Spacer przed ciszą wyborczą

Udaliśmy się z Renatką na spacer przez centrum Lublina, romantyczną trasą: Plac Litewski, Krakowskie Przedmieście, Plac Łokietka, Stare Miasto i Plac Zamkowy. Jeśli idzie o mnie maszerowałem z nadzieją, że ktoś nas zaczepi, zagai ostatecznie przekonując do zagłosowania na siebie (Reni chodziło wyłącznie o relaks i bakaliowe lody).

Porażka!

Minęliśmy stoisko Świadków Jehowy. Obcięli nas z byka, jakby już obowiązywała cisza wyborcza, a jutro miał nastąpić koniec świata. Że uliczny sprzedawca arcydzieł nie miał odwagi podejść, zachęcić… - tylko napomknę.

No, spacerowe nudy na pudy…

Gdzie politycy? - załkałem. Renata wyparowała: - Człowieku, mało ci? Włącz TVP Szczujnia, nasyć się Kurwizją! Ten spacer był potrzebny nie dla zdrowotności (i lodów), warto było doświadczyć, jak domowa anielica serdecznie przeklina. Ufff…

Przy powrocie coś się wreszcie zadziało! Przed nami grupka młodzieńców z plikami ulotek. Bez zapoznania się z treścią odkryłem, że nie wracają z kina, z seansu, gdzie był wyświetlany hit Wojtka Smarzowskiego „Kler”. Twarzyczki cherubinków, ministrantów wyższego wtajemniczenia, którzy za parę lat zasilą szeregi sekty Pana Prezesa Zawsze Dziewicy i porobią doktoraty u Ojca Inkasenta w mieście słynącym z pierników. Najłagodniejszym wzrokiem, jaki mam w repertuarze zachęciłem: Kochani! Podejdźcie, zaczepcie, przekonajcie, że warto na was głosować…

I co?

Porażająca porażka!

Długo patrzyłem za oddalającymi się agitatorami i resztką słuchu wychwyciłem komentarz któregoś z nich: Widziałeś? Tak wygląda zdradziecka morda…

W niedzielę, niechby o kulach łokciowych, na noszach z maską tlenową i cewnikiem, zawlokę się do lokalu wyborczego tylko po to, by NIE zagłosować na szajkę Kaczora.


Leszek Juliusz Tomczuk

I think that, as life is action and passion, we should share the passion and action of our time at peril of being judged not to have lived at all.