Pisowskie wykopki

Kaczyński wykopał z funkcji szefa opolskiego PiS Sławomira Kłosowskiego, który kilkanaście lat przewodził regionalnej strukturze. W ostatnich miesiącach jego gwiazda mocno zbladła. Zrezygnował z mandatu poselskiego i zasiadł w Parlamencie Europejskim, wybrał swoistą emigrację. Jako b. wiceminister edukacji po cichu liczył na stołek w stolicy, by wraz z Anną Zalewską móc cofnąć szkolnictwo do epoki późnego Gierka, ale przeliczył się.

Zdominował go Patryk Jaki, który startując z listy Solidarnej Polski „zrobił” na Opolszczyźnie oszałamiający wynik. Walczył zacięcie zalepiając województwo swoim wizerunkiem z podpisem: JAKI - ODWAGA I SIŁA (ukrył obciachowe imię). Nie wspomniał o bezczelności, która rozkwitła po rozparciu się w ministerialnym fotelu obok Ziobry. Plakaty Jakiego wisiały dosłownie wszędzie, zakryły liszaj miejski i dyndały na niemal każdym słupie, jak się okazało, nie wszędzie legalnie. Dzisiaj jego imię „rozsławiają” banery protestacyjne na płotach podopolskich wsi, których mieszkańcy nie godzą się z włączeniem ich ziem do granic Opola. Jaki przy tym ostro majstrował i w kolejnych wyborach może przeżyć zawód. Na Opolszczyźnie jest powszechnie znienawidzony. 

Póki co, jako główny kadrowy, porozstawiał totumfackich (w tym własnego ojca) »#pisiewicze« na intratnych stołkach i dokazuje w stolicy kompromitując się okrutnie. 

Tajemnicą poliszynela jest, że Kłosowski i Jaki za sobą nie przepadają. Tracąc możliwość obdarowywania kolesi synekurami Kłosowski stał się nieskuteczny i musiał odejść. Zaskakuje, dlaczego teraz, skoro już w listopadzie opolskie PiS będzie wybierało szefa okręgu? Kto wie, może o nagłym odwołaniu przesądził „syndrom Migalskiego”. Były europoseł na lewo i prawo opowiada, jak to Kaczyński zażądał 12 z 18 tys. euro na potrzeby partyjne. Wieść gminna niesie, że były szef opolskiego PiS nie postradał ekonomicznego rozumu. 


W tym miejscu muszę przytoczyć anegdotę, która pochodzi z głębokiego PRL-u. Wnuczka legendarnego bojownika o polskość Śląska (podówczas koleżanka z ławy szkolnej), chcąc zaimponować wielkiemu dziadkowi, zaproponowała społeczności uczniowskiej przystąpienie do kampanii: „Każdy kłos na wagę… żyta” (w oryginale było: „na wagę złota”). Ten „kłos” kojarzy się z odwołanym Kłosowskim-Kłosem, bo tak go nazywają partyjni towarzysze.


Szok z Kłosem jest tym większy, że na jego miejsce prezes powołał Katarzynę Czocharę. Kim jest pani Katarzyna? To germanistka po Uniwersytecie Wrocławskim, nauczycielka języka niemieckiego w gimnazjum w Prudniku. Byłby to sygnał, że Kaczyński przestał się wreszcie bać „zakamuflowanej opcji niemieckiej”, jak swego czasu nas, mieszkańców Opolszczyzny, nazwał. Brawo!


Prezes PiS daleko w Warszawie i trudno odgadnąć, co Jaki Kaczyńskiemu szepcze do ucha. Gdyby był łaskaw mógłby jeszcze bardziej przewietrzyć partyjne kadry Opolszczyzny. W moim miasteczku od lat rządzi zasiedziały, wielokadencyjny pisowiec, który dla utrzymania się na stołku jest zdolny zrobić wszystko. Upodobał stołek starosty i rozsiadł się w nim niczym rozleniwiony basza. W poprzedniej kadencji rządził w koalicji z SLD (!), a w obecnej poustawiał się z Polskim Stronnictwem Ludowym! A PSL to - jak poetycko swego czasu nazwał Kaczyński - partia konsekwentnie prorosyjska, która zdradza interesy polskich rolników.


Czy »odważny i silny« Jaki mógłby Kaczyńskiemu jeszcze to i owo podszepnąć? Kłosowskiego udało się wykopać, czas na Macieja Armina Stefańskiego.

 

Leszek Juliusz Tomczuk