Nie śpiesz się. Nie martw się. I nie zapomnij powąchać kwiatów po drodze.

TERAZ NOSTALGIA

SPIS TREŚCI


Nie ma jak u mamy....

Z tęsknoty

Podczas wywiadu z Wojtkiem Młynarskim (1941-2017) zapytałem, czy kiedykolwiek napisał coś wyłącznie dla siebie, zazdrośnie strzeżony wiersz, którego nie pozwalał wykonywać innym artystom.
- Człowieku? Absolutnie! W życiu! Zawsze pisałem dla ludzi.
- Może intymne westchnienie… strofki o pannie Krysi z turnusu trzeciego z Pensjonatu „Orzeł”?
- Żart. Tu zastrzegam: całkiem udatnie piosenkę zaadoptował Adam Nowak z Raz Dwa Trzy. Istnieje nawet koncertowa wersja, gdzie wtrącam się Adamowi z kwestią: „Panno Krysiu... kocham panią! Wszystko”. To dowód, że piosenka jest publiczna.
- Jakoś nie wierzę. Znam poetów piszących niekoniecznie do szuflady, którzy pewnych wierszy nigdy nikomu nie pokażą mimo iż uznają je za genialne.
- Ze mną jest inaczej. Hmm… A może coś jednak mam? Może, może... Tak! „Nie ma jak u mamy”?! Zdaje się że nikt poza mną tego nie śpiewał. No, może tak mi się wydaje, już nie pamiętam, bo pioseneczka niemłoda. Jeżeli miałoby być coś osobistego i tylko dla Młynarskiego, to może właśnie „Nie ma jak u mamy”...

W tym miejscu sen się urywa. Tak, sen, bo nigdy z Wojciechem Młynarskim wywiadu nie przeprowadzałem. Owszem, widziałem artystę parokrotnie „na żywo”, ale zaszczytu wymiany chociażby paru zdań nie dostąpiłem. Po co zatem przywołuję senne mrzonki?
Zatęskniłem za dawno zmarłą Mamą Antoniną i za Panem Wojtkiem. Wszystko.


Morski kosmos

Po raz pierwszy postanowiłem napisać recenzję książki przed zakończeniem czytania! Wszystko przez fragment, który wystąpi w ostatnim akapicie. Z reguły czytam 2-3 książki rownolegle, w zależności od nastroju i miejsca w którym aktualnie się znajduję. Pożeracze słowa pisanego rozumieją o co chodzi, wiedzą, że lektura łatwiej "wchodzi" w toalecie (akurat w tej czytelni tematyka pozostaje bez znaczenia, mogą to być np. reguły bezpieczeństwa użycia środka dezynfekującego zapisane w piętnastu językach łącznie z czeskim). Całkiem inaczej czyta się do poduchy.
Książka o której dzisiaj chcę napisać spowodowała, że zerwałem z zasadą równoległego pożerania kilku pozycji i celebruję - tak jest! - wyłącznie tę jedną jedyną. Mało tego. Już na początku »Księga« zainspirowała mnie do napisania felietonu. Potem było zwyczajne czytanie bez wydarzeń, ale z rozdziawioną "japą" - aż do strony 231.

Na wszelki wypadek uprzedzam, że w życiu nie złowiłem choćby najmniejszej płotki. Wędkowanie (i myślistwo) jest mi dalekie niczym najdalsza, znana dzięki teleskopowi Hubble'a, galaktyka w znanym Wszechświecie MACS0647-JD. Również nie mam żyłki wodniackiej, nie mówiąc o morskiej.
»Księga Morza« Mortena A. Strøksnesa wciągnie w swą niezwykłą otchłań każdego bez wyjątku. Autorowi bynajmniej nie idzie o złowienie legendarnej ryby, którą uznaje się za najstarsze żyjące na Ziemi zwierzę, tajemny i straszny w swej nieprzewidywalności stwór, który w dotychczas zbadanych przypadkach żył w czasach - odnosząc się do historii Polski - gdy Jan III Sobieski odnosił zwycięstwo pod Wiedniem w 1683 r.
Mortenowi towarzyszy w łowach znawca morza, wierny przyjaciel Hugon, wspólnie spędzają na wodzie mnóstwo czasu przeżywając chwile radości, zdumienia, częstokroć pakując się w groźne sytuacje. »Księga« okazała się pretekstem do podania niezwykłych faktów z historii Morza Lofockiego i historii marynistyki w ogóle. To opowieść nasycona legendą, mitami, przesądami i wierzeniami, bogata w wiedzę antyczną oraz stricte encyklopedyczną, co bynajmniej nie psuje przyjemności czytania (lekturę ułatwiają bogate przypisy). Konstrukcja »Księgi« jest zwiewna i wręcz poetycka z odnośnymi, celnie dobranymi cytatami. Z głębin morskich z lekkością wznosimy się w... kosmos. Tak jest! Strøksnes zrównuje otchłań oceanów z niemierzalnym kosmosem. Z pewnością »Księga Morza« jest pozycją do której będę często wracać, bo to książka mądra, napisana przez mądrego człowieka.

Czas na wyjaśnienie, dlaczego niniejsze słowa piszę mając jeszcze do przeczytania 106 stronic. To opis najmniejszych istot morskich, widzianych wyłącznie pod mikroskopem. Bajeczne porównania ich wyglądu obezwładniają. Po tym fragmencie człowiek przestaje się dziwić otaczającej go różnorodności. Ten cały zgiełk, politycy-kretyni chcący zmieniać świat i zbawiać ludzkość, wszystko to wydaje się być bez sensu. Najważniejsze jest życie...

Morten A. Strøksnes pisze.
Plankton przyjmuje najdziwniejsze postacie. Gdy ogląda się zdjęcia za pomocą mikroskopu elektronowego, z trudem się wierzy, że to możliwe. Organizmy przypominają kryształki śniegu, księżycowe lądowniki, piszczałki organów, wieże Eiffla, boginie wolności, satelity telekomunikacyjne, fajerwerki, układanki z kalejdoskopu, szczoteczki do zębów, puste koszyki na zakupy, otwarte gofrownice, kieliszki do wina z pływającą kostką lodu, szampanki wyłożone lamparcią skórą, greckie urny, etruskie rzeźby, stojaki na rowery, podrywki na ryby na długich trzonkach, części maszyn, piórka, kwiaty, kulki śluzu z jabłkiem w środku, zestawy słuchawek do telefonu komórkowego, kule dyskotekowe, przezroczyste, roztapiające się dzwony kościelne, unoszące się perskie dywany, dmuchawce, sieci rybackie, kapelusze, cylindry, odkurzacze, embriony, żyletki, macice, obrośnięte wyrostkami organy płciowe, plemniki, mózgi i wieczne pióra…

Wywiad z Autorem: TUTAJ http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22093569,wiecej-wiemy-o-odleglych-planetach-niz-o-oceanach-w-glebinach.html#BoxSpecLink

Leszek Juliusz Tomczuk



Dobra robota


Maciej Pieprzyca odstawił kawał dobrej roboty, wspaniałej roboty filmowej. Bynajmniej nie czynię aluzji do głębokiego PRL-u (nieźle znam tamte czasy), kiedy „dobra robota” była hasłem lansowanym przez siermiężną propagandę. Doskonały scenariusz, świetna reżyseria i znakomicie prowadzeni aktorzy. Po prostu r-e-w-e-l-a-c-j-a. Kolejny wielki film polski! Maciej Pieprzyca - MISTRZ. Wiernie pokazany PRL i ówczesne metody śledcze. Tracimy orientację, kto tu jest mordercą i widz w efekcie zaczyna sympatyzować z „głównym podejrzanym” czyli z wampirem. 
Pieprzyca dość jawnie cytuje Feliksa Falka (Wodzirej) i inne obrazy kina moralnego niepokoju. Możemy się również doszukać klimatów z Wojtka Smarzowskiego (Dom zły), co film uatrakcyjnia i unaocznia widzowi zręczność reżysera. W warstwie muzycznej można się nieco pogubić, głównie czasowo. Słyszymy parę fraz Tadeusza Nalepy (Breakout) i ociupinę jazzu z kultowego serialu „07 - zgłoś się“. W moim uchu zabrzmiała nawet nuta Marka Ałaszewskiego (Klan), ale być może przesłyszałem się. Zaproponowana przez twórców ścieżka dźwiękowa filmu nie psuje, przeciwnie - osadza go w epoce. 
Film dla zatwardziałych i namiętnych nikotynowców (ha! nie palę!). Obraz, jak każde uniwersalne dzieło, odnosi się również do współczesności. Bez wysiłku dostrzeżemy w nim klimaty „dobrej zmiany”: prokuratorskie metody Ziobry i zapowiedzi Kaczyńskiego o przywróceniu kary śmierci. Dlaczego? Bo PRL powrócił! Dzisiejsze „elity” powinny pójść do kina. Tyle, że wątpię, czy zatrybią, że to film również o nich…

Więcej: FILMWEB


Arcydzieło


Obraz skończony. Wzrusza i przeraża, wciska w fotel nawet tych, którzy z Kresami nie mają żadnych związków. Piszę to, jako potomek repatriantów z Wołynia, urodzony na Opolszczyźnie, która jest moim ukochanym Heimatem, Ojczyzną, z której nie dam się wykorzenić! Taki film musiał powstać, niechby jako memento, bo znowuż odżywają demony nacjonalizmu. 
Po takim seansie można jedynie wyć i ja wyję!


Więcej: WIKIPEDIA


Pod miedzą Michałową


Historia jednej piosenki czyli lubelski epizod Hanki Ordonówny

Legenda Lublina - miasta zwanego Kozim Grodem - wywodzi się z mniej lub bardziej prawdziwych historii.


Każdy, kto tam trafi musi przekroczyć Bramę Krakowską, charakterystyczną budowlę bez której Lublin byłby bez wyjścia i - co nie do pomyślenia w przypadku gościnnych progów - nie miałby wejścia. Szanujące się miasto musi mieć bramę. 

Centralnym usytuowaniem i ograniczoną przepustowością brama wszystkich zbliża: lokalsów i zamiejscowych, tych którzy zmierzają do Starego Miasta lub zeń wracają. Jest znakomitym punktem orientacyjnym dla niezorientowanych w przestrzeni urbanistycznej nie-lublinian i popularnym miejscem spotkań zakochanych. Spacerując ze starówki do nowych kwartałów nie sposób nie spostrzec naściennej dekoracji, której starszy pierwowzór - Matka Boska Ostrobramska - znajduje się w Wilnie.



To wizerunek św. Antoniego Padewskiego, opiekuna osób i rzeczy zagubionych i równocześnie patrona Koziego Grodu. Św. Antoni trafił nad sklepienie bramy w 1839 roku, właśnie wtedy, jak odnotowują kroniki, wybito otwór na obraz. To patron nieprzypadkowy, wszak w Lublinie można się zatracić na zawsze, albo wypłynać stamtąd na szerokie wody. Lublin - miasto na granicy kultur i religii, nawiązujące do tych tradycji i kreujące nowoczesne inicjatywy - wysłał w świat wiele znakomitości. 

Przez Bramę Krakowską z pewnością nie jeden raz przechodziła, składając pokłon świętemu, Hanka Ordonówna, której legenda rozpoczyna się właśnie w magicznym Kozim Grodzie.



Hanka Ordonówna, Ordonka, właściwie Maria Anna Tyszkiewiczowa, z domu Pietruszyńska, pseudonim literacki Weronika Hort – piosenkarka, autorka wierszy oraz tekstów piosenek, tancerka i aktorka. 

Błyskotliwa kariera Ordonki rozpoczęła się w Lublinie w latach 1917 i 1919. Artystka występowała z repertuarem piosenek o tematyce żołnierskiej w teatrze działającym w sali kina „Louvre“ przy Krakowskim Przedmieściu 48, nieopodal dzisiejszej Poczty Głównej. Swoje programy prezentowały tam kabarety „Czarny Kot“ i „Wesoły Ul“ i właśnie z tym ostatnim była związana. Gmach teatru już nie istnieje, w jego miejscu stoi pomnik poety Józefa Czechowicza, który zginął pod gruzami kamienicy podczas pierwszych bombardowań Lublina, zaledwie kilkaset metrów od rodzinnego domu. 



W realu i w filmie Ordonka była nie do odróżnienia: kochała „do ostatka, do szału, do dna”. Pierwszą wielką miłość znalazła „pod miedzą Michałową” w Lublinie i był to Janusz Sarnecki. Ówczesny gwiazdor, absolwent szkoły teatralnej, obyty scenicznie, łatwo podbił serce Marii Anny, którą „przechrzcił” na Hankę. Oboje wylądowali w Lublinie na zaproszenie Tadeusza Żeromskiego-Wrzosa, który postanowił założyć własny kabaret. Dzięki Sarneckiemu młodziutka artystka, adeptka szkoły baletowej, poznała tajniki sztuki scenicznej. „Wesoły Ul” nie odniósł sukcesu, lublinianie najzwyczajniej nie chcieli kupować biletów. Po powrocie do Warszawy rozpoczęły się kłopoty ze zdrowiem (pierwszy rzut gruźlicy) i - co najgorsze - szybko prysło miłosne szczęście. Zimą 1919 roku ukochany nagle, bez uprzedzenia, wyjechał do Sosnowca.

Spotkali się po roku w Wilnie, gdzie Sarnecki zatrudnił się w jednym z teatrów w charakterze reżysera. Miłość Ordonki nie wygasła, dlatego szybko wybaczyła porzucenie. Nadaremnie! Wiarołomny kochanek znowu nawiał, tym razem do stolicy. Dopełnieniem czary goryczy była wieść, że wybranek serca zawiązał rodzinę z inną kobietą. Zdradzona postanowiła się zastrzelić, ale - na szczęście - działała nieudolnie. Pocisk rozorał skórę nie uszkadzając kości czaszki. „Pamiątka” po nieszczęśliwej miłości została już na całe życie. Bliznę na lewej skroni maskowała kapeluszami noszonymi w charakterystycznej stylizacji, mimowolnie stając się ikoną mody lat dwudziestych i trzydziestych.

Być może legenda o dramatycznej miłości stanowiła kanwę „Piosenki o zagubionym sercu”, dedykowanej Ordonce i napisanej w roku 1936 przez Artura Marię Swinarskiego (słowa) oraz Henryka Warsa (muzyka). 



Piosenka o zagubionym sercu


Święty Antoni, święty Antoni

Serce zgubiłam pod/za miedzą

Oj, co to będzie, święty Antoni

Gdy się sąsiedzi dowiedzą


Noce takie są upalne

I/A słowiki spać nie dają

A przez okno do mej izby

Jakieś strachy zaglądają


Gwiazdy gdzieś się pochowały

I utonął księżyc w stawie

Więc uciekłam z dusznej chaty

Po wilgotnej biegłam trawie


Wtedy się nieszczęście stało

Och, tej nocy, tej czerwcowej

Serce gdzieś się zapodziało

Koło miedzy Michałowej


Noce takie są upalne

I/A słowiki spać nie dają

A przez okno do mej izby

Jakieś strachy zaglądają


Święty Antoni, Święty Antoni

Strach mnie od rana opada

Palą mnie skronie, w uchu/uszach mi dzwoni

Już pewnie wieś o tym gada


Przecież to nie moja wina

Tak mi serce kołatało

Tą ciemnością przestraszone

Jakby z piersi uciec chciało


No i jakże się tu dziwić

Że zbłądziłam, ach/aż zbłądziłam

I pod miedzą Michałową

Biedne serce że zgubiłam/straciłam


Straciliśmy je oboje

Wśród rumianków i wśród mięty

Lecz ty tego nie zrozumiesz

Bo to sprawy nie dla świętych


Noce takie są upalne

I słowiki spać nie dają,

A przez okno do mej izby

Jakieś strachy zaglądają


Piosenka z filmu Pan minister i dessous; współczesne covery wykonują: Hanna Banaszak i Beata Rybotycka.


***

W niezwykle burzliwym życiu Ordonka zaznała wszystkiego: sławy, uwielbienia, bogactwa (była żoną prawdziwego hrabiego!), więziennego poniżenia ze strony hitlerowców i sowietów oraz ciężkiej choroby, która przerwała o wiele za krótkie - 48-letnie życie. 

Podzieliła tułaczy los wielu Polaków, wędrowała nawet po śmierci. W końcówce wojennej zawieruchy mieszkała kolejno w Palestynie, Indiach i Syrii. Ostatecznie osiedliła się w Bejrucie. Tam, razem z Jerzym Petersburskim, wystąpiła z ostatnim koncertem. Nawrót gruźlicy skutkował wycofaniem się z życia estradowego, Ordonka zajęła się malarstwem.

Na bejruckim grobie artystki wyryto epitafium wg jej zamysłu:

Śp. Maria Hanna Tyszkiewiczowa

Hanka Ordonówna

Ur. 25 IX 1902

Zm. 8 IX 1950

»Tyś jest ucieczką moją od uciśnienia, zachowasz mię i piosenkami radosnego wybawienia uraczysz mię« - Ps. XXXII. 7.


Jerzy Waldorff - nietytularny Kustosz Starych Powązek - doprowadził do sprowadzenia prochów Ordonki do kraju. W 1990 roku  zakończył się tułaczy los artystki, ostatecznie spoczęła w Alei Zasłużonych pod kamienną płytą z napisem: Uratowała setki dzieci polskich samotnie błąkających się po wojennych bezkresach ZSRR. W tym samym roku Szkoła Podstawowa nr 209 w Warszawie przyjęła jej imię.

Płyta nagrobna na Starych Powązkach w Warszawie


Postscriptum: 

Do rozwikłania pozostaje trzykrotnie powtórzana w „Piosence o zagubionej miłości“ poetycka fraza: pod miedzą Michałową, która z pewnością skrywa jakąś tajemnicę. To zalążek kolejnej legendy.  


Korzystałem z witryn http:// - onet.rozrywka - teatrnn.pl - culture.pl


Leszek Juliusz Tomczuk



Niedziela z Kazimierzem D.

Imię Kazimierza Dolnego i jego niepowtarzalny, wręcz nieziemski klimat, rozsławiła Maria Kuncewiczowa, w opowiadaniach zebranych pod wspólnym tytułem Dwa księżyce. Tytuł trochę zapomnianego dzieła zaświadcza o „nieziemskości” tego skrawka Polski, który zauroczył, a wielu na zawsze uwiódł: malarzy, poetów, aktorów, kompozytorów i wszelakich dziwaków z nie tego świata. Bo jak twierdziła pisarka Artyści nigdy nie przestają być dziećmi, ale niektóre dzieci rodzą się dorosłe.

Kazimierz Dolny nad Wisłą to miasto królewskie Korony Królestwa Polskiego, a współcześnie perła w koronie Lubelszczyzny. Niespełna czterotysięczne miasteczko uchodzi za jedną z większych atrakcji turystycznych. Majowa niedziela i piękna pogoda to pewnik, że całą okolicę zalewają zamiejscowi. W takich okolicznościach poszukiwanie klimatów, z jakich miasto słynie, stanowi nie lada wyzwanie. 



Ciekawe, jak autorka Cudzoziemki zareagowałaby na widok rynku wypełnionego ludzką ciżbą? Przewalające się po bruku ludzkie mrowie, konsumenci w licznych restauracyjkach wcinający kazimierzowskie kogutki i raczący się piwnymi produktami z browarów całego świata. Zajeżdżając do Kazimierza Dolnego współczesnej doby trzeba się liczyć z tym, że możemy trafić nawet do… Gruzji, a ściślej do „Batumi” - restauracyjki serwującej kaukaskie specjały: chinkali, chaczapuri i churchele. Pewnie już niedługo, w ślad za turystami, zainstaluje się tam ze swoimi koszmarnymi kanapkami McDonalds. Takie są, niestety, trendy globalne.

Rodzi się poetycki dylemat: Czy nad współczesny Kazimierz wciąż wschodzą Dwa księżyce?

