Zadyszka długodystansowca

Dobiega rok rządów Jerzego Wrębiaka na stanowisku burmistrza Brzegu, a ja przeżywam rozgoryczenie. Zdecydowanie za wcześnie. Poprzednika wspierałem o wiele dłużej, niemalże do końca drugiej kadencji, a „zdradziłem“ po paskudnym zachowaniu panoramicznych pałkarzy, którzy zawłaszczyli mój wywiad z konkurentem Huczyńskiego, przenicowali tekst i opublikowali w niby satyrycznej formule. Był to mój ostatni akt popisów w cyrku Stajnia pn. Panorama Powiatu. 

Tchórze zawsze działają zza węgła. W tamtym przypadku też tak było, zeszmacony materiał opublikowali pod moją nieobecność w Polsce, żebym na czas nie zareagował, z wrednym komentarzem, że sam o to prosiłem. To już historia, która czeka na sądny dzień. Epilog wkrótce. 

Jerzy Wrębiak dobrze rozpoczął: od remontów po leniwym poprzedniku. Przede wszystkim nieszczęsna ul. Mikołaja Reja. Absolutnym hitem jest chodnik przy Piastowskiej. Nabzdyczony poprzednik nie zniżał się do poziomu spacerowania krzywym trotuarem (do roboty był wożony) i dlatego zlekceważył jego wydźwięk propagandowy. Jerzy Wrębiak postawił na ten akcent i to było to. Reprezentacyjna ulica miasta powolutku przestaje straszyć nie tylko niepełnosprawnych. 

Jako zdeklarowany miłośnik dwóch kółek czegoś jednak nie wyczuł. Przy gruntownej przebudowie chodnika należało pomyśleć o rowerzystach. Plany z rozbudową ścieżek niby ma, ale - póki co - to pobożne życzenia i niedopracowane koncepcje. Ludzie z «Rowerowego Brzegu» oraz niezrzeszeni pedałujący na codzień, wiedzą, co mam na myśli. 

Potężną wtopę burmistrz zalicza z rewitalizacją tanim kosztem kąpieliska przy Korfantego (teren dla kąpieli nie do odzyskania) i z „ożywieniem“  bulwarów nadodrzańskich, łącznie z... pogłębianiem rzeki. To zadania na czwartą i piętnastą kadencję przy założeniu, że skarbiec miasta będzie pękał od nadmiaru gotówki. Cóż, dla zdobycia władzy obiecuje się wszystko, co wyborca chce usłyszeć. Klasyczką obiecywania gruszek na wierzbie jest dzisiaj Beata Szydło. Na stołku premiera skompromituje się szybciej, niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Jeszcze nie zaczęła, a już jest skończona. Zobaczycie! 

null

Poprzednik Jerzego Wrębiaka rządził długie trzy sezony i chciał porządzić jeszcze. Planował dokończenie tego, czego nie wykończył, ale wcześniej - na własne życzenie, bo pieniacz i awanturnik - sam się skończył. Obecny burmistrz przestrzelił z ambicjami, choć przed wyborem w niektórych aspektach okazywał powściągliwość. Czy wywiąże się z obiecanek? Jeśli dane mi będzie pomoczyć się przy Korfantego bez ryzyka złapania jakiejś cholery i za życia pospacerować z wnukami po bulwarach nad Odrą - przeproszę, pochwalę i nawet zagłosuję za ponownym wyborem. 

Jerzy Wrębiak ryzykuje utratę twarzy twierdzeniem, że urządzenie syna Michała w spółce Hydro-Lew to sprawa właścicieli i jego samego, bo przecież jest już dorosły. To wielce naiwne i niegodne ojca miasta tłumaczenie, jakby robienie z brzeżan idiotów. No bo jak to - pytam - zaraz po kościele, przy familijnym stole, spożywając rosół i polskiego schabowego z kapustą, nie rozmawiacie o troskach i sukcesach rodzinnych? Ojca nie interesuje, że syn wije gniazdko u towarzysza spod znaku zielonej koniczynki - partii, którą prezes J.K. nazywa «partią konsekwentnie prorosyjską»? Jak to?! A gdzie pryncypia i chrześcijańska przyzwoitość? 

Wszystko będzie jasne, gdy się okaże, że za angażem syna burmistrza stoi posiwiały "lider", który dla utrzymania się na stołku gotów jest związać się nie tylko z zielonymi. W poprzedniej kadencji nie brzydził się przecież czerwonymi.  

Panie Burmistrzu! Osobiście doradziłbym rodzonemu dziecku, żeby unikało ludzi kombinujących po radziecku. 

Mimo kilkunastu tysięcy kilometrów, jakie dzielą mnie od kraju (piszę felieton daleko z brzegu) posada syna burmistrza w Lewinie Brzeskim cuchnie nepotyzmem. 

Swego czasu nazwałem Jerzego Wrębiaka długodystansowcem. W przypadku urządzania rodziny pokazał, że jest znakomity także w sprincie. 

Będę musiał zmienić dyscyplinę, której kibicuję.

I think that, as life is action and passion, we should share the passion and action of our time at peril of being judged not to have lived at all.