rezydował i ledwie na moment zszedł do baru na szklaneczkę Mojito. Również to miejsce jest celem pielgrzymek.

Kuba pulsuje rytmami wyzwalanymi z kong, güiro, bongosów, claves, gua-gua i marakasów. Świetni muzycy są wszędzie, na każdym rogu ulicy i w najpodlejszej nawet tancbudzie, wszyscy niewiarygodnie rozśpiewani i roztańczeni. Codziennie po parę razy usłyszymy słynną „Guantanamerę", kultową pieśń skomponowaną przez gitarzystę Joseíto Fernándeza do wiersza kubańskiego wieszcza - Joségo Martí. To rzecz o kobiecie z Guantanamo rozdzielonej z ukochanym. Utwór ów, obok „Besa Me Mucho" (całuj mnie dużo), jest znany na całym świecie w niepoliczalnych wykonaniach.

Cóż, nie mamy wyboru, także po takie wrażenia leci się na Kubę. Po kilku dniach pobytu wydaje się, że repertuar kubańskich muzykantów ogranicza się do tych dwóch pieśni. Czasem, przy dłuższym posiedzeniu w jakiejś klimatycznej knajpce, istnieje szansa posłuchania czegoś innego, choćby smętnej pieśni o... Ernesto Che Guevarze lub największego przeboju ekipy Buena Vista Social Club zatytułowanego „Chan Chan", który traktuje mniej więcej o tym:


Z Alto Cedo jadę do Marcane
Dojeżdżam do Cueto, potem do Mayari.
Nie zaprzepaszczę miłości,
którą czuję do Ciebie.

Wilgotnieją mi usta,
nie powstrzymam się.
Kiedy Juanita i Chan Chan
przesiewali piasek na plaży,

jakże pośladki jej drgały,
jakże Chan Chan się rozpalał.
Oczyść przejście
z suchych trzcin,

bo chcę usiąść na tym pniu.
Inaczej nie wytrzymam.


The Buena Vista Social Club to nazwa muzycznego klubu w Hawanie, który szczyt popularności osiągnął w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku.

Właśnie tam rodził się jazz z wpływami mambo, charangi (potrzebne skrzypce i flet), pachangi oraz cha-cha-cha. Tak powstała muzyka afro-amerykańska, z którą wystarczyło połączyć hiszpańską gitarę klasyczną i otrzymaliśmy wybuchową mieszankę kubańską przy której biodra same zaczynają pracować. Fenomen BVSC odkurzyli niemieccy filmowcy (Wenders), pokazali światu i... otarli się o Oscara. Pokazali podróż pełnymi egzotyki ulicami Starej Hawany. W filmie nie ma polityki, jest nieszczęśliwa miłość sprzed lat, pierwsze pocałunki, samo życie w doskonałej oprawie muzycznej. Muzycy z BVSC odbyli nawet światową trasę koncertową. Wciąż istnieje okazja usłyszenia na żywo dwóch ostatnich członków legendarnego zespołu. Obecni muzycy, młodzi artyści grający w sekcji dętej, nie wstydzą się stylu dziadków, dbają o poziom artystyczny i dlatego na swoich koncertach mają komplety widzów.

O niezwykłych budowlach i architektonicznych cudach Hawany napisano już wiele. Rzeczywiście robią ogromne wrażenie. Zwłaszcza rozkład ulic i spacerowych traktów. Wystarczy zejść z utartego szlaku, dosłownie zrobić krok w bok, by znaleźć się w budowlanym horrorze. Od nigdy nie remontowane obiekty, niektóre pozawalane i już opuszczone, cudem trzymające się balkony, niegdyś wspaniałe ornamenty, stiuki, gzymsy i wykusze.

To anturaż dla hawańczyków żyjących w ogromnym zatłoczeniu w samym centrum stolicy. Rewolucja przegnała z pałaców burżujów, podzieliła apartamenty na klitki i wpuściła tam biedotę. Trzeba ogromnych pieniędzy by gruzowiska doprowadzić do ładu.

Establishment kubański zamieszkuje z dala od city w parterowych domach, przy cichych uliczkach. Na podjazdach stoją kilkunastoletnie Lady i... Maluchy, symbolizujące kubański dostatek.

Budowlane cudeńka są świadectwem bogactwa, które wywodziło się z handlu cygarami, rumem i cukrem. Nie wolno zapominać, że do rewolucji

Hawana była zagłębiem rozrywkowym Florydy. Na wyspę przybywało się dla seksu i hazardu. Liczne lupanary, kasyna i kabarety kontrolowała międzynarodowa mafia. Hawaną rządzili bossowie żydowscy, amerykańscy, rosyjscy i... polscy.

Dzisiaj Stara Hawana powoli podnosi się z upadku, pięknie odnowiono już całe kwartały. Niepospolite elewacje kontrastują ze szkieletami opuszczonych domostw skrywających architektoniczne niespodzianki i jakieś tajemnice.

Posłowie

Mój przyjaciel Walery, człowiek nietuzinkowy, skwitował karaibską przygodę mniej więcej tak. - Na Kubę jechałem z ciekawością. Chciałem zobaczyć kraj, który przeciwstawił się jankeskiej hegemonii. To co na miejscu zobaczyłem - pozbawiło mnie resztek szacunku dla takiej polityki. Fidel zasłużył na piekło!

Sen

Cała Polska straciła smak! - stara Kubanka przytaskała newsa. Sensacyjną rewelację usłyszała w reżimowej TV, gdzie poinformowano o szalejącym w Polsce wirusie, który bezpowrotnie rujnuje Polakom kubki smakowe. Podzieliwszy się wiadomością z prof. Baymannem - uczonym, który od czasu rewolucji robi karierę na wyspie, w te pędy przybiegła do nas, do turystów „stamtąd" z alarmem.

Nie wrócicie do kraju! Fidel zechce was zatrzymać w izolatce, gdzieś na prowincji, w jakimś opuszczonym kołchozie.

No, nie!

Ufff... To tylko turystyczny sen, koszmar przyśniony już w ojczyźnie...

Żyję teraz z dylematem. Dlaczego stara Kubanka, zamiast po hiszpańsku, posługiwała się nienaganną polszczyzną?

Mam świadomość, że nie wyczerpałem tematu, nic przecież nie napisałem o tamtejszej mañanie. Kiedyś może jeszcze do kubańskich klimatów wrócę, poczekam (powoli, mamy czas) aż kubki smakowe odzyskają pełną równowagę.

Powrót do góry strony

Twarze wyspy



Kubańskie wehikuły (slajdy)



Sytuacje (nie)zwykłe