Będąc tam wypada zabłądzić na ulicę Juliusza Małachowskiego by zajrzeć do Kuncewiczówki, która od 2005 roku pozostaje oddziałem Muzeum Nadwiślańskiego. Dom został wybudowany w okresie międzywojennym i był letnim siedliskiem Jerzego i Marii Kuncewiczów. Z obiektem zwanym też „Willa pod Wiewiórką” wiążą się burzliwe dzieje, przechodził z rąk do rąk kolejnych okupantów. Przez jakiś czas nawet pełnił funkcję ośrodka kolonijnego dla dzieci funkcjonariuszy SB. Właściciele spędzali tam część roku, prowadząc intensywne życie towarzyskie w gronie wybitnych osobistości, m.in. takich jak: Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Mieczysław Grydzewski i Stanisław Baliński.



Maria Kuncewiczowa (1895 - 1989) osiadła na stałe w Kazimierzu dopiero po śmieci męża w roku 1984 i mieszkała w Kuncewiczówce do końca swoich dni.

W niszowych kanałach telewizyjnych z rzadka można trafić na film Dwa księżyce z roku 1993 w reżyserii Andrzeja Barańskiego, według zbioru opowiadań Marii Kuncewiczowej pod tym samym tytułem. Jest to urokliwy obraz nadwiślańskiego miasteczka lat trzydziestych minionego stulecia. Przepiękny film składający się z 17 epizodów zaczerpniętych z 20 nowel, w którym dominuje nostalgia. U schyłku lata poeci, malarze, graficy, rzeźbiarze i letnicy wszystkich warstw społecznych mieszają się z miejscowymi: mieszczanami, chłopami, kupcami i Żydami. Kulturowy tygiel nieuchronnie rodzi konflikty, ale zawiązują się również przyjaźnie. 

Jeśli chodzi o obsadę, obraz monumentalny, w filmie bowiem zagrało 107 aktorów, wśród nich takie gwiazdy teatru i kina jak: Anna Polony, Krzysztof Kolberger, Stanisława Celińska, Krystyna Feldman, Joanna Szczepkowska, Leszek Teleszyński, Jan Frycz, Marek Walczewski, Jan Tadeusz Stanisławski i inni. Wszystkie epizody spina postać ślepca Michała (w brawurowej roli poetycki Artur Barciś), który wędrując po okolicy spotyka kolejnych bohaterów filmu. Warto docenić klimatyczną muzykę skomponowaną przez Henryka Kuźniaka.

Obraz Andrzeja Barańskiego nabiera śmielszych barw za drugim i kolejnym seansem. Dzieło zdecydowanie niedoceniane, ale obowiązkowe do zaliczenia przez każdego, kto wybiera się do Kazimierza Dolnego.



"Mnie ta książka cieszy, bo wyraża miłość do skrawka ziemi, gdzie poznałam piękno trwalsze niż estetyczne formuły" - napisała Maria Kuncewiczowa w 1958 roku w Ameryce w przedmowie do pierwszego w Polsce powojennego wydania "Dwóch księżyców".

O co chodzi z tymi księżycami? To historia o życiu i sztuce, o przenikaniu się kultur, o ludziach żyjących osobno, ale pośród innymi, częstokroć nieodgadnionymi i nijak do siebie pasującymi. Wiele wyjaśnia dialog Meny i Jeremiego:

"- Księżyc był czerwony, kiedy tamci ludzie szli spać... Teraz jest biały. Zupełnie inny. Czy też tamci ludzie wiedzą, jak wygląda biały księżyc?"

" - Może w ogóle są dwa księżyce... Jeden dla tamtych ludzi, drugi - tylko dla nas."

W dzisiejszym Kazimierzu już nie spotkamy żydowskiej dziewczyny łowiącej w rynsztoku słoneczny blask, który zainspiruje malarza (w filmie: Jan Frycz). Nie ma dziewczyny, nie ma rynsztoku, istnieje prowadzący do Wisły kanał, zaklęty w wysokiej niecce z kamienia, jacyś dosadnie dosłowni malarze, uliczni grajkowie z rozstrojonymi instrumentami i przepowiadające przyszłość Cyganki. Szczęście do kupienia bez cienia nostalgii.



Trio Mandili

Internet potęgą jest i basta! Ową prawdę poznały trzy młode przyjaciółki z Tbilisi: Anna Chincharauli, Tatia Mgeladze i Shorena Tsikarauli, zwykłe - wydawałoby się - dziewczyny, które niespodziewanie zostały… celebrytkami. Popularność wybuchła nagle, wystarczyło opublikować w serwisie YouTube amatorski teledysk z gruzińską piosenką ludową w oryginalnej interpretacji. W przeciągu zaledwie dwóch tygodni wideo obejrzało milion internautów! 



Filmik zrealizowano najprościej, jak tylko można. Anna i Tatia wybrały się do miasta Tskhvarichamiya nieopodal Tbilisi, gdzie znajduje się letni dom jednej z nich - Shoreny. W pogodny dzień poszły na spacer polną drogą w pięknych okolicznościach przyrody. Postanowiły pośpiewać, co zdarzało się im już wcześniej. Tatia nagrała wideo telefonem komórkowym, a potem upubliczniła w internecie. To był strzał w dziesiątkę! Niewinne nagranie odmieniło życie przyjaciółek.

- Przyjaźnimy się od lat - mówi Anna Chincharauli. - Gdziekolwiek jesteśmy, staramy się rejestrować nasze piosenki metodą selfie. Bardziej dla zabawy niż zachowania w pamięci. Wizyta w domu Shoreny nie była niczym nadzwyczajnym i filmik niczego nie zapowiadał. Przeżyłam szok, kiedy po dwóch dniach odkryłam, że nasze wideo obejrzało 300.000 użytkowników. Potem ruszyła lawina, której nie sposób zatrzymać, liczba odsłon wciąż rośnie! 

Anna, Tatia i Shorena zaczęły otrzymywać zaproszenia do popularnych programów telewizyjnych i radiowych, a także na koncerty w Gruzji oraz w innych krajach. Pojawiły się propozycje rejestracji piosenek w profesjonalnych studiach nagrań. Dziewczyny zdążyły wydać pierwszą płytę pt. „With Love”, która jest dostępna z poziomu witryny www.triomandili.com oraz w serwisie iTunes Store.



Od jakiegoś czasu uznają się za zespół muzyczny i przyjęły nazwę TRIO MANDILI. »Mandili« to rodzaj chusty - nakrycie głowy noszone powszechnie przez kobiety w wielu regionach Gruzji. Autorką nazwy jest matka jednej z dziewczyn, która miała proroczy sen o takim zespole. Artystki zgodnie uznały, że nazwa doskonale do nich pasuje.

Anna, Shorena i Tatia są amatorkami bez muzycznego wykształcenia, co wydaje się być bez znaczenia, bo ich śpiew stoi na wysokim poziomie artystycznym. Atutem tria jest młodość, uroda, wdzięk i bezpretensjonalność. Dziewczyny nikogo nie naśladują, pięknie śpiewają, są po prostu naturalne. Żeby się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć poniższe filmy.



Jedynym akompaniamentem z jakiego korzystają jest gruziński instrument ludowy - panduri. Takie aranżacje nadają piosenkom wyjątkowego klimatu. 



Niespodziewany sukces spadł niczym grom z jasnego nieba i dziewczyny z tego powodu są oczywiście szczęśliwe. Nie zamierzają jednak spocząć na laurach. Zamierzają się doskonalić i dalej uczyć.

Niedawno zespołem zainteresowali się filmowcy z Korei Południowej. Anna, Shorena i Tatia koncertowały już w Brukseli, Kijowie, Płowdiw i Sofii. W lipcu 2015 roku z dużym powodzeniem uczestniczyły w dorocznym festiwalu »Wschód Kultury  - „Inne Brzmienia”« w Lublinie.


Korzystałem z informacji zawartych na witrynie: triomandili.com



Lwowski deszcz


Mieszkańcy Ziemi Brzeskiej w zdecydowanej masie są potomkami repatriantów z Wołynia. Pionierzy powoli odchodzą w cień zabierając ze sobą traumę przymusowych przesiedleń, które były niczym innym, jak bezpardonowym wygnaniem. Wyrywająca się do Europy zachodnia Ukraina dzisiaj już nie jest naszym terytorium i bez względu na pokłady żalu biorącego się z resentymentów, nic w tym zakresie nie zdziałamy. Jedyne co możemy zrobić to dopomóc Ukraińcom w integracji z Europą.
Ale radujmy się, nie jesteśmy przecież przegrani. Żyjemy tu i teraz: na Naszej Ziemi. Wrośliśmy w Śląsk Opolski i my, zwłaszcza tutaj urodzeni, nie powinniśmy nawet w snach marzyć o odzyskaniu terytorium z którego wygnano naszych przodków.
Chociaż ze snami bywa różnie, czasem i ja nie mogę się od nich uwolnić. Ojcowizna śni mi się coraz częściej, zwłaszcza z upływem lat, bo jest miejscem w świecie wyjątkowym: przepiękna widokowo, tajemna i zarazem straszna. Trudno do końca wyjaśnić, dlaczego właśnie taka; może dlatego, że chodzi o senną projekcję? Sny są ulotne, bywają nieodgadnione i częstokroć mroczne.



Parokrotnie odwiedziłem Załuże na Wołyniu skąd pochodzi moja rodzina. Familijną kolebkę znałem z opowieści rodziców i szczątkowych relacji starszego rodzeństwa tam urodzonego, a przybyłego na Opolszczyznę we wczesnej młodości. Na Wołyń zacząłem peregrynować trochę za późno, w czasie, kiedy najbliżsi już z tego świata odeszli. Nie mogę więc nabytych doświadczeń zderzyć z ich pamięcią. Po wojnie rodzice nigdy w Załużu już nie byli. Ojciec przekonywał, że nie odczuwa tęsknoty za miejscem urodzenia i nie widzi sensu tam się wybierać. Dopytywany, machał z rezygnacją ręką mając przy tym zasmuconą twarz. Zwykle kwitował dyskurs krótko: teraz moja ojczyzna jest tutaj! Z pewnością była to racjonalizacja, bo tata był człowiekiem wielce zdroworozsądkowym, a należy przypomnieć, że w czasach słusznie minionych zdobywanie paszportu i przekraczanie kretyńskich kordonów stanowiło nie lada wyzwanie.

Kończmy z sentymentami, gdyż to rozdział definitywnie zamknięty, zwłaszcza dla ludzi nie nastawionych konfrontacyjnie. Dopomagając Ukraińcom wyrwanie się z „miłosnego" uścisku Putina poszerzamy nie tylko widnokrąg. Będziemy jak ci Niemcy, bez przeszkód - i co najważniejsze - bez strachu wędrować na wschód, do mitycznego Lwowa, urokliwego Krzemieńca i prowincjonalnego Łucka, tak jak dzisiaj Niemcy swobodnie odwiedzają nasze wspólne miasta: Brzeg, Wrocław i Opole.
Jeśli wyłożony pogląd komuś nie odpowiada, podgrzeję atmosferę i wyznam, że wraz z europejską akcesją Niemcy stali się bliską memu sercu rodziną, podobnie zresztą, jak i reszta europejskich nacji. Wybujała fantazja pozwala wyobrazić wspólny dom nie tylko z nimi, ale i z Ukraińcami, których nasi poranieni historią dziadowie prawdopodobnie nigdy by nie zaakceptowali. Koniec, kropka!

Nie chcę już zanudzać filozofią „rodzinnej" Europy. Nie chcę też punktować rządzących nami cwaniaczków, bo wciąż wierzę, że do władzy dojdą ludzie porządni i zluzują wykrawaconych nudziarzy, którzy za wielką cenę chcą nas uszczęśliwić. Życie bez tych ostatnich naprawdę istnieje. I bywa prawdziwe choćby w warstwie akustycznej, jaką jest apolityczna muzyka. Dzisiaj wdepnęliśmy na Wołyń i powinniśmy wsłuchać się w muzykę tamtejszą. I bynajmniej nie chodzi o lwowskie refereny znane z regionalnych biesiad.
W targanej wielkimi emocjami Ukrainie toczy się zwykłe, ukraińskie życie. Wyrosły nowe pokolenia, które mają swoich idoli, a nawet wielkie gwiazdy. Za wschodnią granicą popularnym nurtem muzycznym jest tzw. szanson. Jego propagowaniem zajmuje się rosyjskojęzyczny kanał SHANSON.TV, który na szczęście nie dyskryminuje artystów ze skonfliktowanej Ukrainy. Śpiewać można niepolitycznie i dopiero wtedy muzyka brzmi świetnie. Szansonu nie wolno porównywać z przaśnym disco polo, bo w warstwie estetycznej mamy do czynienia z klimatami nieporównywalnymi. Disco polo tworzą amatorzy, a w szansonie działają profesjonaliści. Teksty piszą poeci, muzykę - kompozytorzy. Zabawa z szansonem i gibanie się w rytm disco polo to dwa rożne kosmosy.



Lwowski deszcz... Tak zatytułowałem moje sentymenty (po ukraińsku: Львівський дощ) to strofki Garika Kriczewskiego z popularnej piosenki, którą nuci cały wschód. Garik jest ukraińskim artystą i żyje obecnie w Kijowie. Jego nazwisko nic nam nie mówi, choć dla mnie jest swojakiem, bo urodził się we... Lwowie.
Brocząca krwią Ukraina ma prawo do swojej tożsamości. Deszcz padający dzisiaj we Lwowie, za którym tak tęskni podmiot liryczny pieśni, już jest ich ukochanym deszczem. Nie mamy czego zazdrościć, na nasze głowy ciągle też coś się leje, tu: w naszej małej ojczyźnie, na Opolskim Śląsku mamy wystarczająco obfite opady. Starczy wszystkim.



Pomarańcze i witaminy


W towarzystwie Jacka Zalewskiego przewędrowałem kawał Europy, zawsze w kierunku słońca, głównie tam, gdzie rosną pomarańcze. Po cichu marzę o Sri Lance, którą Jacek zna jak własną kieszeń i którą mi obiecał. Jacek jest warszawiakiem nietypowym, bo najczęściej przebywa poza stolicą, gdzieś w świecie. Jeśli już do domu wraca, nie odpoczywa, wsiada do niezwykłego wehikułu i „wozi się“ z turystami po Warszawie.

Pan Jacek i Pomarańczowa Nysa to znakomity pomysł na gruntowne poznanie najważniejszego miasta Polski. Nie tylko fotel kultowego auta Jacek gwarantuje, jako zapalony gawędziarz odkryje każdą tajemnicę stolicy.

Na profilu FB reklamuje się następująco:


KLIKNIJ

Nie rozgryzłem jeszcze, dlaczego nawiązuje do Pomarańczowej Alternatywy "Majora" Frydrycha, być może jest zauroczony „zakrasnulodkowanym" Wrocławiem? Właściciel Pomarańczowej Nysy jest ode mnie młodszy o całe pokolenie i ma prawo nie znać omszałej piosenki Tadeusza Woźniaka. Oto jej tekst, który idealnie oddaje temperament Jacka.


Kto to pędzi tak przez miasto,
Komu w tych ulicach ciasno.
Biegnę gryząc pomarańczę,
Ziemia pod nogami tańczy.

Biegnę gryząc pomarańczę,
Ziemia pod nogami tańczy.

tararam tararam tararam ...

Naokoło kipi życie
I ja mam się znakomicie.
Wszyscy niosą oczy jasne,
Trotuary wprost za ciasne.

Wszyscy niosą oczy jasne,
Trotuary wprost za ciasne.

tararam tararam tararam...

Przejmująco pachną lipy,
Rośnie mi po cichu broda
Wieczór aż od dziewcząt kipi,
Może czeka mnie przygoda.

Wieczór aż od gwiazdek kipi,
Może czeka mnie przygoda.

tararam tararam tararam ...

Lubię kiedy jest sobota,
Gdy po wszystkich już kłopotach.
Lubię śpiewać, lubię tańczyć,
Lubię zapach pomarańczy.

Lubię śpiewać, lubię tańczyć,
Lubię zapach pomarańczy.

tararam tararam tararam...



PS. Jacku! Czy po takiej laudacji jestem bliżej Sri Lanki?



Póki żyjemy - pamiętajmy...

Czerwone maki odzyskane!


Ambitny turysta z Polski penetrujący Italię nie może pominąć wzgórza Monte Cassino i zlokalizowanej u stóp opactwa benedyktyńskiego nekropolii, gdzie spoczywają polegli żołnierze Władysława Andersa, atakujący broniących się zaciekle w ruinach klasztoru hitlerowców.

Nie czas na dywagowanie, czy desperacki atak w ogóle miał sens (kto wzgórze widział musi mieć poważne watpliwości) i roztrząsanie, który front bardziej przyczynił się do rozgromienia faszystów. Faktem jest, że w natarciu zginęła masa młodych Polaków (923 żołnierzy i 2931 rannych), którym należy się wieczny szacunek.

Jestem ostatnią osobą, którą kręci tromtadracja, patriotyzm szyty na polityczną modłę. Na Monte Cassino zawędrowałem bez przymusu i to co tam zobaczyłem - szczerze mnie poruszyło. Polski cmentarz prezentuje się znakomicie. Opiekun (od lat we Włoszech żyjący Polak) poinformował, że jeszcze niedawno miejsce pochówku żołnierzy Andersa było w ruinie. Porozrzucane cmentarne kamienie, wszędzie pasące się krowy i kozy, po prostu ogólne zapomnienie. Nekropolia podniosła się dzięki inicjatywie śp. Przemysława Gosiewskiego, ówczesnego ministra bez teki w rządzie PiS. A więc nie tylko za kontrowersyjny peron we Włoszczowej trzeba mu być wdzięcznym. Dla mnie to odkrycie i dzisiaj chylę czoła przed politykiem, którego za życia wykpiwano.

Z koleżankami i kolegami przyklęknęliśmy nad grobami poległych i z przenośnego urządzenia odegraliśmy - rozmyślając o żołnierskim heroiźmie - pieśń przy której żaden (nawet w sztok zalany) Polak nie odważy się pójść w tany.



Wysłuchana pieśń to swoisty hymn, którego losy są równie pokrętne, jak los bitnego narodu któremu poniewczasie trzeba tak uroczyście śpiewać. Przypomnę tylko, że w uroczystości podsumowującej walki o ten skrawek Italii (przełamanie Linii Gustawa) polscy kombatanci nie wzięli udziału. Dlaczego? Zapomniano o daninie ich krwi. Tak zwyczajnie. Tym bardziej powinniśmy nekropolię pod Monte Cassino odwiedzać, czcić i pielęgnować.

Pieśń «Czerwone maki na Monte Cassino» jest polską własnością dopiero od 15 września 2015 roku!

Przez wszystkie powojenne lata tantiemy spływały do... Bawarii, jako że po śmierci kompozytora Alfreda Schütza właścicielem utworu była GEMA, niemiecki odpowiednik polskiego ZAIKS-u. Właśnie od niedawna (tekst ten piszę 20 września 2015 r.) świętujemy jej pełnoprawny powrót do macierzy i swoiste odrodzenie. W końcu doszło do przekazania praw do utworu przez stronę niemiecką.


  • Autor: Feliks Konarski
  • Rok powstania: 1944
  • Kompozytor: Alfred Schütz Al Suito
  • Wykonanie oryginalne: Gwidon Borucki


Czerwone maki

Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój się ukrył jak szczur.
Musicie, musicie, musicie
Za kark wziąć i strącić go z chmur.
I poszli szaleni zażarci,
I poszli zabijać i mścić,
I poszli jak zawsze uparci,
Jak zawsze za honor się bić.


Czerwone maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew.
Przejdą lata i wieki przeminą.
Pozostaną ślady dawnych dni
I tylko maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi.


Runęli przez ogień, straceńcy,
niejeden z nich dostał i padł,
jak ci z Somosierry szaleńcy,
Jak ci spod Racławic sprzed lat.
Runęli impetem szalonym,
I doszli. I udał się szturm.
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach wśród chmur,


Czerwone maki...


Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
Tam Polak z honorem brał ślub.
Idź naprzód, im dalej, im wyżej,
Tym więcej ich znajdziesz u stóp.
Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd,
Bo wolność krzyżami się mierzy,
Historia ten jeden ma błąd.


