Oni już byli

W naszej przenajświętszej ojczyźnie „obrażony“ na media polityk to stan permanentny. Na całym świecie tego rodzaju figura jest obiektem kpin, nie szacunku - suponuje Paweł Wroński z Gazety Wyborczej. Oczywiście dla patriotycznych prawdziwków «ta» Gazeta nie jest żadnym autorytetem, to nie ich «Nasz Dziennik» przecież - jedna z paru wykładni prawdy. Na szczęście na portalu osobistym reguły ustalam sam, odpowiadam rownież za pion moralny jednoosobowej załogi. Będąc u siebie mogę tytułować się wezyrem, a w przypływie szaleństwa nawet prezesem. Mając nieograniczone prerogatywy twierdzę autokratycznie: Paweł Wroński to mądry dziennikarz i choć z „nieprawomyślnej" gazety, jego racja jest przekonująca. 

Politycy z krainy wierzb płaczących wpisują się w proweniencję pszenno-buraczaną i dlatego dąsają się na media. Oczekują hymnów pochwalnych i kadzidła. „Obrażonych“ samorządowców znam wielu, dwaj z nich to obrażalscy z zacięciem pieniaczym, którzy zastraszają sądami Bogu ducha winnych brzeżan. Ale zabuksowali, oszołomieni niekorzystnymi wyrokami, bo przegrali więcej niż było można. Stali się bohaterami tragifarsy, która wyraża się w tym, że do „obrony dobrego imienia“ zaangażowali pieniądze podatnika! Zadysponowali naszą kasę na głupi cel i teraz mają pretensje, że ktoś wytyka marnotrawienie publicznego grosza.  

Na paryskim Lotnisku Charlesa de Gaulle wtopiłem się w kolorowy tłum skośnookich i nawet zezowatych ludzi z całego świata. Każdy w swoim wnętrzu niósł jakieś bakterie i zarazki, oczywiście strasznie groźne, a ten i ów zapewne taskał pierwotniaki. Ja, szaraczek z ojczyzny prezesa-higienisty, przestrachu nie poczułem. Wymieszanie w ludzkim tyglu zniosłem bez uszczerbku na zdrowiu. Popadłem jedynie w filozoficzną zadumę, pomyślałem mianowicie, że człowiek straszący Polaków chorobami przywleczonymi przez obcych to nie geniusz, a zwyczajny dureń. 

Felieton piszę nad Atlantykiem. Pękam z nudy i muszę jakoś zamordować podróżniczy mozół, kilkanaście godzin pod nieboskłonem. Polskojęzyczny TVN nad atlantyckie bałwany nie dociera, ba, nawet pobożnego Radyja posłuchać tu nie można (na całym świecie tak, tutaj nie), choć to prawie niebiosa, gdzie rozgłośnia z Torunia ma chody szczególne. 

A więc mega nuda. Tym bardziej, że skończył się Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina 2015, którego nie wygrała moja faworytka Kate Liu z USA. Cóż, jest bardzo młoda, całe życie przed nią, pewnie przysporzy nam jeszcze wiele muzycznych wzruszeń. Nie wiem, czy popisy pianistów śledzili koalicjanci powiatowi, w ogóle to ciekawe, czym specjaliści od skręcania foteli wypełniają czas wolny i jak wygląda ich życie duchowe? Co czytają, czy bywają w operze, jakie dzieła sztuki filmowej cenią najbardziej? Może po cichu komponują, albo piszą coś do szuflady, by kiedyś, już po wypełnieniu misji samorządowej (nic nie trwa wiecznie), zaistnieć w panteonie kultury narodowej. 

Wzruszyłby mnie widok prezesa zasłuchanego w chopinowskie akordy, w otoczeniu melomanów przybyłych z całego świata. Ale czy to bezpieczne otoczenie dla higienisty? Pamiętajmy: zarazki i pierwotniaki... A zresztą talenty muzyczne prezesa są szczególne, słuchać go mogą wyłącznie koneserzy specjalnej troski. Przypomnijmy brawurowe wykonanie Mazurka Dąbrowskiego. 

KLIKNIJ - YouTube

Poza preludiami i polonezami w telewizorze nic godnego na uwagę nie zasługuje. Polityczne debaty? Och nie, podziękuję światowo: sękju i spasiba. Zwłaszcza, że wedle pisowskiej młodzieżówki, robiącej z Beaty Szydło idolkę, której fundują żenującą klakę, zaklinając rzeczywistość: zwyciężyłaś! I bez znaczenia, że weszła w rolę chochoła z małopolskiego skansenu. Potencjalna pani premier, w cywilu specjalistka od skansenów, regionalnych korowodów i dożynkowych wieńców - arcymistrzyni nieodpowiadania na pytania, za to beznamiętnie wygłaszająca wyuczone dyrdymały o raju, jaki PiS szykuje Polakom. Wystarczy stadnie na nich zagłosować.

Zastanawiam się skąd biorą się te oryginały okupujące polityczną scenę? Gros energii angażują w pilnowanie stołków, które udało im się zająć. Wymyślają „zbawcze“ programy, pałętają się po kraju w jakichś Wygłupobusach i rozdają kiełbasę wyborczą. Mogliby wybrać się w świat i coś przeżyć, przekonać się że poza opłotkami Polski też istnieje życie. Ludzie rożnie sobie radzą, w zdecydowanej przewadze gorzej od nas, a my dajemy sobie wmówić, że kraj w ruinie i pora stery rządowe oddać w łapy starych nieudaczników.  

«Oni już byli» - niech przypomnę maksymę śp. Andrzeja Leppera. A co pokazali? Zapomnieliśmy.

I think that, as life is action and passion, we should share the passion and action of our time at peril of being judged not to have lived at all.