Ubecy z Koziego Grodu

Ja, prymitywny darwinista społeczny, 13 grudnia 2016 r. wściekle zaatakowałem dobrą zmianę wtapiając się w tłum otumanionych lublinian, a w rzeczywistości ubeków, komunistów i złodziei, którzy - sami nie wiedząc po co - zgromadzili się pod siedzibami PiS i NSZZ „Solidarność” przy ul. Królewskiej. 


Grudniowego ziąbu w ogóle nie czułem albowiem rozgrzewało mnie coś szczególnego. Było to okrycie, a ściślej: odkrycie, że prezydent Alaksandr Ryhorawicz Łukaszenka jest takim ciepłym człowiekiem. Jego gorąc zaczyna promieniować na cały polski naród, odzyskiwany metr po metrze kraj i powoli, niczym moherowym szalem, otula zimnych drani, którzy jeszcze się wahają, czy zaakceptować dobrą zmianę. 

Łukaszenka stał się bohaterem filmów, książek, piosenek, a nawet malarstwa. W państwowych mediach prezentuje się twórczość gloryfikującą Baćkę i przedstawia go jako mądrego przywódcę i dobrego ojca narodu. To wzorzec do naśladowania nad Wisłą. Przed prezesem mniejszym Kurskim Jackiem stanęło wielkie zadanie, które w znacznym zakresie jest już realizowane. 


No więc nagrzany stanąłem tam gdzie ZOMO i gapiłem się na przypadkowe zbiegowisko. Czułem symboliczną obecność nieobecnej posłanki, niejakiej Kruk Elżbiety oraz jej partyjnej koleżanki Masłowskiej Gabrieli. Obie damy, jako reprezentantki Koziego Grodu, mają przy Królewskiej biura poselskie. Niestety, nie mogły spotkać się z suwerenem. Systematycznie topniejącej garstce otumanionych Polaków nie miał kto uświadomić bezsensu krytyki wspaniałego rządu, jaki sobie wymodlili prawdziwi patrioci, czyli ci którzy mają mądre głowy. W tym samym czasie obie panie posłanki po męsku stanęły przy prezesie w stolicy na Placu Trzech Krzyży. Potęgowały tłum, który - może niezbyt liczny - pod wieloma względami przebijał kodowską zbieraninę. Przerastał z pewnością powagą i patriotycznym uniesieniem.  

Posłanek w Lublinie nie było i niewykluczone, że to w oknach ich biur ustawiono potężne kolumny z których rozlegał się archiwalny zapis przemówienia nie-generała Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny. Zrobiło się nostalgicznie. Była to kartka z historii sprzed 35 lat. Ryczące głośniki miały zagłuszyć (słusznie!) niesłuszne postulaty zgłoszone przez skołowanych manifestantów. Ktoś ich podpuścił. Wiadomo kto, to ci, co tracą: ubecy, komuniści i złodzieje. Cwani hucpiarze przytaskali własny sprzęt nagłaśniający, o równie potężnej mocy, i w efekcie przebili się z niektórymi postulatami. Zwróciłem uwagę na jeden, najbardziej bezczelny. Żądano by Kaczyński Jarosław zdymisjonował Szydło Beatę i stanął na czele rządu, domagano się by wziął odpowiedzialność za kraj i nie bał się ewentualnie stanąć przed Trybunałem Stanu. 


Już po wszystkim pojąłem, że zaplątałem się w manifestację, która okazała się klęską frekwencyjną, bowiem wedle amatorskich (porażająco nieudolnych) kalkulacji zgromadziło się raptem 3 tys. ludzi, ale to liczba hurraoptymistyczna. Gdyby liczeniem zajął się książę policji Błaszczak Mariusz, mogłoby się okazać, że przydreptała garstka gorszego sortu i natychmiast się rozeszła. A na dokładkę zabrakło przedświątecznego nastroju: z nieba nie leciał biały puch, a o sfruwającym konfetti można było jedynie pomarzyć. 


ubecy2.jpg


PS. Pisownia personaliów: najpierw nazwisko a po nim imię - na pamiątkę braterstwa naczelnika Polski z Orbánem Viktorem - wodzem Węgier, gdzie panują takie reguły. 


Leszek Juliusz Tomczuk