Czerwone maki...


OBRAZKI Z MONTE CASSINO - wrzesień 2015 r.


Retrorecenzja

Ziemia Boga

Decydując się na podróż musimy liczyć się z nieznanym, którego doświadczymy.



Litwinka Karin Bjorsen (Ingrid Bergman), w końcówce II wojny światowej znalazła się w obozie dla uchodźców administrowanym przez Włochów. W tym samym miejscu, oddzieleni ogrodzeniem z drutu kolczastego, żyją włoscy weterani. Karin planuje wyjazd do Argentyny i staje przed komisją weryfikacyjną. Pozbawiona środków do życia nie wie, jak ma wrócić do normalności. Ameryka Południowa wydaje się być dobrym celem. Niestety, komisja doszukuje się w życiorysie kobiety jakichś niejasności i nie wydaje zgody na emigrację. W międzyczasie, z niejakim oporem wewnętrznym, Karin nawiązuje przez ogrodzenie romans z włoskim żołnierzem o imieniu Antonio (Mario Vitale), który namolnie nakłania ją do małżeństwa. Godzi się na ślub, bo to ostatnia możliwość wyrwania się z zamknięcia. Razem udają się do ojczyzny Antonia, na wulkaniczną wyspę Stromboli, gdzie czeka ich pełne wyzwań życie. Litwinka szybko odkrywa, że znowu znalazła się w pułapce. Próbuje ułożyć jakoś życie, po swojemu urządza dom, co mąż uznaje za niedopuszczalną ingerencję w tradycję.

Przygnębiona izolacją od świata, niepogodzona z surowymi warunkami, dziwi się wyspiarzom, że chcą żyć na wulkanie. Przepełniona nieufnością pyta ich: dlaczego tu jesteście? Wszyscy odpowiadają jednakowo: bo tu się urodziłem.

Z czasem Antonio zmienia się nie do poznania i dopuszcza się rękoczynów. Drogi młodych praktycznie rozchodzą się. Karin zachodzi w ciążę, co jeszcze bardziej komplikuje jej położenie. Nie znajduje pomocy u miejscowego księdza, który jako duszpasterz garstki parafian z pokorą przyjmuje wszystko co przynosi im los. Duchowny nie rozumie potrzeb młodej kobiety, nie jest w stanie udzielić jej pociechy ani wsparcia.

Dramatu dopełnia nagła erupcja wulkanu, która następuje w momencie, kiedy Karin podejmuje próbę ucieczki z wyspy. Oczywiście happy endu nie będzie. Film urywa się kiedy wyczerpana desperatka pada na zboczu wulkanu. Wbijając dłonie w tuf rozpaczliwie modli się w intencji ocalenia nienarodzonego dziecka.

W filmie zobaczymy szokujące sceny z połowu tuńczyków, co jest udziałem mieszkańców Stromboli. To jakby film w filmie. Realistycznie przedstawiona, straszna rzeź, jest usprawiedliwiona potrzebą przeżycia ludzi, dla których rybołówstwo jest nie tylko zdobywaniem pożywienia, ale swoistą religią. Sekwencję wieńczy żarliwa modlitwa mężczyzn dziękujących Bogu za obfity połów.


«Stromboli, ziemia Boga» włosko-amerykański film z roku 1950 - czarnobiały obraz neorealisty Roberto Rosselliniego (1906-1977) nakręcony na wyspie oraz w mieście Fara in Sabina. Kilkakrotnie emitowany w TVP Kultura.

Jest to pierwsze wspólne dzieło włoskiego reżysera i pochodzącej ze Szwecji hollywoodzkiej gwiazdy - Ingrid Bergman (1915-1982), ówczesnej żony Rosselliniego. W USA film niemal zbojkotowano. Opinia publiczna uważała małżeństwo katolika z rozwiedzioną protestantką za niemoralne.


Obrazki ze Stromboli - 65 lat później

«Casa Ingrid» na Stromboli, gdzie rezyduje nasz rodak Piotr Szymański - od 12 lat żyjący na wyspie wraz z żoną Polką. Szymańscy pochodzą z Opoczna, ale swój los związali ze Stromboli. Opiekują się skromnym «Domem Ingrid», w którym aktorka mieszkała przez cztery miesiące podczas kręcenia filmu. Wszystko działo się wiosną 1949 roku. W tym miejscu zrodziła się miłość Roberto i Ingrid sfinalizowana małżeństwem, „wklętym” potem w USA.



W Italii gorąco niczym w Polsce!

Rimini

 


Żyjemy pośród paradoksów. Ażeby żyć - trzeba jeść, dlatego paradoksy dotyczą rownież tej sfery - potraw mianowicie. Ruskimi pierogami w Rosji głodu nie zaspokoisz, to nie ich specjał. Polski patriota pierogi kocha, choć Ruskich niekoniecznie. Tu ukłon w stronę restauracji „Brzeska”, gdzie pierożki są przepyszne (zamawiajcie koniecznie z omastą - mniam, mniam).

Nie ma co pisać o tatarze, karpiu po żydowsku, fasolce po bretońsku czy innych potrawach mających w nazwie zagranicę i dywagować, że mają coś wspólnego z danymi krajami. Nazewnictwo jedzenia chadza swoimi ścieżkami, to poligon dla lingwistów. Obżartuchy dopieszczają żołądki mając nazwy potraw w lekceważeniu. Weźmy taki szampan. Tylko skończone snoby gustują w oryginalnych francuskich napitkach w cenie tysiąca złotych za flaszkę, kiedy po cichu zachlewają się rosyjskimi bąbelkami o nazwie «sowieckoje igristoje» w śmiesznie niskiej cenie. Dawniej było to «szampańskoje», smaczniejsze od bąbli francuskich i dlatego - w imię ochrony marki - dostało szlaban na tytułowanie się szampanem.

Wylądowałem w Rimini - włoskim mieście zlokalizowanym na zachodnim brzegu Adriatyku. Trochę przypadkowo, bo w drodze do ostrogi włoskiego buta. Umordowany i głodny, poszukuję taniego noclegu i czegoś na ząb, choćby jednego klinka pizzy. W końcu stąpam po ziemi, gdzie legendarny placek zaistniał, oczywiście w cieniu pasty, bez której żaden Makaroniarz nie przeżyje jednego dnia.

W oczekiwaniu na przyrządzenie i wypiek zamówionego dania, obejrzyjmy teledysk «A Day In The Sun» - przebój austriackiej kapeli specjalizującej się w gatunku Eurodance, która nazwę wzięła od Rimini - oto Rimini Project.



Podany placek z „przeglądem tygodnia” o przepysznej nazwie «bianca» smakuje tak sobie, pomijam, że jego obrzeże nie zdążyło się nawet zariminić, cała reszta okazała się gumiasta, jak legendarna Bubble Gum Donald. Zjadłem z musu, bo głód, a przy nutach Rimini Project, mnie - Polakowi nietanecznemu - było już obojętne, po włosku: inerte.

Cóż, władowałem się w szok! Pizzy o nazwie rimini w Rimini nie znalazłem. Miejscowi kucharze osłupieli. Wymieniając porozumiewawcze spojrzenia podejrzewali, że jakiś nienażarty barbarzyńca chce im zeżreć, co... miasto?

No tak, takie cuda jedynie w Brzegu. Właśnie w naszym mieście onegdaj serwowano najlepszą w świecie pizzę rimini. Nie wskazuję miejsca, gdzie smakołyk był dostępny, bo to przeszłość, coś z brzeską rimini się porobiło. Dlatego postawiłem na inne akcenty kulinarne - rozsmakowłem się w rybie po grecku á la Renata S. Tak pysznej żadna kobieta na świecie nie robi, zwłaszcza w Grecji.

Jednakże nie straciłem nadziei i pomyślałem: smaki brzeskiej rimini odnajdę - gdzie? - w Rimini. Nadaremnie...

Pożałujemy trochę Włochów. Mieszkańcy Italii utyskują nad upadkiem obyczajów w zakresie przyrządzania narodowej potrawy. Wynika to z faktu, że za wypiek zabierają się nie-Włosi. Szefami kuchni zostają emigranci, którzy smaku pizzy z mlekiem matki niestety nie wyssali. To narodowy dramat Włochów.

Wspaniały placek (z cudownie zariminionym obrzeżem) uda się tylko wtedy, kiedy dokonamy właściwego wyboru mąki. Podaję za specjalistami: „Nie może być ona zbyt miękka, bo wtedy ciasto się podziurawi, ani zbyt twarda, bo to z kolei sprawi, że pizza będzie gumowata i trudna do strawienia. Najlepsza jest mąka, zawierająca od 10 do 12 gramów protein”. No i ciasto nie powinno wchłaniać przecieru pomidorowego, choć to akurat - tak sądzę - rzecz gustu.

Cała reszta jest tajemnicą mistrzów patelni.

Z ranka, w bezludną niedzielę, kiedy wszyscy jeszcze śpią i nie dokucza włoskie słońce oświetlające najstarszą republikę Europy, zajechałem do nieopodal leżącego San Marino. Pojechałem z wiarą, że tam coś zjem, smacznie i niedrogo. Pod warunkiem, że Repubblica di San Marino nie zje moich finansów.

Niestety, wszystkie knajpy zamknięte!

Poza jedną: personel sanmaryczański i do tego polskojęzyczny! Za wstawiennictwem mieszkańca Dolnego Śląska, który współpracowników nauczył języka Chopina, Norwida i Skłodowskiej-Curie. Co najważniejsze: w San Marino płacisz czym możesz. Także złotówkami!

Zrealizowałem wariant awaryjny: otworzyłem polską konserwę. Pożywną, zdrową i zawierającą witaminy - mielonkę tyrolską z galaretką. A już do syta najedzony - pomlaskałem po hiszpańsku: ¿mniam, mniam?


Straszna posucha

 

Trudno być poetą


Jestem przybity stanem polskiej piosenki. Nie piszę poziomem, bo dawno sięgnęła dna, a pionu złapać nie próbuje. Jeśli same nuty jeszcze znoszę, to w większości przypadków nie toleruję warstwy werbalnej. Współczesne schlagworty są jakby wołaniem o wyrozumiałość słuchaczy, którzy przed wybrzmieniem ostatniego akordu pragną zarzucić estradę zgniłymi jajami, pomidorami lub czymkolwiek, co w danym sezonie przynosimy po kryjomu na koncerty. A przynosić trzeba, bo na trzeźwo bawić się na takich imprezach po prostu się nie da.

Kto dzisiaj pisze teksty piosenek? Każdy, kto jako tako operuje głosem i zdoła się przebić przez rozhisteryzowane programy typu »talent show«. Po zejściu z podium laureat »szansy na szansonistę«, przepoczwarza się w kompozytora i oczywiście w poetę. Zupełnie bez znaczenia jest to, że o Adamie Asnyku wie tyle, że przy ulicy jego imienia mieści się galeria handlowa, a jeśli chodzi o kunszt muzyczny - niedawno „odkrył”, że blaszana fajka w którą muzyk dmucha, nazywa się saksofon, a nie jak dotąd to ustrojstwo nazywał - »saksefon«.

Napompowany pięciominutową sławą tworzy te swoje - przepraszam za wyrażenie - projekty, nagrywa płytę i na zawsze przepada pośród zalewu piosenkowego badziewia. Może nie znika do końca, o szczypiorkowatych „poetach” nie daje zapomnieć np. Radio Opole, rozgłośnia zasłużona w lansowaniu muzycznego chłamu. Boleję bardzo, bo Opole rzekomo jest Stolicą Polskiej Piosenki. No cóż, z Opolem jest tak, jak z Krakowem: niby miasto królewskie, a stolica gdzie? Na kulturowej prowincji, w warszawskich studiach telewizyjnych taśmowo produkujących telentszoły.

Gdzie te czasy, kiedy teksty piosenek pisali wielcy mistrzowie pióra? Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Wojciech Młynarski, Andrzej Leszek Moczulski... i przepraszam niewymienionych nieżyjących i tych - żyjących - których cenię, a którzy nie są w stanie przebić się przez muzyczny plastik.

Cofnijmy się do poprzedniej epoki, mamy rok 1977. Odkurzmy jednego z Mistrzów - Jonasza Koftę - tekściarskiego giganta, który potrafił napisać piosenkę, jak na prawdziwego poetę przystało, o wszystkim.

Zanućmy jego wielki, naprawdę wspaniały song. Zróbmy to koniecznie, bo koniec lata nieuchronny, a po wielkiej suszy nasze ogrody nie wyglądają zbyt okazałe. Przypominanie starych, dobrych hitów to nasz dziadowski obowiązek wobec wnuków i głuchych na piękne dźwięki dzieci, chowanych w czasach katastrofalnej posuchy, jaka panuje w polskiej piosence.

 
 

Wspomnienie


PIOTR DUDKIN



Powyżej Piotr Dudkin w następujących krajach:

SINGAPUR, MALEZJA, TAJLANDIA, KAMBODŻA, LAOS, WIETNAM


12 grudnia 2011 r. dotarła do Polski szokująca wiadomość o przedwczesnej śmierci Piotra Dudkina - największego brzeskiego globtrotera. Piotrka wszyscy niby znali, choć - jestem o tym święcie przekonany - nie do końca. Co do jednego musimy być zgodni: Piotrowe wyczyny podziwialiśmy i troszkę mu zazdrościliśmy. Był absolutnie zwykłym człowiekiem, do tego stopnia szarym, że okazywał się być kimś niezwykłym. Pięknie Piotra pożegnał jeden z internautów zamieszczając niepospolity wpis pod tekstem Jemu poświęconym. Ażeby wątek przypomnieć należy wiadomość rozwinąć. Kliknijmy... zróbmy to dla śp. Piotra.

...


Napisane przez taju, 13 grudnia, 2011 Piotr miał śmierć godną prawdziwego podróżnika i wędrowca, na kolejnej egzotycznej wyprawie, tam gdzie czuł się najlepiej, z dala od domu, wśród obcych - ale myślę życzliwych mu ludzi. Cześć Jego pamięci!

O Piotrze sporo już napisałem i teraz nie pora na kolejne popisy. Uspokajam. Zainteresowanych, pragnących więcej wspomnień i szczegółów odsyłam do podkategorii "fascynacje" - tekst: Dudkin Travel.

Jeśli dzisiaj zechciałem zastanowić się, jakim człowiekiem był śp. Piotr, nie spróbuję dobierać specjalnych słów. Przytoczę prozaiczną anegdotę w stylu i w klimacie Dudkinowym.

Pewnego popołudnia do sklepu Grażynki wpada (oczywiście na legendarnym rowerze) zziajany Piotrek Dudkin z kolejną ofertą wycieczkową. Zastaje kobietę zakatarzoną i po uszy zakopaną w biznesowych problemach. Wysłuchał, że potencjalna turystka jest mocno podziębiona i pragnie jednego: doczekać zamknięcia sklepu.

I w zasadzie na tym banalna sytuacja powinna się zakończyć.

Grażyna powoli zbiera się do domu i...? Piotrek „niespodziewanie" wraca z całą domową apteczką: propolis, soczek, miód i coś na „cudowne ocalenie". Wniebowzięta Grażka natychmiast zdrowieje! Ludzie - cud! Bez wahania zapisała się na kolejną wycieczkę i była to Kuba - wyspa, jak wulkan gorąca.

W karaibskim ciepełku anegdotę zanotowałem. Niestety, Piotra już przy tym nie było. A cudowne ocalenie? Piotrze: dziękujemy... pamiętamy i... trzeźwiejemy (On najlepiej w świecie potrafił przyrządzać "napój podróżnika").

Piotr Dudkin zmarł 9 grudnia 2011 r. w szpitalu w Harar, w miejscowości leżącej na wschód od Addis Abeby (Etiopia), będąc w drodze do Rogu Afryki - Dżibuti.

Dosyć daremnych słów. Pokazuję trzydzieści parę (niezwykle zwykłych) zdjęć z Niezwykłym Piotrem w roli głównej, jakie pstryknąłem podczas sześciotygodniowej wyprawy do Indochin odbytej we wrześniu i październiku 2011 roku.

Cóż, niebawem miało się okazać, że towarzyszyłem Piotrowi w ostatniej szczęśliwej eskapadzie.

Piotr ze swoją partnerką - Basią (Indochiny)


Grudzień 2012

Powrót do góry strony

Lektura podróżnicza


O książce, której nie napisałem


Jestem po lekturze rewelacyjnej książki Bartka Sabeli, który zdał relację z podróży, jaką odbyłem dwa lata przed nim!


Przemierzyłem dokładnie ten sam szlak, przebijając się do resztek Morza/Jeziora Aralskiego. Stało się bardzo dobrze. Ograniczyłem się do reportażu z eskapady, a Sabela znakomicie wszystko udokumentował i pomieścił w książce zatytułowanej przewrotnie, acz z nutką (bez)nadziei: MO(r)ŻE WRÓCI.
Na wstępie odpowiedzmy na pytanie kim Bartek Sabela jest? On sam pisze o sobie: „Nie jestem podróżnikiem. (...) Wyjazd do Uzbekistanu był moim pierwszym od wielu, wielu lat wyjazdem niezwiązanym ze wspinaniem”. Łodzianin z urodzenia, po warszawskich fakultetach, zakopiański ceper z wyboru. Architekt i szeroko rozumiany projektant, mocno rozmiłowany w rysunku. I właśnie rysunki są godne zauważenia: szkice przedstawiające sylwetki napotykanych Uzbeków przesądzają o atrakcyjności książki, nadając jej osobisty charakter.
MO(r)ŻE WRÓCI to pozycja wyjątkowa, poza encyklopedycznymi opisami miejsc naznaczonych ekologiczną tragedią, znajdujemy album autorskich fotografii, które odbiegają od podróżniczej sztancy, gdzie wszystko jest cacy podane na tacy. Sabela nie sili się na realistyczne odwzorowanie twarzy Uzbekistanu. Pokazuje fotografie swoiście spatynowane, wyzute z radości, która niejako przynależy do obrazków ukazujących podróżowanie ukierunkowane na poznawanie dalekich i pięknych krain. Po pierwszych kartach lektury można żywić wobec autora złość, podejrzewamy go bowiem o artystyczne efekciarstwo. Doczytanie ostatniego akapitu jednak wszystko wyświetla. Bartek Sabela nie mógł przedstawić kolorowej wizji państwa leżącego na Jedwabnym Szlaku. Kto Uzbekistan widział i podziwiał (tak jest!) nie ma prawa zadowolić się obrazem wielobarwnego Orientu. W przypadku tego państwa fotografia obnażająca katastrofę wywołaną «ludzką arogancją, głupotą i pychą» musi być spatynowana i... spustynniona. Pustynia - zatruta herbicydami i nadmiarem soli nicość, która połyka nurt Amu-darii uniemożliwiając rzece dotarcie do Aralu - jest postsowieckim Bogiem. Oto cała osnowa książki.
Dlaczego zachwycam się dziełem Bartka Sabeli? Nie tylko dlatego, że to laureat: BURSZTYNOWEGO MOTYLA, za najlepszą książkę podróżniczą 2013 roku. Autora podziwiam za wagabundzki upór, doskonale bowiem wiem (na własnym organizmie doświadczywszy), ile poświęcenia wymaga dotarcie do brzegu uciekającego morza.
Sabela - niepodróżnik - moim bratem. Tak jest. Zwłaszcza dlatego, że na wędrowniczej ścieżce napotyka wyłącznie życzliwych (eliminując uzbeckich taksówkarzy) ludzi: Uzbeków, Kazachów, Karkałpaków i Bóg jedyny wie kogo jeszcze. Bartek Sabela - całkiem młody człowiek - jest niedzisiejszy. Dlaczego? Zauważa i docenia ludzi opuszczonych, oszukanych, politycznie złupionych, którzy mimo ekologicznej apokalipsy nie zatracili serdeczności. Nieszczęśnicy pozostawieni sami sobie, zapomniani na peryferiach świata, którzy nic - poza beznadzieją - nie mają. Dosłownie. Podzielą się jednak ostatnim okruszkiem... lepioszki.
Ja tam byłem i tę gorycz piłem. Wielki dzięki Bartku!


Bartek Sabela: Mo(r)że wróci. Bezdroża. Wydawnictwo HELION. Stron 229, cena: 39.90 zł


Marzec 2015


Powrót do góry strony

Lektura nie tylko na lato


Bez kompleksów i z przytupem


Rekomendujemy książkę Mai Sontag - znakomitą lekturę nie tylko na lato...

W radiowym eterze lansuje się głównie byle co. Te wszystkie rozgłośnie, z pakietową muzyką graną z komputerów i histerycznymi reklamami byle czego, skłaniają do życia w ciszy, z dala od radioodbiornika. Radia są już podobne w całym świecie. Makdonaldyzacja eteru. Dlatego trzeba czytać...

Programem, który jeszcze toleruję jest Trójka, choć i tam działa paru redaktorów, których chętnie odesłałbym na milczącą emeryturę. Absolutną gwiazdą rozgłośni jest Michał Nogaś specjalizujący się w książkach. W epoce rugowania papierowego czytelnictwa, za co obwinia się internet, redaktor ów przybliża trójkosłuchaczom pozycje z "najwyższej półki", co czyni z gracją i entuzjazmem. Z zalewu wydawniczego chłamu wyłuskuje pozycje wyjątkowe, zawsze pełnowartościowe. Michał Nogaś jest moim guru w tym względzie. Jeśli idę do Empiku po książkę, to zawsze za jego zachętą.

Dzięki Nogasiowi dowiedziałem się o Mai Sontag, autorce książki: Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy. Nazwisko Sontag zobowiązuje, choć to pewnie przypadek, ale łączenie Mai ze słynną Susan nie jest pozbawione sensu. Obie panie mają zadziorne pióro. Zmarła przed dekadą „ta" Sontag z pewnością nie miałaby nic przeciwko, że ktoś z „jej" nazwiskiem wydaje książkę o niekoniecznie poważnym tytule. Zawsze liczy się wnętrze, w tym przypadku treść i ten, kto w Majubajaniu już się zatopi, nie zatrzyma się aż do "napisów końcowych", którymi autorka wieńczy dzieło. Wszak każdy film w finale ma napisy, a Majubaju jest takim właśnie kinem. Znakomitym. Porywającym. Kolorowym. Od tytułu po The (Happy) End. Zawiera mieszankę wszystkich kinowych stylów. Na seansie Mai można sobie popłakać i pozrywać boki. Jakim cudem? Przytoczmy notkę Michała Nogasia: Po przeczytaniu tej książki będą mieli Państwo tylko jedno marzenie: być jak Maja Sontag. Człowiekiem odważnym, inteligentnym, ale także szalonym, pokręconym i szybkim jak strzała. Z kolei właścicielka urzekającego głosu - Krystyna Czubówna napisała: Żaden „przeczytany" film nie zbliżył mnie do opisywanych miejsc tak jak wędrówka z Mają po kartkach jej książki. Ta podróż mogłaby się dla mnie nie kończyć.
Zabawna jest notka Szymona Majewskiego: Mam sto dziewięćdziesiąt centymetrów i wiem, co znaczy podróżować z takim wzrostem po Boliwii czy Peru. Biegną za tobą dzieci, wytykając palcami, a w lesie jesteś łatwym celem dla tygrysa. Dlatego jestem pełen podziwu dla Mai Sontag, która, mając sto dziewięćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, wybrała się w wymarzoną podróż dookoła świata. Taka dziewczyna, odwiedzając kraje, gdzie najwyższy mężczyzna sięga jej do pępka, musi być obdarzona odwagą i poczuciem humoru. Trzecia rzecz to zmysł obserwacji. Z takiej wysokości widzi się świat lepiej i ciekawiej. Jest się takim podróżującym bocianim gniazdem. Szybciej wiesz, gdzie ląd i z której strony atakują. Ta książka to świetna zabawa dla tych, którzy podróżują na kanapie. Otwierasz książkę i zwiedzasz świat na plecach Mai. Jest dowcipnie i mądrze. Daj się wziąć Mai na barana!

Ciekawostka z pytajnikiem: jakim sposobem nieznana nikomu wcześniej sądeczanka zdobyła recenzje celebrytów? Bez wątpienia Krystyna Czubówna jest kimś mocno rozpoznawalnym. W którymś z wywiadów Maja wyznaje: a dlaczego miałaby odmówić skoro w telewizji, tym swoim pięknym głosem, tyle mi naoopowiadała o tygrysach, żyrafach i dalekim świecie?

Już wiemy o czym Majubajanie jest. Porywającą relacją z osiemnastomiesięcznej podróży dookoła świata (24 kraje!) odbytej głównie w pojedynkę. Wszystko zaczęło się od bloga, który rozszerzył się do opasłej książki. Za przeniesieniem luźnych zapisków na kartki poważnej pozycji wydawniczej stoi pewnie błogosławieństwo Michała Nogasia. No bo jak interpretować wyznanie Mai na profilu FB: "Bez Trójki i Michała Nogasia to wszystko by się nie wydarzyło, dlatego jeśli miałabym jak na Oscarach pięć sekund i możliwość podziękowania tylko trzem osobom, to byłby to Michał Nogaś, Michał Nogaś i Michał Nogaś".

Kim jest Maja Sontag, nasza polska Sontag? Niech odpowie ona sama: Na pewno nie jestem pisarką. Byłam parę tygodni temu u Jarosława Kuźniara, na żółtym pasku TVN24 zobaczyłam - „Maja Sontag, pisarka". Nakryłam się nogami. Czy kucharz, który napisze książkę kucharską, jest pisarzem? Nie. I tak samo jest z blogowaniem. To jest książka blogowa.

A więc mamy do czynienia ze skromną sądeczanką, która wybrała się w daleki świat, i na kolejnych stronicach Majubajania ową skromność pięknie widać. Skromną, co nie znaczy nieprzebojową, bo Maja Sontag swoją energią mogłaby obdzielić parę autokarów wypełnionych stonką turystyczną. Wiele sił poświęca na unikanie wytartych szlaków, by zapędzić się w dzicz, choć i tam dostrzega ludzi i ich dobroć. W wyniku zdobytych doświadczeń twierdzi teraz, że 99% ludzi w świecie jest dobrych. Podróżowanie Mai Sontag to tropienie drugiego człowieka zagubionego na peryferiach Ziemi. Przy okazji niejako „zalicza" z turystycznym tłumem cuda świata w rodzaju Machu Picchu. Zniesmaczona stadnym zwiedzaniem, inaczej już podchodzi do innego cudu, a mianowicie zespołu świątyń w Angkor w Kambodży, co miało miejsce w końcówce podróży, a więc po mocnym zahartowaniu. Potrafiła te cuda zobaczyć w swoim niepowtarzalnym stylu. Niejako od plebanii, od miejsc mniej uczęszczanych, a jeżeli już znalazła się w odkarczowanym i dostrojonym do potrzeb leniwych turystów Angkor Watt i tak nie poszła za tłumem.

Czy można wytrzymać w osiemnastomiesięcznej podróży? Nie jest łatwo, naszą globtrotterkę ratowały „konwoje humanitarne" a w nich... kabanosy i krówki. Polskie dobra przywożone przez kolejnych towarzyszy podróży, którzy do Mai dołączali. Wzruszający jest moment wspólnego zwiedzania z mamą Brazylii.

Czego można w takiej podróży się nauczyć? Maja nauczyła się prosić o pomoc i tę pomoc zawsze dostawała. Zaskakujące? Nie, bo ludzie są przecież dobrzy...
Maja Sontag przekonuje: Podróżowanie "po bandzie" smakuje najlepiej. Podróżowanie jest ważne, ale ważne są powroty. Lubię życie nasze europejskie i polskie.

Czy Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy jest wielką literaturą? Dla wyrafinowanych czytelników może i nie, ale skoro stoi za tym sam Michał Nogaś, coś musi być na rzeczy. A zresztą kicham na tych, którym Majubaju nie podejdzie i skwituję popularnym powiedzeniem, które Maja również przytacza: Jeden lubi wąchać róże, drugi woli piwo duże.

W hostelach za 5-7$/doba, gdzieś w Kuala Lumpur, Luang Prabang czy Ułan Bator, widywałem samotnych wędrowców, objeżdżających świat w stylu Mai, pochylonych wieczorami nad monitorami laptopów. Może i oni wyklikiwali swoje bajanie o szerokim świecie? Zazdrościłem im wtedy, że moja włóczęga przypadła na stare lata. Sorry, taki mieliśmy klimat. Zdecydowanie nieturystyczny. Dopiero od niedawna świat nam się otworzył.

Maja Sontag daje młodym Polakom przykład, jak zwyciężać mamy. Bez kompleksów i z przytupem. Nie chciano jej wierzyć, że jest samotnie podróżującą Polką i brano za Francuzkę lub Holenderkę. Bo w takim Peru czy w Wietnamie Holland i Poland to to samo przecież. Daleka Europa.

Marzę żeby takie blogi dominowały w internetowym wysypisku.

Maja Sontag - Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy; Wydawnictwo Pascal; data premiery: 2014-04-02


Lipiec 2014


Powrót do góry strony

Sylwetka


Dudkin Travel



Poznałem globtroterów będących w podróży non stop, którzy z domu wybyli przed siedmiu laty i nie chcą, a może i nie potrafią już powrócić.

Latem włóczą się po półkuli północnej, a pod jesień ściągają w okolice Równika. W gwarantowanym ciepełku ładują akumulatory na dalsze wojaże. Część z nich zatrudnia się by mieć na skromny globtrotterski chleb. Niektórym spokojnie wystarcza comiesięczny dochód za wynajem mieszkania pozostawionego w Londynie, Nowym Jorku lub Tel Avivie. Inni jeszcze muszą zadowolić się groszem przysyłanym przez tęskniących rodziców.

Na szczęście życie w Azji i Afryce jest wciąż tanie. Świat można zwiedzać na wiele sposobów. Podróżuje się z full wypasem czyli "na bogato" (to dla nich Knorr wymyślił taaaki kubek) i skromniej, na przeciętną kieszeń. Można szukać miejsc, gdzie z niedużymi pieniędzmi zobaczymy równie wiele, jeśli nie więcej. Za mniejszą kasę zasmakujemy zdecydowanie prawdziwszego życia tubylców. Pojemy to co i oni, popijemy, przyjrzymy się z bliska, jak naprawdę żyją ludzie. Widok z Hiltonów, gdzie nigdy nie otwierają się okna, to świat odrealniony.

Niezafałszowany sposób zdobywania świata oferuje "firma" Dudkin Travel. Zastosowałem cudzysłów rozmyślnie, nie zamierzam bowiem narażać Piotra na nalot fiskusa, wszak nic na tym nie zarabia! Dudkin jest postacią w Brzegu powszechnie znaną, by nie rzec - kultową. Przez lata zaktywizował turystycznie ponad 1000 osób i dochował się nawet stałej, czterdziestoosobowej grupy, która jeździ z nim prawie zawsze.

Jakie strony świata Dudkin Travel preferuje? Wszystkie - brzmi odpowiedź. Łatwiej byłoby wymienić pojedyncze państwa w których Dudkinowa stopa nie stanęła. Dzięki obserwacji uczestniczącej dane mi był poznać tajniki turystycznej kuchni Piotra. Po raz kolejny zostałem włączony do grupy trampów, których Dudkin Travel w sześć tygodni poprowadził przez sześć państw: Singapur, Malezję, Tajlandię, Kambodżę, Laos i Wietnam.
Lądowanie w Singapurze było o tyle historyczne, że Piotr znalazł się tam po raz pierwszy i był to jego 91. kraj w koronie świata! Już za parę dni miał się znaleźć w dziewięćdziesiątym drugim, czyli w Malezji. Czy to są jakieś liczby powalające? Może nie, bo przed Piotrem jeszcze setka państw do zwiedzenia. Obecnie spotkać go można w Rogu Afryki, wybył bowiem w pojedynkę do Dżibuti.

Do wyobraźni może przemówić liczba 170. Tyle razy Piotr był na... Węgrzech. Właśnie od najbliższych sąsiadów rozpoczął włóczykijstwo i już nie zamierza się zatrzymać. Na swoim organizmie odczuwam, że jest to zaraźliwe. Z biedą przekraczam liczbę sześdziesięciu zwiedzonych krajów (uwzględniając NRD) i szans dogonienia Mistrza już nie widzę.

Piotr porusza się po świecie nieznanym w takim stylu, jakby tam już był po wielokroć. Przykładem odhumanizowane meandry super miasta-państwa Singapur oraz skomplikowana topograficznie stolica Malezji - Kuala Lumpur. Czuł się tam, jak ryba w wodzie i nigdy nie zabłądził! Orientacja w przestrzeni zdumiewająca. Jakby ten skromny człowiek z małego miasteczka, z przydomowym ogrodem z pasieką i ziołami, urodził się i od zawsze żył w labiryntach megapolis.


Dudkin Travel metodycznie trafia do celu. Takie motto spokojnie może wyróżniać "firmę" DT.

Dudkin jest podróżującą empatią. Potrafi dopędzić biedę! Ot, typowa scenka, tym razem z tajlandzkiego miasta Hatyai. Po jezdni pomiędzy skuterami zasuwa bosonogi malec, Piotr bez chwili zastanowienia rzuca się w "pościg", dopada dzieciaka i obdarowuje go słodyczami. Po czym oddala się nie oczekując podziękowań, zostawia zakłopotanego Taja samemu sobie. To zaledwie epizod, ale jakżeż wymowny.

Dudkinowi nie wystarczy ufać, jemu trzeba się poddać i broń Boże nie wpływać na program, plan działania opracowany skrupulatnie w domu na Słonecznej. Zyskujemy gwarancję, że zobaczymy maksymalnie dużo, więcej niż oczekujemy.

Nie znam lepszego ambasadora Brzegu w świecie. Zrozumielibyście, gdybyście zobaczyli Piotra w akcji rozsławiania naszego miasta, kiedy w rożnych sytuacjach rozdaje reklamowe gadżety, drobnostki zebrane w wydziałach promocji miasta i powiatu. Dziwne, że Dudkinowi dotąd nie zaoferowano choćby ćwiartki etatu w tych biurach. Wiele do zawdzięczenia mają też mu brzeskie Cukierki.

Kończąc z serca płynący panegiryk, muszę przypomnieć, że Dudkinowe wojaże zostały precyzyjnie udokumentowane w setce tradycyjnych albumów. Materiały te oczekują na porządnego biografa.
Teraz już wiem, że za Piotrkowym wstawiennictwem - Laos, Wietnam, Malezja i setka innych państw na Polskę nie napadną.


Grudzień 2011

Powrót do góry strony

Zanotowane po przebudzeniu


Śnił się McCluskey



Mr McCluskey popadł w ciężką depresję. Dobijający 60-tki, samotnie mieszkający mężczyzna, do reszty odciął się od znajomych i świata. Ceniony biurokrata, regularnie nagradzany, perfekcyjny w każdym calu. Życie osobiste pozostaje tajemnicą. Jakiś syn, już urządzony za wielką wodą, z rzadka do ojca dzwoniący. Ot, rodzinna więź bez więzi po angielsku. Kobiety? Pewnie jakieś były, jedna z pewnością, no bo skąd ten nieczęsto dzwoniący syn?

Urządzony materialnie, w garażu nietanie samochody: czarny Mercedes klasy CLS i mini Austin ze składanym dachem w perłowym kolorze orzecha cedru. Ów lakier to cała legenda. Wyszukany na specjalne zamówienie klienta. McCluskey autkiem tym udał się na przejażdżkę ze trzy razy. Po regularnych przeglądach stało zadbane i czekało na piękną pogodę. Austin, ech - wyśnione w dzieciństwie marzenie.

W domu mnóstwo gadżetów, sporo dobrych płyt, doskonały sprzęt Live AirPlay, wiele białych kruków wyszperanych w antykwariatach. Nigdy nie zgłębimy, co McCluskey'ego wpędziło w beznadzieję, której obiektywnie rzecz oceniając bohater nasz przeżywać nie powinien. Przecież zawsze był zdrowym mężczyzną. Może nie typowym okazem wysportowanego 60-latka, z minimalną nadwagą, ale facetem, który nie przesadza, a raczej nie zadręcza organizmu joggingami, wczesnorannymi basenami czy jazdami na rowerze.
Poglądy polityczne umiarkowane. Ani za, ani przeciw. Ot, obywatel prorządowy, ufny w działania premiera i wierny poddany Królowej. W sumie bezbarwna postać, raczej nudna niż ciekawa, człowiek, któremu na drodze stanąć może rak raczej aniżeli głęboki dół psychiczny. Dolegliwość, która na parę miesięcy wyłącza z zawodowego życia. Jest coś jeszcze. McCluskey udał się, owszem, po pomoc do psychoanalityka, ale wyłącznie po zwolnienie z pracy. Nigdy nie dowiemy się, dlaczego lekarz wystawił dokument i dlaczego podjętej decyzji nie uwarunkował jakąś terapią. Wiemy tylko, że McCluskey nie brał żadnych prochów ani nie musiał zgłaszać się na kontrolne wizyty.

Minęły grubo ponad dwa miesiące nieróbstwa przy całodobowym zaciemnieniu.
Znajomi z pracy rozumieli, że człowiek przeżywa załamanie, ale nie byli nachalni. Znali się raczej dobrze, wiedzieli wszystko o życiowym ułożeniu kolegi i nie zamartwiali się, co dalej z nim będzie. Zresztą, jak to w stechnicyzowanym świecie: od cudzego życia - moja chata z kraja.

McCluskey'ego nie interesowało nic. Odciął się od spraw, którymi dotąd żył, czyli przeróżnych biurokratycznych regulacji usprawniających codzienne życie współobywateli. Za szczelnie zapuszczonymi roletami o niczym w zasadzie nie rozmyślał, można by rzec - wegetował.

W dziewiątym tygodniu zawodowej absencji wreszcie odwiedził go pierwszy człowiek, kolega zza biurka. Ale to nie tak, że w domowej samotni z nikim się nie widywał. Jednakże za kogoś bliskiego nie mogła robić portugalska gosposia, która dwa razy w tygodniu pojawiała się z podstawowymi sprawunkami. Każdorazowo sprawnie sprzątała całe mieszkanie. Poza grzecznościowymi powitaniami nie wymieniali ze sobą żadnych myśli, a zresztą, jak tu rozmawiać, kiedy jedna strona nie zna angielskiego, a druga portugalskiego? Wtapiając się w damsko-męskie szczegóły dziewczyna nie mieściła się w guście podstarzałego Anglika, a z drugiej strony była kobietą w jakimś sensie nieobecną. Prawdopodobnie zagryzała się problemami wielodzietnej familii żyjącej w zabitej dechami wioseczce nieopodal Figueria da Foz. A więc ten jedyny gość przybył z jakąś propozycją. Jak to w snach bywa, nigdy nie poznamy szczegółów. W każdym bądź razie musiał złożyć ofertę niesamowitą, bowiem już nazajutrz McCluskey zjawił się w biurze. Jak gdyby nic. Punktualnie, porządnie ogolony, nienagannie ubrany i skropiony dobrą perfumą. Jedyną zauważalną różnicą był nieco wydatniejszy fałd brzuszny. Nikt niczemu się nie dziwił i tym bardziej o nic nie pytał. Nasz bohater ostro zabrał się do roboty. Terminy były napięte i regulacje, nad którymi zespół pracował, musiały być przekazane agendzie rządowej w przeciągu 90 dni.

Czas upłynął na urzędniczej orce: szukaniu przepisów, uzgadnianiu setek szczegółów, przekopywaniu się poprzez stosy papierów. Wszystko jednak poszło gładko i bez jakiejkolwiek zwłoki instrukcja dostosowująca angielskie regulacje do unijnych norm powstała. Nikt z ambitnego zespołu nie miał wątpliwości, że to zasługa doświadczonego kolegi, który nie zważając na lekarskie zwolnienie zgodził się wesprzeć kolektyw. Kiedy wszyscy odebrali należne gratulacje i w poczuciu spełnienia rozeszli się do swoich domów, nikt nie zainteresował się, co dalej z McCluskey'im. Sen tego szczegółu również nie rozświetla. Tym bardziej, że „akcja" urywa się nagle.

Odsłona druga. (Po odwróceniu się na lewy, niewyleżały bok.).

Widzimy McCluskey'ego, jak w niemodnych slipach płynie w brudnawej rzeczce, wijącej się romantycznie pomiędzy wrzosowiskami. Nie wiem dlaczego, ale coś podszeptuje, że rzeczułka jest bliźniaczką mazurskiej Krutyni. Choć podobieństwo żadne, musimy w to uwierzyć, bo przecież sny rządzą się regułami specjalnymi.

W banalnej scence nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie ekipa filmowców. Ci, w stylu Big Brothera, rejestrują zmagania McCluskey'ego z wartkim nurtem. W tle narrator opowiada o nudnym życiu filmowanego człowieka. O jego synu urządzonym w USA i prawie nieużywanych samochodach. Wylicza nawet niesamowite tytuły, które Portugalka dwa razy w tygodniu starannie odkurza.

Mija jakiś czas i nasz bohater dopływa do celu, którym jest zapiaszczona delta rzeczułki uchodzącej do Irish Sea w rejonie Southport. Jest to płycizna uniemożliwiająca dotarcie do Atlantyku wpław. Mr McCluskey musi stanąć na nogach i przejść do słonej wody chybotliwym krokiem, typowym dla umęczonego pływaka wydobywającego się na suchy ląd. I tak się dzieje. Płynnie (inny przymiotnik nie znajduje zastosowania) ląduje w morskiej otchłani. Długo nie może płynąć, najpierw brodzi po kolana i w końcu się zanurza, widać tylko głowę, która ostatecznie przepada za kolejną falą.

Co dalej z naszym bohaterem, w zasadzie nie wiadomo. Rozpływa się, jak na kiepskim filmie klasy B, gdzieś na horyzoncie. Brakuje tylko końcowych napisów, filmowej listy płac ciągnącej się na tle smętnej muzyczki. Ot, kinowe zakończenie.

Historia kończy się mało optymistycznym komunikatem spikera, który beznamiętnym głosem objawia: „McCluskey, któremu towarzyszyliśmy podczas zmagań z nurtem Krutyni, poszedł na dno...".


The End

Kiedy wybudziłem się na dobre natychmiast wszystko zapisałem.

Już zupełnie otrzeźwiały zastanawiam się nad głębią przyśnionego snu oraz jego symboliką. I co? Nic, pustka. Jedyne, co mi się nasuwa, to... pro państwowość. Tak. Mr McCluskey był angielskim patriotą.

Po kolejnych, dobrze przespanych nocach, myślę sobie, że człowiek ze snu i tak był szczęściarzem. Nie urodził się mianowicie w kraju, który ma dostęp do Bałtyku.


Posłowie

Dosłownie niedawno obejrzałem w telewizorze, bodajże po raz drugi, „Ojca Chrzestnego" (The Godfather) Francisa Forda Coppoli. W filmie jednym z czarnych charakterów jest oficer policji... McCluskey! Uwierzcie, w przyśnionym śnie, ani nigdy po nim, tego nie uświadamiałem. Zbieżność nazwisk przypadkowa.


Brzeg/Szprotawa 14 maja 2011 r.

Powrót do góry strony

Miłe spotkanie


U Pana Boga pod Brzegiem



Niedawno poznałem Krzysztofa Dziermę i w jego towarzystwie spędziłem parę miłych chwil. To niezawodowy aktor, który popularność zdobył dzięki roli księdza proboszcza Antoniego w Królowym Moście.

W „cywilu” p. Krzysztof jest cenionym kompozytorem muzyki teatralnej i współpracuje z Białostockim Teatrem Lalek oraz innymi scenami. Rola księdza Antoniego, w trylogii filmów wyreżyserowanych przez Jacka Bromskiego: U Pana Boga za piecem (1998), U Pana Boga w ogródku (2007) i U Pana Boga za miedzą (2009), przysporzyła mu niemałej sławy. Mimowolnie stał się pierwowzorem filmowych księży, którzy brylują w co drugim tasiemcu telewizyjnym.

Zapanowała przecież moda na seriale typu „Plebania” i „Ojciec Mateusz”, w których podziwiamy domorosłych Sherlocków Holmesów i bystrych mentorów odzianych w sutanny.
Podejrzewam, że produkcja telewizyjna, niezawierająca choćby epizodu z osobą duchowną, nie ma szans na emisję. A o „misyjnej” dotacji z kasy państwa nie ma co marzyć. Prawie, jak za komuny: dziełem bezideowym stawał się film, w którym nie grał kryształowy bonza z jedynie słusznej partii. Wysyp seriali z księżmi to, niestety, kiepskie kalki, odgapienie pierwszego filmu z tryptyku, czyli „U Pana Boga za piecem”, i sequel włoskiej telenoweli „Don Matteo”. Czy ktoś tego chce, czy nie, to Jacek Bromski był pierwszy i chapeau bas! Po naszemu: mohery zgłów!

Na czym zasadza się oryginalność pomysłu trylogii „U Pana Boga za…”? Na pokazaniu prawdziwej prawdy, że pozwolę sobie sparafrazować klasyka (tego od „oczywistej oczywistości”). Dopytywałem kiedyś kumpla Aleksieja o klimaty podlaskie. Jako, że nie dane mi było odwiedzenie tego zakątka Polski, chciałem wiedzieć, jak na Białostocczyźnie ludziom się żyje. Ów kolega, prawnik po renomowanej uczelni, przykuwał uwagę charakterystycznym zaśpiewem w mowie. Na początku znajomości ironizował, że skoro nie znam swojego języka żaden ze mnie Ślązak, bo przecież rozmawiam „po polsku”.

Właśnie Aleksiej, pozytywnie zakręcony patriota lokalny, wolny od wstydu posługiwania się regionalną gwarą (z białostockim zaśpiewem wręcz się obnosił), zaproponował mi obejrzenie filmu Jacka Bromskiego, który rzekomo oddaje rzeczywisty obraz Podlasia. Cóż, nie znałem wtedy jeszcze innych białostockich Krzysztofów: Putry z mega wąsami i Kononowicza z jego „co-sie-stało-sie”, którzy obraz Białegostoku dopełniają.

Krzysztof Dzierma, jako ksiądz proboszcz Antoni, gra… Krzysztofa Dziermę! W realu jest taki sam. Bynajmniej nie ironizuję, a prawię komplementy. Antoni (lub Krzysztof) to człowiek pełen ciepła, życzliwy wobec wszystkich, ale i bardzo wymagający, zarazem sprawiedliwy i zdroworozsądkowy. W prosty sposób łączy sacrum z profanum, za co swoje zapłacił, nigdy mianowicie nie awansował i już na zawsze został zwykłym proboszczem. Tak ma wyglądać dusza każdego mądrego Podlasianina. Choć są wyjątki od reguły, ot, niektórzy przecież dekorują twarz obciachowymi wąsiskami.

I w ten oto sposób rozjaśnił się tytuł dzisiejszych wynurzeń. Pod Brzegiem miało być równie sielsko-anielsko, a nie jest. Wiem dlaczego. Zabrakło księdza proboszcza Antoniego. Wyrobione przeze mnie chody na niewiele się zdadzą. Pan Krzysztof Dzierma zawiesił aktorstwo i znowu komponuje dla teatru.


Zapędziłem się w przeciwległy kraniec naszego pięknego kraju z paru powodów. Mówiąc szczerze chciałbym żyć w tak sielskim miejscu, jakim jest Królowy Most. Ludzie tamtejsi dość skutecznie tępią wszelkie draństwo. Ktoś pociąga za niewidzialne sznureczki (Antoni), by ktoś drugi mógł zaprowadzić (niekiedy radykalnie) ład i porządek. Choć to Wschód, metody niekiedy takie, jak na Dzikim Zachodzie.

Ziemia Brzeska, tak jak i Podlasie, leży daleko od ministerialnych urzędów. Powinniśmy sami zadbać o siebie, wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za nasz Królowy Most. Niestety, wieści z najbliższej okolicy w temacie mostów są zdecydowanie zasmucające. U nas mostów nie buduje się wcale, ba, burzy się je, niechby tylko metaforycznie. No bo, jak należy traktować którąś tam wojnę brzesko-skarbimierską? Bój, który w scenach batalistycznych można przedstawić, jako szarpaninę wedle remizy. O co? O akty zgonów i urodzin…

Antoni/Krzysztof zrzucił sutannę i jest bardzo zajęty, dużo komponuje, a ostatnio naucza studentów. Wierzę jednak, że dobry Pan Bóg jeszcze nas nie opuścił i pozwoli Krzysztofowi vel Antoniemu wychować filmowca, który kiedyś przyjedzie w tutejsze strony nakręcić ckliwy film o dobrych i zgodliwych ludziach, których u nas przecież nie brakuje. Amen.


Łódź - 26 marca 2010


Powrót do góry strony

Rosyjskie śpiewanie


Szansa w szansonie


Już parokrotnie pisałem o szansonie - popularnych piosenkach słuchanych przez zwykłych Rosjan. Dosyć niecodziennej u nas tematyce poświeciłem kilka tekstów, mniej lub bardziej zauważonych.
W międzyczasie w Jeniseju spłynęło mnóstwo wody, a ja wciąż nie wyleczyłem się z nabytej na Wschodzie muzycznej gorączki, nie mogę wyjść z zakręcenia, które dla przypatrujących się z boku wygląda trochę na dziwactwo, odmienność, która z kolei rusofobom jawi się, jako niebezpieczny zajob. Chcąc przywołać niejakie pokrewieństwo tej muzyczki z Januszem Laskowskim, pierwszy tekst zatytułowałem "Nie tylko o Beacie" (tej z Albatrosa). Ale był to trop błędny, dziś usprawiedliwiony nieotrzaskaniem w szansonowych klimatach. Rosyjski szanson z polskim disco-polo zupełnie się nie ima. I nawet p. Janusz odbił od nurtu w którym bywał lokalizowany, stając się ikoną samą w sobie. Przyznawać się dzisiaj, że lubi się tego wykonawcę to już na szczęście nie nieszczęście, nie wioska i nie tryumfujące bezguście.
Swego czasu przywołałem kultowego artystę gatunku - Michaiła Kruga, pieśniarza zarekomendowanego przez psychoterapeutkę Anastazję, współpasażerkę kolei transsyberskiej z którą przez bite trzy doby podróżowałem na trasie: Krasnojarsk - Gusiewe Oziero. W takich warunkach trzeba czymś wypełnić czas a rozmowa o „niczym" jest wypełniaczem idealnym. Wedle Anastazji poznanie duszy rosyjskiej wiedzie właśnie przez szanson, tenże opisuje codzienne życie barwnie i przejrzyście. Moja rozmówczyni właśnie Michaiła Kruga uznała za wykwit opisywanego gatunku. To wystarczyło, że całe miesiące nikogo poza nim nie słuchałem, ku utrapieniu najbliższych zakrugowałem się na amen. Dzisiaj artysta ów wciąż jest bardzo ważny, ale trochę spowszedniał. No bo ileż można słuchać tych samych piosenek (mam ich 112!)? Od paru lat Michaił już nie żyje (zastrzelony w tajemniczych okolicznościach, z kosztownościami przy sobie i nieograbiony) i trudno się dziwić, że jego miejsce zajęła plejada wykonawców równie zdolnych. Mam swoje typy i poznałem ich całą gromadę. Wbrew teoriom spiskowym nie wierzę, że za „ubijstwo Kruga" odpowiada któryś z mniej zdolnych i zawistnych następców. To jakaś wierutna bzdura, bowiem niemalże każdy z nich w różnoraki sposób akcentuje swoje uznanie dla talentu zmarłego.
Momentami zastanawiam się po co mi ta cała szansonowa zadyma? Wciąż nie znajduję dobrej odpowiedzi, ale dość szybko przychodzi otrzeźwienie. W sytuacji, kiedy mamy po parę setek głupawych kanałów satelitarnych, a abonamentowa TV łże wredniej od wrednej komuny, człowiek nie ma wyjścia i musi wybrać coś, co go ukoi. I tym jest rosyjski szanson, czyli prostota: nieskomplikowana linia melodyczna, poetyckie słowa (w Rosji teksty wciąż piszą poeci!), porządny aranż; piosenki profesjonalnie zagrane i zaśpiewane. To coś, przy czym się człowiek pogiba, popłacze, pośmieje i powzrusza. W dwóch słowach: duszewa muzyka...

Mój dekoder TV „n" jest nastawiony głównie na jeden kanał: Salute - Szanson TB 102,4 www.shanson.tv . Czego tam nie pokazują?! Sale i stadiony wypełnione rozbawioną publiką. Już wiem, dlaczego Maryla Rodowicz z takim sentymentem wspomina koncertowe trasy odbywane w b. ZSRR. Tam frekwencja jest nieodmiennie imponująca. Raz do roku organizuje się koncert "Szanson Goda", który tradycyjnie gości w jednej z sal Kremla. Koncentruje on największe gwiazdy gatunku. Sporym zainteresowaniem cieszą się imprezy pn. Ech! Razgulay! (Ech! Roztańcz!). Odbywają się też wielkie koncerty „Pamięci Michaiła Kruga" podczas których promuje się młodych szansonistów. Tradycję dobrego szansonu stara się kontynuować jego była żona Irina. 
Pośród wielu znakomitości ostatnio zwróciłem uwagę na następujące nazwiska: Lubov Uspienskaya, Stas Mihailov, Аndrey Kаrаt, Oleg Szak i Аndrej Bandera. Długi czas moją faworytką była Vika Cyganova, urocza kobieta z ogromnym talentem. Porzuciłem Vikę dla pięknej damy z klasą, zadającej na scenie szyku, którą jest Katerina Golicyna, śpiewająca: "dikaja jabłonia sładkich jabłok nie dajot" - taki poetycki banał, który kojarzę (nie wiem sam dlaczego) z kluczowym kandydatem na prezydenta. Analitykom z kudłatą wyobraźnią fraza owa może wydać się międzynarodowym skandalem i prowokacją, dorównującą niemieckim kartoflom. Ależ co za finezja? Prawda? Ktoś mógłby pomyśleć, że promując ruski szanson coś sobie załatwiam, wyrabiam jakieś przody przed kolejną wyprawą na Wschód. Nie wiem, może tak, może...
60-latkowie z Australii z AC/DC, którzy niedawno zagrali w Polsce, zgromadzili na Bemowie 65 000 narodu. Jednakże w swojej karierze największy koncert dali w Moskwie, gdzie jednocześnie pojawiło się 2 mln fanów! Taka jest Rosja: przede wszystkim nieprzewidywalna. Żal, że Polacy za przywódców wybierają rusofobów, niekoniecznie też dobrze, że ze strony Rosji widzimy wyłącznie zagrożenie. Zamiast pogrzebać w głębi duszy pielęgnujemy durne kompleksy. Dajemy sobie wmówić, że tylko amerykańskie patrioty nas zbawią, nawet te nieuzbrojone. Posłuchajmy szansonu - złagodniejemy.


Czerwiec 2010


Powrót do góry strony

Festiwal Kultury Żydowskiej


Szalom w Lubartowie i w...



Na krakowskim Kazimierzu corocznie odbywa się Festiwal Kultury Żydowskiej. Na przełomie czerwca i lipca miała miejsce edycja XX-ta jubileuszowa.

Z pewnością jest to największe tego typu przedsięwzięcie na świecie. Impreza gromadzi wykonawców z półki najwyższej i w estetyce artystycznej tak zaskakujących, że każdy uczestnik znajdzie coś dla siebie. Mamy do czynienia z dziełem imponującym, które trwa całe dwa tygodnie. Najważniejsze są dni końcowe, kiedy odbywa się koncert finałowy „Szalom na Szerokiej". Wydarzenie ze wszech miar godne uwagi, ponad siedmiogodzinny maraton z muzyką żydowską. Grają artyści z całego świata. W tym roku pośród innymi oklaskiwano Żydów kurdyjskich i kubańskich. Tak, to nie pomyłka.

O całość troszczy się niestrudzony dyrektor festiwalu Janusz Makuch, który w tylko dla siebie wiadomy sposób owo gigantyczne wydarzenie spina. Odbierający nagrodę specjalną, prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, powiedział, że popieranie produktu doskonałego nie jest żadną zasługą, ba, to obowiązek i przyjemność.

Kultura żydowska w Polsce ma tradycję tysiącletnią i czujmy się wyróżnieni, że nasz kraj stanowi ostoję dla festiwalu obrosłego już legendą. Bawiąc się na tej imprezie rozmyślam o miejscach niegdyś przez Żydów zamieszkałych, które dzisiaj już są niemal wyłącznie siedliskiem Polaków. Na Kazimierzu spotykają się Żydzi z całego świata, z miejsc tak nieprawdopodobnych, że człowiek zadaje sobie pytanie: co to wszystko z Polską ma wspólnego? Jak u artystów z Kurdystanu, Ukrainy, Izraela, Węgier, Ukrainy, USA doszukać się klimatów znad Wisły, Wieprza i Bugu? Czy to przypadek, że nasz kraj został wybrany na wielkie święto kultury żydowskiej? Odpowiedź jest jedna. Przypadków nie ma. Polska, tradycyjnie tolerancyjne państwo, a ściślej król Bolesław Krzywousty, dało schronienie wiecznym tułaczom, którzy potem przez wieki obok nas wiedli pokojowe życie. Z tolerancją w rożnych okresach bywało różnie, ale przy okazji „festiwalowego” felietonu nie czas na rozpamiętywanie tych ponurych faktów.

Zapytacie: a co prowincjonalny Lubartów ma do światowego festiwalu? Tak, pytanie niełatwe. Odpowiedź można znaleźć w bycie ulotnym, jakim jest muzyka. Dźwięki żydowskie, mimo skocznych rytmów, klaskania i manifestowania radości, a więc w tej muzyczce pobrzmiewa smutek, żal i nostalgia. Wrażliwszy człowiek usłyszy też gorycz i strach. Tak. Właśnie strach. Jeśli nawet przesadzam, to na wyłączną odpowiedzialność. W wyobraźni słyszę przerażenie Racheli i Jeshuy z Lubartowa, których wygnano z bieda-sklepiku i wraz z ich dziećmi zagnano do pobliskiego Koncentration Lager. Nie ważne czy wybrzmiewa pieśń Kurda - człowieka bez swojego państwa, czy kubańska gorąca salsa grana przez rdzennych Kubańczyków wspieranych przez korzennych muzyków żydowskich. Bongosy, conga, clave i inne przeszkadzajki idealnie współbrzmią z klarnetem, akordeonem i skrzypcami - instrumentami wykorzystywanymi na żydowski sposób.

I znowu wracam do retorycznego pytania: a co to ma wspólnego z Polską - Lublinem, Leżajskiem, Lubartowem czy Biłgorajem? A no ma. W niejednej nucie pobrzmiewają klimaty, które nas otaczają, a których w zwykłości życia nie dosłyszymy. Wystarczy odsłonić uszy i zamknąć oczy. Jesteśmy dokładnie tacy, jak ziemia, z której wyrastamy. Nikt nie zakwestionuje historycznego faktu, że przez setki lat na terenie Polski zamieszkiwało 80 procent światowego żydostwa. Skoro tak, to statystycznie rzecz ujmując, każdy Żyd jest związany z polską ziemią. By ów fakt z ludzkiej świadomości wykorzenić trzebaby kolejnego tysiąclecia i opętanego wodza, który przewodziłby zbrodniczej Rzeszy. Czy jesteśmy w stanie wyprzeć coś, co od nas jest nieodłączne? Spójrzmy prawdzie w oczy i przyznajmy: to przecież pytanie niemądre.

Dzisiaj na Majdanku spotykamy grupy Izraelczyków, dzieci "zalogowanych" na turystyczny bez-uśmiech i bez-radość. Młodych ludzi z narodowymi flagami Izraela. Oto uczestnicy obowiązkowych lekcji dla wkraczających w dorosłe życie Żydów, odbywający wycieczkę w przeszłość, do cieni praprzodków, do prochów usypanych w Mauzoleum, w gigantycznym popielniku wypełnionym po brzegi, gdzie na krawędzi kopuły widnieje dramatyczne memento: LOS NASZ DLA WAS PRZESTROGĄ…

Ale zostało tam trochę miejsca, to miejsce na muzykę. Muzykę życia na Szerokiej. Szalom!


Lipiec 2010


Powrót do góry strony

Drogowy fenomen


Via Pępicka


Najstarszą drogą rzymską jest Via Appia Antica. Budowę jej zarządził polityk, cenzor i pisarz Appiusz Klaudiusz Caecus w roku 312 p.n.e. i od jego imienia przyjęła nazwę.

Trakt ów, co istotne, jest do dziś przejezdny, choć teraz robi wyłącznie za sensację turystyczną. Do takiego miejsca winni pielgrzymować rodzimi drogowcy w ramach dokształtu, przymusowo i na własny koszt, za tworzenie dzieł technicznie beznadziejnych i nieopierających się próbie czasu. W bazaltowych kamieniach Via Appia Antica z łatwością dostrzeżemy wyżłobienia po kołach rydwanów. Co te pojazdy zrobiłyby ze współczesnym asfaltem? – najzdolniejszy poeta nie dobierze słów do opisania.

Przecinający Opolszczyznę odcinek autostrady A4, zdecydowanie za wąski i już w wielu miejscach byle jak połatany, z ogromnym ruchem i co rusz zbierający ofiary, w obecnej postaci nie przetrwa dekady, a w historii zapisze się, owszem, ale jako Via Horror Katastrofa.

By z Brzegu dotrzeć do autostrady poprzez Przylesie mamy do wyboru cztery drogi. Dwie oficjalne – przez Małujowice-Bierzów i przez Żłobiznę-Krzyżowice-Obórki oraz półoficjalne – przez Żłobiznę-Pępice, no i skrót dla „wtajemniczonych”: po nowej asfaltówce, południowym obrzeżem dawnego lotniska, dalej przez Pępice i już lądujemy na węźle autostradowym Przylesie. Może niepotrzebnie o tym rozgłaszam, zaraz jakiś szalony TIR-owiec, na swym piekielnym rydwanie, zechce ów przejazd przetestować.

Dojazd przez Pępice nie wszystkim odpowiada, zwłaszcza właścicielom stuningowanych i wypasionych beemek oraz audic, z których poza obrys karoserii wystają napakowane łokcie. Takie wehikuły nie są w stanie bezstresowo pokonać naturalnej przeszkody, jaka tam się czai. To Via Pępicka – cudnie wybrukowany trakt na całej długości wsi, 1512 metrów.

Specyficzna nawierzchnia jest naturalnym spowalniaczem i wymusza zdjęcie nogi z gazu. Nie potrzeba poprzecznych garbów, przekombinowanych wysepek z odblaskami, zaczajonych radarowców, czy znaków ograniczających prędkość. Już na pierwszych metrach droga wymusza respekt i uczy pokory. Jeżeli komuś akurat nie zależy na zawieszeniu maszyny to i tak musi zwolnić, choćby w trosce o plomby w zębach. Domorosłym rajdowcom tranzyt przez Pępice dobrze robi na zwoje mózgowe, a to akurat bezcenne. Kto przeżył turbulencje nad Pacyfikiem zrozumie o czym piszę.

Poruszam temat sięgający bruku nie po to by wdeptać pępowiczan w kompleksy. Przeciwnie – ze zdrowej zazdrości, chciałbym mianowicie przy takim trakcie mieszkać. I jest coś jeszcze – piszę o tym w obawie, że jakiś geniusz wpadnie na pomysł modernizacji. A mało kto potrafi odzyskać starobruk, wciąż przecież okazjonalnie zalepia się kostkę asfaltem, jak ostatnio na Starobrzeskiej, co zweryfikują mrozy i roztopy

Pępicka Route przez lata perła pośród bruków, zaświadcza o mistrzostwie przedwojennego rzemiosła, a tylko dlatego jest w niezłym stanie, że za bardzo przy niej nie majstrowano. Ten, który już się czai by się zamachnąć – niech wie, że ma we mnie wroga. Zachwyt nad czymś tak przyziemnym może być poczytany za pięknoduchostwo. Rozumiem wszystkich ceniących luksus, sam też nie stronię od wygody, ale wierzę, że ktoś jednak okaże zrozumienie. Liczę na osoby poetycko usposobione, choć to pewnie ślepy zaułek.

Brzeg niby poezją stoi, poetów u nas gromada i aż dziw, że żaden nie wziął na warsztat Via Pępickiej. Co na to Stowarzyszenie Żywych Poetów? Przegapili, wiem… A może wrażliwców przestrasza fakt, że opiewany przeze mnie półtorakilometrowy odcinek pięknego bruku powinien, w zgodzie z prawdą historyczną, nosić nazwę Romantische Strasse? Przyznaję, to okoliczność mało poetycka i nawet lekko podejrzana, zwłaszcza w odbiorze starych kawalerów bez prawa jazdy i ich lustrzanych (ożenionych) odbić, którzy z racji nienachlanego wzrostu i braku aktorskich zdolności wypadli z show biznesu i zaczęli hodować antyniemieckie fobie w polityce.

Może zbytnio silę się na klimaty antyczne, niepotrzebnie przywołuję najstarszego pisarza rzymskiego Appiusza Klaudiusza Cekusa, stawiając za wzór dedykowaną mu Drogę Appijską? Cóż, sam nie wiem co w tej sytuacji robić.

Nie pokładając nadziei w politykach liczę na odsiecz poetów, choćby dlatego, że przestrzeń powietrzna nad Pępicami wolna jest od sowieckiego złomu. W przestworzach zagościła cisza, czyniąc z tego miejsca sielską przystań. Przy odrobinie wyobraźni dostrzec można wzlatującą ku niebu Kaliope, uczepioną skrzydeł Pegaza. Romantyczna Trasa vel Via Pępicka czuwa na straży strzegąc sielanki, jakiej przez półwiecze tam nie było.

Zostawmy poetów na wysokościach w pogoni za muzą i sfruńmy na ziemię, by zająć się prozą życia. Nie miałbym nic przeciwko temu, ażeby takie miejsca chronić i od każdego rydwanu pobierać… myto. Byłaby to zapłata za czas horroru, jaki mieszkańcom Pępic zgotowało pobliskie lotnisko.


31 maja 2009

Powrót do góry strony

Co nam gra


Muzykopodobni

Wojciech Mann, inteligentny redaktor i posiadacz najbardziej rozpoznawalnego głosu radiowego, już od wielu lat kształtuje gust muzyczny Polaków

Teraz znowuż regularnie w Trójce, gdzie prowadzi autorskie programy. Smaki muzyczne redaktora są raczej niezwyczajne. W każdy piątek w „Zapraszamy do Trójki” budzi radiosłuchaczy dźwiękami wyłamującymi się z obowiązującej konwencji. Puszczana przezeń muzyka nijak ma się do dość ambitnego repertuaru, jakim Trójka raczy słuchaczy. A już zupełnie w niczym nie przypomina muzycznego byleco granego przez wrzaskliwą radiokomercję, gdzie dobór piosenek przypomina grzebanie w koszu z płytami w supermarkecie. W tych wszystkich wesołkowatych radiostacjach słuchaczy otumania się reklamami i katuje dźwiękami z komputera, co z estetyką nie ma nic wspólnego.

Nie kryję, że pod wpływem red. Manna kupiłem parę płyt i reklamacji dzisiaj nie wnoszę. Którejś niedzieli w audycji: „Piosenki bez granic” ów znawca anglojęzycznego rynku muzycznego (z przechyłem amerykańskim) wprawił mnie w osłupienie. Zagrał mianowicie kilka utworów w wykonaniu rosyjskiej artystki. W mojej ocenie takie sobie piosenki zostały przez p. Wojciecha zarekomendowane, jako „zaskakująco interesujące”. Niebywałe, po latach zapatrzenia na Zachód zasłużony redaktor nagle dostrzega wschodnią muzyczkę. Lepiej późno, niż wcale – dopowiem. Jeśli w klimatach wschodnich rozmiłuje się na dobre – jest nadzieja, że w radiu będzie serwowana strawna Manna.

A czas ku temu najwyższy. Pokolenie JP2 powoli starzeje się i pierwsze skrzypce zaczyna odgrywać pokolenie MP3 – towarzystwo ze słuchawkami na uszach. Warto podsłuchać co w nich gra, choć i bez tego wiadomo, że uszy naszych pociech atakuje kakofonia bluzgów na tle syntezatorów dźwięku. Jednym słowem: rozpacz.

Będąc na Ukrainie wybrałem się na koncert tamtejszej gwiazdy, o której w Polsce nikt nie słyszał, a ściślej: nie mógł usłyszeć z powodów „artystyczno-politycznych”. To Jekaterina Burzynskaja, piękność z ogromnymi możliwościami głosowymi. Po koncercie zakupiłem MP3 z dyskografią artystki, składającą się z pięciu albumów. Katia bynajmniej nie jest prowincjonalna, wie co w świecie się gra i wyczuwa różne nastroje: włoskie, hiszpańskie, francuskie, żydowskie oraz romskie. Wszystko wdzięcznie miesza w klimatach etnicznych. Nasze estradowe sławy: Justyny, Edyty i Doroty mogłyby podkładać jej chórki – takie są zdolne.

Polska przestrzeń muzyczna jest wolna od muzyki Wschodu i to nasze nieszczęście – twierdzę tak od dawna. W przeciwieństwie do red. Wojciecha Manna reprezentuję niegroźny przechył wschodni i rozgłaszam o tym z radością. Bliżej nam do Wschodu pod każdym względem, bo kiedy my się już budzimy Amerykanie dopiero kładą się do snu… Ów geograficzny fenomen implikuje kulturową współzależność. Tak po prostu jest i nikt nikomu lokalizacji na globusie nie zmieni. Wiem, poleciałem banałem, dlatego teraz pełna powaga.

Geografia bynajmniej nie broni, by obok festiwalu typu Zielona Góra w Polsce nie mogły się odbywać countrowe koncerty nad jeziorem Trzos w Mrągowie. A warto jeszcze zorganizować Festiwal Piosenki Tureckiej. Gdzie? w Miasteczku Turek. Postuluję: koncertujmy międzynarodowo w egoistycznie pojmowanym interesie, pamiętając, że przenikanie się różnorodności uszlachetnia.

Kto piękniej potrafi zaśpiewać o ojcu od Rosjanina Michaiła Szufutinskiego? – pytam. Jakimi słowami można wspominać swoją nauczycielkę? – posłuchajmy walczyka Ukrainki Oksany Biłozir. O ludziach bliskich sercu Słowianie śpiewają od zawsze i to jak! W Polsce ostatnio Filipinki („Dowidzenia profesorze”) i Wojciech Młynarski („Nie ma jak u mamy”). Ale to strasznie stare dzieje.

Już nikt nie potrafi napisać takiej piosenki. Zapanowała artystyczna niemoc, wystarczyło, że Wojciech Młynarski przestał tworzyć a Agnieszka Osiecka z Jeremim Przyborą zasilili coraz liczniejszy chór niebiański, dołączając do Luisa Armstronga i Nat King Cole’a. Tylko ktoś o poturbowanej wrażliwości może wyobrazić niejaką Dodę wykonującą song o matczynej miłości, albo Agnieszkę Chylińską dziękującą nauczycielom za dobre wychowanie. Bezpretensjonalnie śpiewają o tym nasi wschodni sąsiedzi, nie bacząc, że to ponoć obciach.

Cieszmy się, że ze sceny nie schodzi Maryla Rodowicz. - A kto taką profesjonalistkę miałby zastąpić, może Andrzej Piaseczny? Widziałem Piaska w Zakopanem na koncercie Maryli, stał przed sceną sparaliżowany energią starszej koleżanki i tylko kiwał głową. Pewnie czegoś się nauczył, bo nawiązał współpracę z Sewerynem Krajewskim, ostatnim takim artystą, który tworzy ponadpokoleniową muzę.

Wychwalam wschodnią przestrzeń muzyczną nie wspominając, że nasi już tam są. Pisząc o „naszych” ma na myśli biznesmenów robiących kasę z byle czego. W Rosji też już mają produkty muzyko podobne. Za ogromne pieniądze lansuje się projekt typu girlsband/boysband , który nagrywa przebojowy repertuar. Następnie, na specjalnych castingach, dobiera się kilka składów sobowtórów, częstokroć beztalencia pozbawione słuchu, i… heja na tournee po bezkresach Rosji. Dzięki temu w jednym dniu w Rostowie nad Donem, w Sankt Petersburgu nad Newą i w Irkucku nad Angarą popisuje się ta sama supergrupa. Z głośników leci playback, „artyści” gibają się na scenie, jako trójwymiarowy dodatek do puszczanych z komputera hitów, publika szaleje, a muzyczna mafia żniwuje.


Maj 2009

Powrót do góry strony

Film z Brzegiem w tle


Kochanka


"Piastelsi" – tak nazywała się pierwsza brzeska supergrupa muzyczna, której czas świetności przypadał na lata 60-70te minionego stulecia. O zespole wie wszystko nietuzinkowa brzeżanka, osoba dla ruchu kulturalnego w naszym mieście kultowa, p. Zofia Mogilnicka

W paru artykułach publikowanych swego czasu w brzeskiej prasie p. Zofia opowiedziała o działalności związkowego Klubu "Odra", którym przez wiele lat zawiadywała. Wokół placówki koncentrowała się grupa pasjonatów i dzięki niespożytej energii pani kierowniczki rodziły się tam różnorakie wartości. Niestety, mało już o tym się mówi. W miejscu dawnej "Odry" i kina "Związkowiec" działa obecnie sala gimnastyczna. Cóż, najczęściej bywa zaciemniona, co może sugerować, że służy miłośnikom dyscyplin nocnych.

"Piastelsi" wciąż czekają na swoją monografię. Studenci kulturoznawstwa i historii mozolą się nad wyborem tematów prac dyplomowych, a tu materiał gotowy. Wiem, że p. Zofia dysponuje niezwykłym archiwum w postaci kronik, w których przedstawiła niemalże każdy dzień działalności klubu, ze szczególnym uwzględnieniem złotych dekad "Piastelsów". "Piastelsi" zawsze pozostawali jej ukochanym dzieckiem.

Można zadać pytanie: a po co odgrzewać temat z czasów ideologicznie niesłusznych, historię starą i prawie już nieprawdziwą? "Piastelsi" byli świadkami młodości mojego pokolenia, które, owszem, jest już omszałe, ale jeszcze nie straciło dawnego kolorytu. To był nasz czas, akurat taki, bo innego nie mieliśmy i spożytkowaliśmy go najlepiej, jak potrafiliśmy. Graliśmy, śpiewaliśmy, bawiliśmy się i kochali, tak zwyczajnie: po prostu żyliśmy.
Poleciałem banałem, wiem. Wszystko w ramach samoobrony. Ludziom próbuje się wmówić, że życie przed przełomem politycznym było szaroburą dziurą, że nic wartościowego nie tworzyliśmy. No bo, co można było robić na froncie niecnoty i zaprzaństwa? Ale to półprawda i do tego zmanipulowana. Na tle różnych wydarzeń, także tragicznych, działo się proste życie przeciętnych ludzi, którzy potrafili z szarości wydobywać kolory. Niektórzy chcą to zdezawuować i wykpić. Wymazać i wmówić, że pozostał jedynie wstyd. Niestety, na takiej retoryce pasie się wataha polityków, którzy innych oceniają z żabiej perspektywy, uważając, że tylko ich życie spina niepokalana tęcza.

Po wielkiemu cichu obawiam się, że wywołuję wilka z lasu. A nuż za "Piastelsów" wezmą się nieumuzykalnieni uczeni z pewnego instytutu. Stosując wybiórczą metodę badawczą odkryją, że młodzi muzycy robili za... agentów. Dowody? Ależ proszę uprzejmie! Zagrali na wojewódzkich dożynkach w Ptakowicach, gdzie jakiś partyjny bonza puścił się w tany z przewodniczącą miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich. Kiedy indziej wystąpili w amfiteatrze na festynie z okazji Dni Oświaty, Książki i Prasy. Straszne, prawda? Dowód zbrodni jest oczywisty. Ich koncerty odbywały się na tle czerwonych flag, co wynika z czarno-białych zdjęć przeanalizowanych przez uczonych, którzy wyblakłe fotki obejrzeli przez anty szpiegowskie okulary. Ale już kończę, nie zamierzam rozpisywać się o jakichś smutasach, bo wspomnienie zrobiło się polityczne, a miało być liryczne.

Mało kto o tym wie, że "Piastelsi" zrobili karierę filmową. Tak jest! To fakt prozaiczny i zarazem niesamowity. Pośród znanych polskich reżyserów jest jeden, który lubi obrazować realia czasów, o których opowiada film. Mowa o autorze następujących obrazów: "Yesterday", "Pociąg do Hollywood", "Marcowe migdały", "Jan Serce", czy "Złotopolscy". Chodzi oczywiście o Radosława Piwowarskiego. W roku 1996, w oparciu o własny scenariusz, wyreżyserował on film fabularny pt. "Autoportret z kochanką". "Piastelsi" użyczyli nazwy zespołowi, który w filmie odegrał pewien epizod. Bliska mi nazwa jest wymieniana przez aktorów parokrotnie. To nie przypadek, a "sprężyna" jednego z najlepszych perkusistów "Piastelsów" Florka Mandata, który zaprzyjaźnił się z reżyserem i zainteresował go prowincjonalnym zespołem.

W filmowych "Piastelsach" na garach wymiata sam Jerzy Trela, trochę narzekający na jakość sprzętu (cały Florek!) i marzący o legendarnej perkusji Szpaderskiego z miasta Łodzi. Tak, to były pionierskie czasy big-beatu, nazywanego w Polsce mocnym uderzeniem. Posiadanie czechosłowackiej "Jolany" (na gitarach tej marki grali: George Harrison, Jimmy Page i Eric Clapton!), czy enerdowskiego piecyka pod bas "MV", w środowisku muzycznym nobilitowało. O kupowanych dzisiaj dzieciakom z okazji bierzmowania fenderach, marshallach, hammondach i ludwigach nikt nawet nie ważył się pomyśleć, w każdym razie nikt o zdrowych zmysłach.

Warto podkreślić, że w emitowanym niedawno przez TVP HD filmie, prócz "perkusisty" Jerzego Treli, zagrali: Kasia Figura, Marek Kondrat, Mirosława Baka i Waldemar Błaszczyk

Zakończę nostalgicznie, wyznaniem absolutnie osobistym, czymś, co dotąd wstydliwie skrywałem. W tym celu sparafrazuję końcową kwestię, jaką wypowiada Kuba Mitura – główny bohater, wykreowany przez Waldemara Błaszczyka: "Miałem kiedyś kochankę, ona była muzyką, a ja nie wiedziałem co to miłość...".


Grudzień 2009


Powrót do góry strony

Zabaw czar


Puzon pana Wrzosa


Zapragnąłem zalec na kozetce u psychologa, trenera osobowości lub innego psychoanalityka, który profesjonalnie popuka w skorupę skrywającą obolałe wnętrze. Mając możliwość wywleczenia wszystkiego na wierzch (może ktoś to przeczyta?), nie potrzebuję tracić kasy na nierefundowane usługi medyczne. Wiem, prościej kupić flaszeczkę i dokonać autolustracji: zerkając w lustro wiele sobie wybaczyć. Rozliczając się z przeszłością na sucho, a więc bez wspomagaczy, do tego publicznie, daję świadectwo towarzyskiego otrzaskania. Dzisiaj nasze wnętrzności może oglądać każdy, przykładem zakręcone programy Ewy Drzyzgi, Kuby Wojewódzkiego czy innego Ędwarda Ąckiego.

Problem w tym, że do gadanego show nikt mnie nie zaprosi, nie jestem przecież Tomaszem Pajacykowem, mimo, że staram się ile wlezie. Niestety, nie mogę przekroczyć opłotków gminnej sławy… Zawsze chciałem grać na puzonie. I co? Nie gram! Skończyło się na chciejstwie. Ażeby rzecz rozwikłać muszę cofnąć się do słodkiej młodości i przywołać prawdziwie swojskie klimaty.

Mamy schyłkowe lata sześćdziesiąte. Na przydrożnym kasztanie pojawiło się wykaligrafowane zdobnymi literami ogłoszenie: „Uwaga!!! Ochotnicza Straż Pożarna w Łosiowie organizuje potańcówkę. Zabawa odbędzie się w sobotę w Domu Ludowym, początek o 8 wieczorem. Przygrywa zespół „Wrzos”. Wstęp 10 złotych od pary. Bufet obficie zaopatrzony!!! Strażacy zapraszają!!!!!”. – Proszą wylewnie – muszę po latach uzupełnić.
Zaproszenia z taką samą ilością wykrzykników zawisły w newralgicznych punktach Strzelnik, Różyny i Jasiony. To wystarczyło by do Łosiowa ściągnęli amatorzy zabawy z okolicznych miejscowości: Janowa, Kruszyny, Prędocina, Wronowa, Kopania, Leśniczówki, Buszyc, Małej Nowej Wsi i Zwanowic. Niekiedy pojawiali się też miastowi z Lewina Brzeskiego, a nawet z samego Brzegu. Jakim sposobem w czasach bezkomórkowych rozchodziły się wieści o planowanych zdarzeniach towarzyskich? – nikt już dzisiaj nie dojdzie.

Znakomita część przybyłych oddawała się tanecznemu szaleństwu. Z kronikarskiego obowiązku wymienię kilka tytułów ówczesnych hitów skomponowanych w sam raz do tańca: Dziewczyna z Portofino, Apassionata, Podróż do gwiazd, Hiszpańskie oczy i Ostatni walc. To lata zapomnianych już gwiazd estrady: Sławy Przybylskiej, Connie Francis, Engelberta Humperdincka i Janusza Gniatkowskiego. Ech… i ten „Wrzos”, a ściślej: uzdolnieni muzycznie bracia Wrzosowie. Akordeon, trąbka, klarnet, saksofony – altowy i tenorowy, no i niekiedy puzon, w późniejszych latach doszła jeszcze perkusja. Zero wzmacniaczy, kabli, mikrofonów i playback’ów. Prawdziwie żywa muza! Dzisiejsze kapele to rozmiłowany w disco polo komputerowiec z „wszystkomogącym parapetem” i pozbawiona talentu szansonistka. „Wrzos” to dopiero była formacja! Czy ktoś czuje jeszcze takie klimaty? – pytam retorycznie.

Jak wspomniałem – większa część gości przychodziła z nastawieniem tanecznym. Ale była też niemała grupa wykluczonych, facetów nieprzysiadalnych, swojsko nazywanych korytarzowymi. Szło im równie o względy ekonomiczne, co o zwykłą bliskość z drugim człowiekiem. Na balową salę wpuszczano głównie pary. Single mogły do woli podpierać ściany ciasnego korytarza z dostępem do bufetu obficie zaopatrzonego.

Ludzie! Co tam się działo! Totalne zagłuszanie wrzosowych dźwięków! W kłębach „sportów” i „giewontów” – poklepywanie i przepychanie, obściskiwanie i odpychanie. No, było bardzo wesoło. Nie muszę za bardzo wyjaśniać na co korytarzowi przeznaczali pieniążki, za które opcjonalnie można było nabyć bilet wstępu. Było to wino marki wino patykiem pisane i zalatujący rumem „kordiał”. „Musztardówka” okazywała się ekstrawagancją, albowiem spożywanie odchodziło wprost z opakowania, czyli z gwinta i obowiązkowo w kręgu towarzyskim.

Trzeba dodać, że były t o czasy bez HIV-a i że ludzkie zbliżenia przybierały wymiar organoleptyczny. Świńskiej grypy nawet lekarz Stanisław Lem nie przewidywał, choć, jako wizjoner sf, wieszczył już erę Internetu. To jednak nie oznacza, że pośród korytarzowych nie było świń. Owszem, świńskie wyjątki to ci, którzy kwotę równą paru biletom wstępu puszczali na przelew i nurzali się w konsumpcji indywidualnej, bez dzielenia się z uboższymi miłośnikami klimatów około tanecznych.

Końcowa faza potańcówki była zawsze taka sama. Nad ranem, pomiędzy trzecią a czwartą, w porze mocno odhumanizowanej, ostatecznie znikali bramkarze i ci, którzy nie polegli mogli przekroczyć próg sali. A tam, na woskowanych dechach, w rytmie przeboju Neil’a Sedaki „Oh! Carol” snuły się niedotańczone pary. Wreszcie człowiek, ten sam, który przed momentem był zdeterminowanym korytarzowym, mógł zobaczyć Wrzosów w akcji! Trochę już wczorajszych, ale – zapewniam – warto było czekać. Choćby na ten lśniący puzon pana Henia Wrzosa. I to jemu moje skromne memuary dedykuję…


Sierpień 2009

Powrót do góry strony



Coś do słuchu


Sława i Charles


Odtrutką na kryzys, na tę całą recesję, regresję i dewaluację wszystkich wartości może być ucieczka… wstecz. Cofnięcie się do czasów, kiedy słów takich jeszcze nie znaliśmy, bo w oficjalnym obiegu podobna terminologia nie funkcjonowała

Peerelowski odpowiednik kryzysu to „przejściowe trudności”, czyli, jak się mogło wtedy wydawać, coś zupełnie niestrasznego. Powrót do czasu minionego, spraw i zdarzeń definitywnie przetrawionych, których biegu nie sposób już odwrócić – jest budujący i ma sens terapeutyczny. Kto może sobie na to pozwolić? Każdy, kto ma co wspominać na zasadzie: dobrze już było. Ważna jest jeszcze wrażliwość objawiająca się trochę śmiesznym sentymentalizmem, czego objawem zewnętrznym jest szkląca się w oku łezka.

Niedawno wspomniałem Charlesa Aznavoura, który w znakomitej kondycji sięga osiemdziesiątego piątego roku życia. Wiem, obiecałem, że nikogo nie będę zamęczał muzycznymi ramotami, ale słowa nie dotrzymuję postanawiając to i owo odkurzyć. W ramach odtruwania, ma się rozumieć. Obecni idole (małpując Ch. Aznavoura?) komponują i piszą teksty, które potem sami wykonują. Oto konkrety. Młody kompozytor, ten, no… ech, wyleciało mi… zaraz przypomnę… Albo poetka… taka gwiazda…, no, już mam na końcu języka…, nie, też nie mogę przypomnieć. Niechybnie to skutek sklerozy w mózgu nie zaległy nazwiska topowych artystów. Tragedia. Ha! Jakoś z tego powodu nie cierpię, przeciwnie, bagatelizuję dochodzący zewsząd zgiełk, plastik i silikon, wystylizowany przez niejakiego Pajacykowa, otrząsam się i wspominam, a jest co.

Niezważający na swój wiek Charles Aznavour wydał właśnie dwupłytowy album „Duos” z wielkimi hitami. Wykonuje je z gwiazdami pierwszej wielkości, z żyjącymi i z tymi, które dawno już odeszły. Współczesne technologie umożliwiają wszystko: można ożywić Marlin Monroe, obsadzić ją w głównej roli za którą dostanie potem Oskara! A więc Aznavour właśnie zaśpiewał z Edith Piaf, z Frankiem Sinatrą, z Deanem Martinem, ale i z Paulem Anką, Laurą Pausini, Stingiem, Eltonem Johnem i innymi gigantami światowych estrad. Duety Charlesa wywołują kołatanie serca. Naprawdę rewelacja.

Zostawmy Francję i wróćmy na podwórko krajowe, cofnijmy wskazówki zegara do czasów niesłusznych, od których genetyczni patrioci chcą nas odpiłować i – jak na idiotów przystało – zohydzić. W przaśnym Peerelu popularne piosenki komponowali kompozytorzy, a teksty do nich układali poeci. Taka ciekawostka. Tytuł nawiązuje do sławy, czyli do powodzenia – za czym zabijają się artyści (i politycy), a co bywa ich przekleństwem. Teraz wątek sławy rozwiniemy. Będzie o sławie, ale przez wielkie „S”, bo chcę odkurzyć sławną onegdaj pieśniarkę, której słuchanie dzisiaj może uchodzić za obciach.

Myślę o Sławie Przybylskiej. Jej smuteczki i snuje (Galapagos, Malagueña, Tbiliso) były odtrutką na dookolną szarość czasów gomułkowskich. Eteryczne pieśni, uplecione w molach i bemolach wyrywały nas w daleki, nieosiągalny wtedy świat. Opowiadały o dziewiętnastolatce z Portofino, która po „nie” w biały dzień, w poświacie księżyca za szybko zgodziła się, szepcząc „tak, tak”. A potem, jak to w życiu: ukochany przepadł niewiadomo, jak się zjawił, a w Portofino rozgościła się jesień.

Pani Sława wyśpiewała własną sławę w roku 1958 niezapomnianym hitem: „Pamiętasz, była jesień”, to piosenka z filmu „Pożegnania” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa na podstawie prozy Stanisława Dygata.
Ażeby podkręcić smak wina serwowanego w portowej tawernie można doń dodać – śpiewała Przybylska – rumu i kilka gorzkich goździków z kwiatu piołunu. Do piosenek Sławy niczego dodawać nie trzeba, smakują wybornie, a mijający czas je uszlachetnił, niczym stare, czerwone wino.

Rumby, tanga, beguiny, walczyki – tak kiedyś się grało, śpiewało i tańczyło. A jakie nazwiska twórców?!, niektóre już zapomniane: Agnieszka Osiecka, Lucjan Kaszycki, Ola Obarska, Wanda Sieradzka, Jarosław Abramow, Jerzy Jurandot, Leopold Kozłowski, Ryszard Sielicki, Jerzy Gert.

Dlaczego zestawiam odległych od siebie artystów, których dzieli przepaść? Nasza Sława jest kameralna a Charles światowy. I to jest powód zasadniczy, ale znajdą się też i inne. Oboje wypełniają wczesną przestrzeń dźwiękową mojego pokolenia, są zbliżeni do siebie wiekowo, tworząc otaczali się ludźmi wyjątkowymi – profesjonalistami, mistrzami gatunku, wspięli się na wyżynę estrad mimo niespecjalnie wielkich głosów.

Teraz, kiedy czas popisów przed publicznością już się wypełnił, Aznavour wydał wspominkowy album, a Sława na początku XXI wieku postanowiła zakończyć karierę i nic już nie nagrywa. Jej zakurzone płyty leżą gdzieś w koszach supermarketów i jak na rarytasy przystało są trudne do zdobycia. Na szczęście miałem odrobinę szczęścia.




Rekomendowane albumy:
Charles Aznavour – „Duos” – Odeon (69,90zł)
Sława Przybylska – „Pamiętasz, była jesień”, Złota kolekcja – Fraza (19,90zł)


Luty 2009


Powrót do góry strony

Łosiowska nekropolia


Jesiony



Za schyłkowego Gomułki mój tata Zygmunt – ówczesny sołtys wsi Łosiów, rozprowadzał po okolicy sadzonki szlachetnych drzew: dębów, grabów, akacji, klonów i jesionów. W naszym - z dziecięcej perspektywy - zaczarowanym sadku takie gatunki mogły robić jedynie za chwasty.

Dla takich nasadzeń miejsca tam nie było. Drzewka jakoś się rozeszły poza paroma rachitycznymi badylkami. Za małe - do dzisiaj nieuświadomione - przewinienie (wszak w szczenięctwie nie było się bezgrzesznym felietonistą) ojciec nakazał wysadzenie sadzonek na łosiowskiej nekropolii.


- Weź synu łopatę, pójdź i posadź te nieszczęścia, bo nikt już ich nie weźmie.

Mimo upływu czterdziestu lat przykurzone zdarzenie chcę udramatyzować i ujawnić, z jakąż to łaską poszedłem wtedy na cmentarz. Uzbrojony w łopatę, w wiadro do podlewania i z ośmioma sadzonkami niezidentyfikowanych drzewek zabrałem się do koszmarnej roboty. Za mongolskiego Pana Boga nie rozumiałem po co to robię, co to w ogóle da i komu posłuży. Pamiętam jedynie, że rozkopując cmentarną ziemię byłem bardziej przestraszony, niż wkurzony na starego, który tak okrutną pokutę mi zadał.
Przywołując ojcowskie imię przyznaję dzisiaj, że była to wielce wyrafinowana kara, godna młodzieńczego draństwa. Zygmunt był nad wyraz miłosierny i nikomu spośród licznych synów dolegliwych wyroków nie ferował. On jedynie nad wyraz łagodnie napominał i o nic, i nigdy, nikogo nie prosił i bynajmniej do niczego nie przymuszał.

Teraz wiem jedno: te cholerne Fraxinusy Excelsiory poszedłem sadzić w poczuciu winy. Zupełnie nieświadom w szczenięcej złości dałem szansę życia jesionom, dorodnym i długowiecznym drzewom o cylindrycznej koronie, których konary wznoszą się pod ostrym kątem, a pień jest smukły, prosty i pokryty ciemnoszarą matową korą. W momencie panikarskiego sadzenia nie wiedziałem jeszcze, że charakterystyczne liście jesionu są złożone - jeden liść tworzy od 7 do 11 par listków ułożonych naprzeciwlegle i listek szczytowy. Liść o takiej budowie nazywamy nieparzystopierzastym. To wszystko mogę dzisiaj wyczytać z mądrych książek traktujących o dendrologii.

Sadząc drzewa nie wiedziałem, że jesion był kiedyś wykorzystywany, jako doskonały materiał do sporządzania lanc, broni rycerskiej i że z tego drewna wyrabia się cenne meble, parkiety i sprzęt sportowy, np. narty. Brakowało mi też wiedzy, że to gatunek typowy dla lasów łęgowych i wąwozów, często także sadzony w parkach, a ja - o nieszczęsny! - drzewosadzenie musiałem realizować na łosiowskim cmentarzu. Skąd też mogłem wiedzieć, że jesion żyje do 250 lat i osiąga wysokość ponad 40 m i że pod tym względem jest rekordzistą wśród naszych drzew liściastych?

Nikt z łosiowian nie może dzisiaj zaświadczyć, że rosnące w nowszej części cmentarza trzy jesiony (większość nasadzeń ustąpiła czyimś mogiłom) to niechciane „moje dzieci”. Ze wstydu nikogo nie powlokłem ze sobą do pomocy, a zresztą po czterdziestu latach żaden adwokat już nic nie pomoże. Dzisiaj jedynie śp. Zygmunt mi świadkiem, milczący już na zawsze, bo od 9 lat nieobecny po ponad dziewięćdziesięcioletnim życiu, które mimo niezwykłej dramaturgii uważał za do końca spełnione.

Przemierzając w listopadowe dni cmentarne aleje zastanawiam się, czy jesionowy cień jest przydatny moim ziomkom, którzy spoczywają w śląskiej ziemi. W czasach Kewinów, Patryków, Klaudii i Andżelik przywołuję „nieziemskie” imiona Zmarłych, zapisane na nagrobnych tablicach łosiowskiej nekropolii: Gracjan, Leokadia, Zygmunt, Antonina. Petronela, Apolinary, Hipolit, Anastazja, Apolonia, Józefina, Michalina, Klara, Konstanty, Bronisław, Teofil, Dionizy, Marianna, Tytus, Wieńczysław, Bogumiła, Bożydar i…


Listopad 2008


Powrót do góry strony

Nuta na koniec świata


Pochowajcie mnie z Cole'm



Magda Umer powiedziała kiedyś, że ostatnim jej życzeniem będzie włożenie do trumny nagrań Nat King Cole’a. Mimo sugestywnego nazwiska pani Magda ma się dobrze, a ja - przywołując pieśniarkę - życzę jej dużo zdrowia.

Po latach przyznaję: Magdalena Umer wyznaniem swym sporo w moim życiu namieszała.

Nat King Cole, a właściwie: Nathaniel Adams Coles, urodzony 17 marca 1919 r. w Montgomery - Alabama, zmarł 15 lutego 1965 r. w Santa Monica. – Ten czarnoskóry muzyk jazzowy i piosenkarz, obdarzony ciepłym głosem o pięknej barwie i głębi, rozpoczął karierę, jako pianista, później jednak wsławił się, jako wykonawca songów podobających się głównie białej publice, czym zaskarbił wrogów po stronie czarnoskórych Amerykanów.
Cole wychował się w Chicago. W 1937 roku zaczął występować w klubach jazzowych w Los Angeles. W 1939 roku, wraz z Oscarem Moorem i Wesleyem Princem, założył Trio King Cole. Z czasem jego związki z jazzem osłabły, a on przeszedł do historii muzyki, jako wokalista śpiewający „kawałki” łatwe i przyjemne. W trakcie życia palił po trzy paczki papierosów dziennie. Wszystkich przekonywał, że dym tytoniowy pozwala mu zachować wyjątkową barwę głosu. Wskutek nałogu zmarł, dożywszy zaledwie 46 lat.

Rozczarowując nieprzyjaciół zdradzę, że nie palę od dawna, jednocześnie nienawistników pocieszę: kiedyś kopciłem niczym kotłownia zakładu wulkanizacyjnego i mimo zasmolonych płuc tembr mojego głosu Cole’a nie przypominał. Takie brzmienie jest tylko jedno. Człowiek napala się do bólu a Stwórca, jak się okazuje, rozdawnictwa nie uprawia.

Wracając do Magdy Umer – muszę podziękować za zwrócenie uwagi na tego wyjątkowego artystę. Już nie chodzi o to, że rzucając papierochy dożyłem obecnego wieku, najważniejsze iż od wielu lat mój dom wypełniają Nat King Cole’owe nuty. Przekonałem przyjaciół, że to muzyka magiczna, zupełnie niepojęta, wręcz niebiańska. I wciąż nie mogę darować, że wszystko przez te papierosy… Już widzę, jak nikotynowa loża klaszcze w pożółkłe łapska.

Sądzę, że gdyby Mozart z Jimi Hendrix’em dożyli sędziwego wieku (Cole przeżył Amadeusza o 11, Jimi’ego o lat 18) toby swoim geniuszem zapełnili muzyczną przestrzeń po kres ludzkiego bytowania na Ziemi, może nawet aż do wygaśnięcia jądra planety. Cóż, pewnie obowiązuje z góry ustalony porządek, że rubikonu przekroczyć nie wolno, bo tam czyhają straszności: nikotyna, dragi i inne nie/przyjemności. Pokonanie pewnej granicy psuje ludzkie zdrowie i trzeba zawczasu zwijać się z tego świata. Nie wiem, może po to, by ustąpić miejsca kolejnym geniuszom? Może. Kto choć raz w życiu posłuchał największych przebojów Cole’a: Nature Boy, Mona Lisa, Too Young, Unforgettable – zrozumie o czym piszę. Pojmie również, dlaczego teraz jestem bardziej smutny, aniżeli wesoły.

Ów niezwykły artysta zostawił po sobie czarną perłę - córkę Natalie Cole (1950-2015), ona również rozpanoszyła się w mojej przestrzeni akustycznej. W roku 1991 zdobyła Grammy za duet z dawno nieżyjącym ojcem. Za niezwykłą kompilację starego nagrania ze współczesnym brzmieniem. Wiem - Ameryki nie odkrywam, zwłaszcza w przypadku melomanów. Pisząc ten felieton liczę wszakże na to, że ktoś Cole’owe nagrania odkurzy.
I coś jeszcze. Za jedną z piękniejszych piosenek świata uznaję kompozycję Charles’a Chaplina zatytułowaną Smile. Utwór ów można usłyszeć w różnych interpretacjach w ambitnych stacjach radiowych. W wykonaniu Nat King Cole’a jest to song uroczysty, Natlie Cole swoim Smile przepięknie smooth’ci, zaś Rod Stewart, który niedawno nagrał cztery świetne płyty z przebojami lat ’30 i ’40 XX wieku - The Great American Songbook, wykonując charakterystycznie zdartym głosem Smile - chropawo się uśmiecha.

Kończąc, chcę wrócić do głupawego tytułu felietonu, który jest trochę załgany. Błagam – nie zakopujcie mnie z Cole’em! A jeśli już ów grzebalny moment nastąpi – dozwalam włożenie w kieszeń pośmiertnej koszuli flaszki… coca-coli (podobnie brzmi…), bo w piekle przecież żar nieziemski i diabelnie chce się pić. Skoro mowa o ogniu spraw ostatecznych – wolałbym, żeby mnie spopielono, a wtedy, co? – pytam. Krążek z niebiańskim głosem miałby spłonąć? Co to, to nie – wystarczy, że Cole przedwcześnie sfajczył swój talent.

Nie wiem, czy ostateczne plany Magdy Umer są wciąż aktualne, jeśli upiera się przy swoim – sporo ryzykuje. Nikt nie da gwarancji, że po moim felietonie jakiś zdesperowany meloman (cmentarny plądrownik) nie zechce do nagrań Cole’a się dokopać.
Nie kryję, że o to mi chodzi.


Grudzień 2007


Powrót do góry strony

Wspomnienie


Niepokój pożegnań


Nasze życie to niekończący się spektakl niepokoju. Stan ów dotyczy ludzi wrażliwych i tych gruboskórnych, tych całkiem starych i zupełnie młodych. Wszyscy na coś czekają i przed czymś drżą.

– Jak już będę dorosły..., OK, już taki jestem, i co? Ano nic, poczekam jeszcze trochę, jeszcze chwilę, będę całkiem stary, no to wreszcie sobie pofolguję i niczym nie będę się zamartwiał. Gadanie.

Jako facet ‘po wojsku’, z paroma worami doświadczeń życiowych, wciąż odczuwam dyskomfort niepokoju. I nieistotne, że akurat siedzę w przytulnym pokoju, we względnym spokoju i w kraju, w którym rozpanoszył się... pokój polityczny. Hola, hala... są jeszcze ‘kaczoryści’, jaki pokój? Akurat ci są w szoku, dla nich to raczej wojna się rozpoczęła, jęczą, póki co, pokonani, lejąc rzewne ślozy po odpędzeniu od rządowych posad. Dlaczego? Bo to ponuracy, bez krztyny poczucia humoru. A brak takiej cechy jest katastrofą. Tak jest!

Nie o tym jednak chciałem opowiadać, tak mi się jakoś zjechało z tematu. Przedojrzały wiek przynosi niepokój w dwójnasób spotęgowany. Miał człowiek swobodnie oddychać (a tu oskrzela rzężą), odcinać kupony od życiowych doświadczeń (wciąż przybywa nowych), upajać się nicnierobieniem (dobre sobie), bo co tu robić, kiedy dzieci wyszły z domu i zdechł pies? W miejsce zabaw, chrzcin i wesel nastały – niestety, oj, niestety – pogrzeby. Nastał czas bezpowrotnych, ostatecznych pożegnań ludzi niezwykłych, których kochaliśmy, ceniliśmy i podziwialiśmy.

W samo południe, w ostatni poniedziałek na Cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu, odbył się pogrzeb Jana Kaczmarka, nieodżałowanej pamięci artysty, który za życia stał się legendą polskiego kabaretu. Wiele razy na żywo podziwiałem Pana Jasia na koncertach i nawet z nim rozmawiałem! Mało tego, po wielokroć musiałem wysłuchiwać od mojego przyjaciela, opolskiego satyryka Andrzeja Czyczyły, że to właśnie Jan Kaczmarek zechciał napisać wstęp do jego debiutanckiej książki. Kiedyś na festiwalu w Opolu Zenon Laskowik zapowiadając Jego występ powiedział: Proszę nie regulować odbiorników – On tak wygląda! Od tego momentu Pan Janek dość często „zapowiadał” siebie w tym stylu, dając świadectwo daleko posuniętemu autokrytycyzmowi, czyli prezentował cechę, z której większość z nas jest wyzuta.

Jan Kaczmarek (1945 - 2007).
Odszedł Janek! – pisze Jerzy Skoczylas – gwiazda wrocławskiego Kabaretu ELITA: „Nie ma chyba trudniejszego zadania, jak pisanie nekrologu dla Satyryka. A jeżeli w dodatku jest to Ktoś bliski, Ktoś z Kim przeżyło się wspólnie ponad trzydzieści lat rzecz wydaje się wręcz niewykonalna. Jednak trzeba próbować bo Jankowi Kaczmarkowi to się należy. Odszedł Janek – Kolega, z którym z Kabaretem ELITA odbyliśmy setki występów w największych salach koncertowych świata i gminnych ośrodkach kultury. Redaktor, z którym wspólnie stworzyliśmy setki radiowych audycji i satyrycznych słuchowisk. Kumpel, z którym przejechaliśmy tysiące kilometrów po autostradach Kanady, USA, Australii i po drogach trzeciej kolejności odśnieżania. Wreszcie Twórca, który napisał setki wspaniałych tekstów, niebanalny poeta, a zarazem świetny interpretator swoich utworów. Człowiek niezwykle skromny i cichy, któremu popularność nigdy nie uderzyła do głowy. Mimo iż ciężka choroba od kilku lat nie pozwalała mu występować i tworzyć Jego dzieła nie zniknęły z anten i ze sceny.

Dlaczego? Ponieważ są ponadczasowe. Ich wspaniały klimat, nastrój i głęboka treść stanowią o ich uniwersalności. Teksty Janka pasują do każdych czasów i każdej sytuacji geopolitycznej. Taki charakter mają tylko teksty wybitne. I właśnie takie pisał Jan Kaczmarek. Wielka szkoda, że nie napisze ich już więcej.”
I jeszcze najmłodszy z ELITY – Stanisław Szelc: „Że Jaś Wielkim Artystą był, jest rzeczą tak oczywistą, że aż banalną. Bez najmniejszych wątpliwości ma swoje miejsce wśród najwybitniejszych poetów piosenki - Kofty, Osieckiej, Grechuty, Młynarskiego. W naszej pamięci Janek to przede wszystkim fantastyczny, bezkonfliktowy i spokojny człowiek. Wrocławianin z wyboru i miłości, był równocześnie Janek nieodrodnym synem Wielkopolski. Zapowiadał się na tęgiego inżyniera-elektronika, ale dobrze się stało, że porzucił solidny wyuczony zawód na rzecz niepewnej artystycznej doli. Janek był twardym facetem; pomimo długoletniej niszczącej go bezlitośnie choroby, nigdy się nie skarżył, nie absorbował otoczenia swoimi problemami. Obserwowaliśmy Jego walkę z szacunkiem, ale też ze wzruszeniem. Niestety, Jaśko przegrał i dziś, tak niesprawiedliwie szybko, żegnamy Go. Żegnamy Człowieka, ale to co stworzył Artysta jest nieśmiertelne...”.

Powie ktoś, że się wtarabaniam pomiędzy artystów ze snobizmu, tylko dlatego, że kiedyś Pan Jan Kaczmarek zechciał ze mną pogadać. Ten ktoś, kto tak powie - ma rację. I nie wstydzę się! Wtryniam się i… wyję za Nim: ekologicznie i jednak radośnie (bo akurat Pan Jan tak by chciał):

Do serca przytul psa,
Weź na kolana kota,
Weź lupę popatrz - pchła,
Daj spokój, pchła to też istota.
Za oknem zasadź bluszcz,
Niech się gadzina wije,
A kiedy ciemno już i wszyscy śpią,
Matka śpi, ciotka śpi, wujek śpi
Zapylaj georginie.


Listopad 2007

Powrót do góry strony

Przydarzyło się w kinie


Ostatni rząd


Na samą myśl „ostatni rząd” - popadam w szczenięcy sentymentalizm, a ściślej (o tym, co na mam myśli), miękną mi nogi. Cóż, nie myślę o ostatnim rządzie, a o ostatnim… rzędzie, ześrubowanych i niemiłosiernie skrzypiących krzesłach w brzeskim „Cinema Paradiso” (d. Kino Słońce, a obecnie kręgielnia, czy jakaś tancbuda).


Każdy z nas nosi w sobie jakiś ukochany film. Dla mnie wspaniałością od pierwszego zapatrzenia pozostaje obraz Giuseppe Tornatore z roku 1988, pt. Cinema Paradiso, zwycięzca w wielu konkursach i festiwalach (Oskar dla najlepszego filmu obcojęzycznego, Złoty Glob, nagrody dla reżysera w Cannes i w Wielkiej Brytanii). Jest to film o miłości do kina, ale także do kobiety, przenosi widza w czasie kilkadziesiąt lat wstecz do sycylijskiego miasteczka. Choć cały świat zaaferowany jest wydarzeniami politycznymi po II wojnie światowej, jednak tutaj, na prowincji, ludzie żyją swoimi sprawami, a ich jedyną rozrywką są filmy wyświetlane w kinie parafialnym "Paradiso". Toto (Salvatore Cascio), jak nazywają w mieście małego Salvatore, przyjaźni się z miejscowym kinowym operatorem Alfredo (Philippe Noiret), który wprowadza chłopca w magiczny świat ruchomych obrazków. Toto dzień po dniu spędza w ciemnej kinowej sali, chłonąc pojawiające się na ekranie obrazy i marząc o samodzielnym robieniu filmów. Kino staje się także dla niego źródłem pierwszych miłosnych doświadczeń. Oto pojawia się Elena, najpiękniejsza dziewczyna w miasteczku, w której zapatrzony w filmowe romanse Toto szaleńczo się zakochuje. Cinema Paradiso ukazuje magię kina, pobudza do śmiechu, wzrusza i raduje.

Piszę dzisiaj o kinowym raju, o Edenie bezpowrotnie utraconym. Tak! No bo jak tu odegnać czarne myśli, kiedy przechodzimy nieopodal dogorywającego obiektu, w którym przez dziesiątki lat działało brzeskie Kino Słońce? Tam w ostatnim rzędzie na wieczornym seansie pięknego filmu pt. Lecą żurawie (wówczas genialności obrazu jeszcze nie uświadamiałem, a zresztą: wtedy nie chodziło się na filmy a do kina, zwłaszcza, że były to Dni Filmu Radzieckiego, miesiąc z okładem!, bodajże w listopadzie, kiedy cały naród czcił rewolucyjny zryw bratniego narodu), a więc w tym ostatnim rzędzie właśnie miałem doświadczyć czegoś, co stanowi przyczynek do dzisiejszego felietonu

„Lecą żurawie” w reż. Michaiła Kałatozowa, to liryczny i uroczo patetyczny melodramat, który pod koniec lat 50-tych odniósł światowy sukces. Borys (Aleksiej Batałow) i Weronika (Tatiana Samojłowa) są młodzi, szczęśliwi i kochają się. Kiedy wybucha wojna, chłopak zgłasza się, jak wielu jemu podobnych, na ochotnika do wojska. Okrutny przypadek sprawia, że dziewczyna nie zdąży przybiec na dworzec pomachać ukochanemu na pożegnanie. Mijają tygodnie. Dziewczyna niecierpliwie oczekuje na wieści z frontu. Nadaremnie. Kiedy w bombardowaniu traci rodziców, zagnębia się i popada w koszmarną depresję. Podczas kolejnego z nalotów, w histerycznym zapętleniu, ulega swojemu kuzynowi Markowi, którego wkrótce poślubia. I to jest miłosna katastrofa. Narastające poczucie winy powoduje, że czuje się niewymownie nieszczęśliwa. Jedyną treścią życia Weroniki staje się oczekiwanie na list od Borysa, który nigdy jednak nie nadejdzie...
Czy tuż po seansie potrafiłbym opowiedzieć treść tego filmu? Z pewnością nie. Jak wspomniałem – byłem tylko w kinie i coś ciągnęło mnie do ostatniego rzędu mimo, że sala świeciła pustkami i można było do woli wybierać najlepsze miejsca. Nie muszę pewnie dodawać, że kinowa ciemność miała moc ośmielającą dla pierwszych splotów dłoni, poznawania dziewczęcych kształtów i ech… te skrzypiące fotele, katorga dla nastoletnich kinomanów, witanych porozumiewawczymi spojrzeniami bileterki i znudzonego operatora, który też w jakimś sensie był nieobecny, czego dowodem były nie na czas przekładane szpule z taśmą filmową.
Komu to przeszkadzało… ta nasza młodość…, gdzież podziało się „Kino Raj”?

Zastanawiam się nieraz, czy Cinema Paradiso mogło przydarzyć u nas w Brzegu, pewnie tak, gdyby nie przeklęta historia. Gdzie? Może na Palcu Młynów? Dla wyostrzenia wyobraźni puśćmy już ów film…
Jakiż urokliwy zakątek! Z Rynku ku Odrze, niezauważalnie w dół, obok odrestaurowanego kościółka Minorytów, nieopodal urokliwych kafejek, jakieś ławeczki, stoliki i parasole. Gwar ulicy, zakochani ze splecionymi dłońmi, niespieszni i jak napisał poeta – przysiadalni – przechodnie. Fantastyczny zaułek ze swojskimi aromatami. „Orientalnymi” dla kogoś z Sycylii albo z Sankt Petersburga. Jakież to zapachy - zapytacie: bigosu, pierogów, gołąbków? A pewnie. Kino pachnie obrazem, bo to przecież rzeczywisty raj!

No, tak, popadłem w melancholię, która nieopatrznie przeradza się w złość. A dalej jest już zwykła wściekłość, która wyzwala retoryczne pytanie: A niby dlaczego przeszłość ma się już nie liczyć, dlaczego tylko ostatnie dwa lata?! Rzekomo cudowne… Nie nasza młodość i dochodzenie do teraźniejszości, poprzez wszystkie wzloty i upadki, nie nasza przeszłość, tylko akurat te dwa lata, kiedy do żłobów dorwali się jacyś ponuracy, którym urwał się film życia.


Październik 2007


Powrót do góry strony

Nostalgia


Miasto naszych snów



Dość przypadkowo odwiedziłem rosyjskojęzyczną stronę www.brzeg28sgw.narod.ru prowadzoną przez ludzi, którzy w naszym mieście przeżyli „szczęśliwe dzieciństwo i romantyczną młodość". Portal poświęcony jest Średniej Szkole Nr 28 Radzieckiego Garnizonu Wojskowego, działającej onegdaj w miejscu, gdzie dzisiaj rozkwita II Liceum Ogólnokształcące im. Zbigniewa Herberta.

Podobne placówki istniały w miejscach koncentracji wojsk sowieckich, czyli w Bornem-Sulinowie, Wędrzynie, Wrocławiu, Kluczewie, Kluczborku, Legnicy, Świętoszowie i Świdnicy. Absolwenci brzeskiej szkoły skorzystali z szansy, jaką dają nowoczesne techniki komunikacji bez barier, i skrzyknęli się do odbycia sentymentalnej podróży w czasie.

Strona nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem Polaków, pewnie przez to, że jest prowadzona wyłącznie po rosyjsku. Jednakże zapowiedziano tłumaczenie. Znalazłem ledwie kilka wpisów Brzeżan. Ktoś z sentymentem wspomina zadzierzgnięte w młodości przyjaźnie, a ktoś inny odwiedził stronę z pasji poznawczej. Sympatyczne jest to, że wpisy Polaków przyjęto z radością, niektóre nawet przetłumaczono na rosyjski. Co znamienne Rosjanie pomyśleli o Brzegu dzisiejszym i zamieścili link do portalu miejskiego.

Jak ważny był to okres w życiu podówczas młodych Rosjan świadczy fragment tekstu zatytułowanego: BRZEG - MIASTO NASZYCH SNÓW. Oto próba wolnego tłumaczenia: „Powiedzcie, kto z nas, choćby na moment nie chciałby pojechać do miasta naszych snów, pospacerować po znajomych ulicach, postać obok swojego domu, zajrzeć na podwórko naszej szkoły? A park „Wolności"? Nie ma tam ani jednego miejsca, gdzie nie stanęłaby noga „radzieckiego" (wiekowe buki są tego świadkami)".

Bynajmniej nie chciałbym być odczytany, jako miłośnik stacjonowania obcych wojsk. Do dziś mam opuchnięte uszy od ryku migów i wyuczone odruchy obronne przed helikopterami, przydające się dzisiaj do odpędzania watah komarów, równie wrednych, jak latający złom radziecki. Broń Boże nie mam nic przeciwko ludziom, którzy mimo upływu czasu Brzeg noszą głęboko w sercu. Cóż, odwiedziny na tej stronie dały mi miłosnego kopa do naszej, szarej przecież, stolicy powiatu.

Zdumiewające - taki ładunek energii pozytywnej ze Wschodu! Komuś w dalekim świecie miasteczko nad rzeką Odrą jawi się niczym wyśnione eldorado. Obiecuję sobie, że będę bardziej aksamitny i życzliwiej rozejrzę się po okolicy.

Tak się składa, że przyszło nam żyć na rozdrożu politycznych epok. Znaczną część życia wypełniło współobcowanie z Rosjanami. Pomijając dokuczliwe podniebne wibracje, nie za bardzo odczuwałem ich pobyt i do zwykłych ludzi nie żywię animozji. Nic strasznego mnie nie spotkało. Przeciwnie, to od nich miałem pierwszy w życiu kolorowy telewizor marki rubin. To cholerne pudło przytaskałem do chałupy siłą przestrachu, trochę umordowany, ale jaki szczęśliwy. Pamiętam z tamtych lat jak mój rubin pokazywał, że wbrew nazwie „Niebiesko-Czarni" są koloru czerwonego a „Czerwone Gitary" - zielone. Taki był to zaangażowany technologicznie sprzęt.

Z radością przyjąłem ewakuację sołdatów i dostrzegłem szansę na rychły rozkwit miasta. Ówczesny optymizm wydawał się w pełni uzasadniony bowiem zasadzał się na gigantycznej masie spadkowej. Triumfalizm kolejnych ekip rządzących z czasem topniał. Dzisiaj miny mamy nietęgie. Walące się obiekty postradzieckie i dramatyczna sytuacja awiabazy w Skarbimierzu zwalają z nóg. Nie podołaliśmy nadmiarowi dobra i spora część obiektów jest już nie do uratowania.

Nie mam zamiaru obwiniać konkretnych osób. Wstydzić musimy się pospołu wszyscy. Lotnisko to dzisiaj monstrualne wysypisko - prawdziwa stajnia Augiasza. Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że kukułczy, haniebny proceder nie został dotąd ukrócony? Ta masa odpadów, wwożonych na teren lotniska gigantycznymi przecież pojazdami nie pochodzi przecież znikąd. To nasza sprawka, naszych sąsiadów, naszych przyjaciół i znajomych. Jakoś nie słyszę żeby ktoś za to odpowiedział.

Dlaczego rozpączkowani w nadmiarze radni gminno-powiatowi nie wpadli na pomysł skutecznego wyłapywania śmieciowej chuliganerii? Aż dziw bierze, że jakimś cudem pojawił się inwestor, który na lotnisku chce otworzyć gumowy interes. Chylę czoła przed zdolnościami negocjacyjnymi władz, choć podejrzewam, że rozmowy odbywały się pod osłoną nocy albo w workach na głowach i w gazmaskach. Niech tam, liczy się efekt.

Roi mi się pomysł by obecny administrator szkoły działającej przy ulicy 1-go Maja, w ramach restytucji internacjonalistycznej przyjaźni (jesteśmy przecież tacy miłosierni), zaprosił Rosjan do odwiedzin i pokazał im, że tradycja szkolna w „ich" budynku jest wciąż kontynuowana. Po uczniach niemieckich i rosyjskich mamy tam obecnie uczniów polskich. Błagam o jedno: niech goście przyjadą do miasta już posprzątanego i lepiej trzymać ich z dala od awiabazy. Można przecież wyperswadować, że to odwet za to, że kiedyś nam też stawiano szlabany.


Wrzesień 2006

Powrót do góry strony

I think that, as life is action and passion, we should share the passion and action of our time at peril of being judged not to have lived at all.